2008-03-02
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Maraton na raty czyli 12h Podziemny Bieg Sztafetowy Bochnia 2008 (czytano: 484 razy)

We're leaving together.
But still it's farewell
And maybe we'll come back,
To earth, who can tell?
I guess there is no one to blame
We're leaving ground
Will things ever be the same again?
It's the final countdown...
The final countdown...
Minęliśmy znak drogowy oznajmujący miejscowość, do której wjechaliśmy. Cel na najbliższą dobę. Bochnia.
Chwilę zajęło nam znalezienie miejsca parkingowego. Tym łatwiej, że jak się okazało, organizator postarał się o zwolnienie z opłaty parkingowej. A my już byliśmy spóźnieni. Powinniśmy już napełniać się atmosferą od pół godziny co najmniej. wciąż na górze.
Niedługo. Po dokonaniu niezbędnych formalności, wskazano nam windę. Za chwilę rozpocznie się wielka przygoda.
W ciasnej klatce zjechaliśmy w dół. 223m. biegać będziemy gdzieś na poziomie 212m. wąski korytarz zaprowadził nas do sali sypialnej. 250 łóżek piętrowych. Jak się okazało bujających się ;) nie dla osób z chorobą morską ;) z trudem znaleźliśmy kilka wolnych dla siebie. Na górze. Zwykle lubię spać na górze. Zwykle ;)
O 9:30 skrzyknęli spotkanie dla startujących jako pierwsi. Pół godziny później miał nastąpić start. Przebraliśmy się w biegowe szmatki. Na krótko? Na długo? Z jednej strony korytarza miało wiać, z drugiej będzie ciepło. Mówili znajomi startujący rok wcześniej. a, to choć koszulkę z długim rękawem się ubierze. Potem zweryfikujemy.
Paweł ruszył na start. Potem w kolejce już przygotowany stanął Marek. Jeszcze kilka detali i gotowa będę ja. Za mną Marcin. Plan: biegniemy po 4 okrążenia. Co tam…. Pobawić się przyjechaliśmy, poczujmy ten dystans :)
Czeka nas 12h biegania. Wymyśliliśmy sobie, że zachowując średnią prędkość 5min/km przebiegniemy 144km. Brzmiało egzotycznie.
Czekaliśmy w części sypialnej, gdy po około 45minutach zjawił się Paweł. „Jak było?” „Dobrze. Ciepło. Można biec na krótko.” „Jak bieg?” „trasa całkiem płaska, są delikatne przewyżenia, niemal niezauważalne. Faktycznie wieje, ale skoro na zewnątrz ciepło to i nawiew przyjemny”.
Moja kolej nadeszła. Marek już biega, uradowana relacją ruszyłam w strefę zmian.
Po drodze ujrzałam sławną zjeżdżalnię. Powiedzieli nam, że nie działa…. Szkoda. Byłaby niezła zabawa przy wracaniu ;)
Radosnym krokiem ruszyłam więc schodami do góry. Rozgrzewkowo. Lekkim truchtem.
W ciasnym pomieszczeniu kręciło się wielu podekscytowanych biegaczy. Co chwila błyskała lampa błyskowa (jak się później okazało, narobiło się 2000 zjęć, będzie co wspominać ;)). Sędzia mocnym głosem wywoływał kolejne numery zespołów. Marek pokazuje mi, że to już ostatnia pętla. Zajmuję swoje miejsce w strefie.
36!
Wyciągam rękę, Marek zawija mi na niej odblaskową bransoletkę pełniącą funkcję sztafetowej pałeczki. Ruszam.
W pierwszej chwili kurz zatyka mi nos i usta. Jeszcze nie zaczęłam dobrze, a już myślałam tylko o najbliższym punkcie żywieniowym. Biegnę, czuję, że troszkę szybciej niż zakładane 5:00min/km. Dobrze mi się jednak biegnie, nie zwalniam. wiem, że w każdej chwili mogę przyspieszyć, co wykorzystuję przy wyprzedzaniu.
Po pierwszej pętli było jakieś 4:45. może za szybko? Przecież to jeszcze parę godzin biegania! Czuję, że wciąż daleko mi do zakwaszenia mieśni. Komfort nie słabnie. Drugie okrążenie postanawiam biec tak samo. Wcześniej łyknęłam powerrade’a. pierwsze wrażenie z kurzem zniknęło :)
moja największa obawa, czyli doskonale mi znane znużenie powodowane bieganiem ciągle i w kółko po tej samej trasie (jakże ja nie lubię biegać po Błoniach!!) nawet się nie pojawiło. wolę z punktu A do B.
była taka jedna istotna rzecz poprawiająca samopoczucie. a może właśnie najważniejsza eliminująca wyżej wspomnianą obawę: na zewnątrz szalał orkan: wichury, deszcze, gradobicia.... a my to na dole w spokoju i ciszy nabijaliśmy kilometry. wszystko wydaje się lepsze od walki z żywiołem ;) doskonała pogoda do biegania w kopalni. hm.... czy świat jeszcze istnieje?
Przy trzecim pokazał się Marcin. Będzie musiał chwilę poczekać jeszcze ;)
W końcu ściągam opaskę, daję znać sędziom, że będzie zmiana. Schodzę z trasy. Parę osób próbuje zjechać ze zjeżdżalni. Próbuję i ja. Jakoś nie wychodzi, za tępa. Pomagam sobie nogami ;)
Pora coś przekąsić. Makaron z powidłem :D
Mam chwilę na odpoczynek.
Temperatura w części sypialnej to ok. 16 stopni. Całkiem ciepło, jednak nie wystarczająco, by nie odczuć chłodu po biegu. Zawijam się szczelnie w śpiwór.
Moja kolej nr 2.
Wychodzę raźno co drugi stopień na górę.
Ruszam z taką prędkością jak poprzednim razem. Czuję zmęczenie, nie przeszkadza mi jednak utrzymać prędkości. Chłodniejszy koniec korytarza okazuje się przyjemnie orzeźwiający. Z drugiej strony jest zdecydowanie za ciepło. Szczęśliwie tylko przez chwilę. Potem lekko z górki, wagon, kapliczka, punkt zmian.
Kolejne metry odliczają punkty charakterystyczne na trasie.
Koniec zmiany.
Tym razem nie chce mi się już zjeżdżać po nieśliskiej pochylni. Spokojnie schodzę.
Herbatka, makaronik. Dopiero połowa.
Postanawiam, że następnym razem zaliczę już 3 okrążenia. Ostatnie kosztowało mnie trochę więcej wysiłku, może przez kolkę, która zaczęła mi dokuczać.
Chwila odpoczynku. Dzielimy się wrażeniami z innymi ekipami. Panuje wesoła atmosfera, choć widać już wyraźnie oznaki zmęczenia.
Gdy nadchodzi moja kolej powoli wychodzę na start.
Zaczyna się walka. Już nie tylko z konkurencją ;) ale też z własnymi organizmami. Bieganie na raty ma swoje zasadnicze wady. Choć interwałem i w szybszym tempie, są co prawda przerwy, jednak wychładzanie organizmu stępnia mięśnie. Rozgrzewanie ich za każdym razem niemal od nowa to kolejna porcja energii wykorzystywana tu, a nie bezpośrednio w biegu. Startuje.
Już przy pierwszym okrążeniu pojawiły się problemy. Kolka. Za dużo makaronu. Może. A może po prostu za dużo biegania w tym tempie? Zmęczenie.
Przy drugim okrążeniu dyskomfort poważnie mnie spowolnił. Chyba sporo poniżej 5 min. Biorę głęboki oddech. Przynajmniej próbuję. Szybki wydech. Kilka razy. Mijam strefę zmian, kieruję się w stronę kapliczki.
Playing, talking,
Take us so far,
Broken down cars,
Like stronger old stars.
W ucho wpadają mi słowa lubianej piosenki. Podnosi mnie na duchu. Prostuję się, wydłużam krok
Lift me up, lift me up
Wracam do poprzedniego tempa. Choć przychodzi to z trudem. Mijam zawijkę. Gdzie ten wagon??
Jest! Już niedaleko. Potem kapliczka i pozostanie jeszcze jedno okrążenie.
Jest ok. wracam do walki.
Choć już nie biegnę po pętli, ale do punktu do punktu: start, skrzyżowanie pierwsze, drugie, przewężenie, zawijka, przewężenie, skrzyżowania, strefa, kapliczka, wagon, zawijka, (gdzie ten p****) wagon (!!!!), kapliczka (łyk powerrade), zmiana.
Nawet udaje mi się zejść ze schodów.
Paweł z Markiem umawiają się na zmianę strategii. Zgadzam się, że najwyższa pora pobiegać po jednej pętli.
Czekam na Marcina, by mu powiedzieć o tym. Zgadza się. Wszyscy jesteśmy już bardzo zmęczeni. Jeszcze nieco ponad 3h.
Tym razem nie będę już jeść. Nie mam sił nic przełknąć. Organizm już nie funkcjonuje prawidłowo, i tak wszystko tylko zostanie w żołądku i będzie bulgotać. Sięgam po mleko w tubce. Ruuulezzzzz. Słodki, karmelowy smak rozpływa się w ustach :)
Nie pojmuję tylko, kto wymyślił piętrowe łóżka. Maratończykiem to raczej nie był... Na stos z nim!
Chłopcy biegają już od godziny. Czas na mnie. Wychodze do strefy zmian po raz ostatni. Ktoś policzył, że jest nieco ponad 300 stopni. Chyba się pomylił, w tej chwili byłam pewna, że ze 2x więcej. Przynajmniej. Wychodzenie trwało całą wieczność. Po stopieńku.
Szczypta rozciągania. Znów moja kolej.
Będzie krótko. Można więc szybciej. Ale nie za bardzo, bo to jeszcze nie ostatnie okrążenie. Wyszło ok 4:40.
Pojedynczo biegnie się łatwiej. Więcej się dzieje, psycha nie ma czasu siąść. Biegamy więc interwałki. O niebo zmiany następują coraz szybciej! Choć biegane już na wyraźnym zakwasie.
Pojawia się Paweł z aparatem. Właściwie już na kolejną zmianę. Z Markiem będą finiszować. Schodzę z okrążenia. „i jak?” „jeszcze jedno” - odpowiadam. Usiadłam na chwilę. Łyk napoju, parę słów ze znajomymi. Na horyzoncie pojawia się Marcin. Chcę wstać. Ups. Prawie mi się to nie udało. Do końca pozostało ok. 50 minut. „damy radę” mówią. „zajmij sobie kolejkę do prysznica”. Nawet nie mam siły protestować.
Żółwim tempem staczam się na dół.
Schody to wyzwanie. Nie mówiąc w wspinaczce na górny poziom łóżka.
Auć wszystko boli.
Spać…
Kolejnego dnia leniwie wypełzamy ze śpiworków. Widok pokrytych naciekami solnymi ścian przypomina o dokonaniach dnia poprzedniego. Auć…. Nie tylko ściany. Zastanawiam się, jakim cudem uda mi się zejść.
Kawka? Śniadanko? Bardzo chętnie. Schodzenie przychodzi z zaskakującą łatwością. Choć rzecz jasna nie nadwyraz łatwo ;)
Jeszcze wspólne zdjęcie, rozdanie medali. Każdy jest zwycięscą, dla wszystkich jest miejsce na pudle. Piękny zwyczaj.
Pakujemy się. Opuszczamy ten lokal. Przebiegliśmy razem ponad 159 km.
Tym razem miasto opuszczamy przy dźwiękach muzyki filmowej Braveheart.
Fortuna Favet Fortibus.
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora |