Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

 

  WIZYTÓWKA  GALERIA [14]  PRZYJAC. [31]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
creas
Pamiętnik internetowy
"Wciąż biegnę i biegnę, dobrze mi z tym... " (TSA)

Krzysztof Wieczorek
Urodzony: 1968-07-02
Miejsce zamieszkania: Katowice
56 / 109


2011-05-04

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
Silesia Marathon po raz trzeci (czytano: 700 razy)

 

Tegorocznego Silesia Marathonu długo nie zapomnę. Zarówno ze względu na ekstremalne warunki pogodowe, jak i dlatego, że pewnie często będę go sobie jeszcze analizował i wyciągał z niego wnioski na przyszłość.
„Jak nie teraz, to kiedy?” – tak zakończyłem poprzedni wpis. Chodziło oczywiście o złamanie czterech godzin. Czułem, że jest to możliwe. Rano wstałem pełen nadziei – chyba pierwszy raz przed maratonem udało mi się normalnie, bez problemów wyspać. Pogoda też wyglądała na mniej więcej taką, jaką chciałem. Czyli chłodno i z możliwym lekkim deszczykiem. Idealna do bicia życiówek. Przed samym startem, przy oddawaniu rzeczy do depozytu, długo wahałem się, czy pobiec „na krótko”, czy jednak włożyć coś cieplejszego. W końcu zdecydowałem się na bluzę z długim rękawem i legginsy, i to była świetna decyzja. Żałuję jedynie, że nie wziąłem jeszcze czapeczki i rękawiczek. Wtedy jednak jeszcze nie zapowiadało się na to, co będzie...
Deszczyk zaczął padać tuż przed startem, ale wcale mnie to nie zmartwiło. W czasie zawodów zwykle lubię, gdy trochę pada. Zdecydowanie wolę wtedy deszcz od upału. Ruszyliśmy z Mają tak jak planowaliśmy, czyli w tempie w okolicach 5:30 – 5:40 na kilometr. Pacemakerzy na 4 h byli jakieś 20 – 30 m przed nami, ale cały czas mieliśmy ich w zasięgu wzroku. Nie było sensu przeciskać się w tłumie i gonić ich na siłę. Ustawiłem Garmina tak, aby oprócz aktualnego tempa podawał również średnie tempo ostatniego ukończonego kilometra, więc mieliśmy dobrą kontrolę nad czasem. Zresztą raczej musieliśmy się hamować, aby za bardzo nie przyspieszać, niż poganiać. Pierwszego z większych podbiegów, gdzieś na 6 km, w ogóle nie odczułem. Dobrze mi się biegło, lekko. Jedyne, co przeszkadzało, to coraz większe kałuże i zimno. Co jakiś czas próbowałem rozcierać dłonie, ale niewiele to pomagało. Od 10 km przestałem już omijać kałuże – w butach i tak chlupotało...
Do półmetka dobiegliśmy nawet trochę za wcześnie. Mieliśmy ok. 1,5 minuty „nadróbki”. Tak sobie nawet nieśmiało wtedy pomyślałem, że może uda się te cztery godziny złamać z fajnym zapasem... Niestety, ok. 23 km zaczęły się problemy. Niemal dokładnie w tym samym miejscu, gdzie dwa lata temu ja miałem pierwszy kryzys, teraz „stanęła” Maja. Tempo spadło do ponad 6:00, a Maja nie była w stanie przyspieszyć. Strasznie mi było głupio i smutno ją wtedy zostawić, ale oboje wiedzieliśmy, że w takim przypadku nie ma sensu biec dalej razem. Maja zwolniła więc do ok. 6:40, a ja wróciłem do zakładanego 5:40. Na tych dwóch kilometrach, na których się żegnaliśmy, straciłem te półtorej minuty zapasu z półmetka, ale dalej wszystko było pod kontrolą. Na Muchowcu minął mnie krążący po trasie na rowerze Pan Janusz z informacją, że Maja dzielnie biegnie dalej, co bardzo mnie pokrzepiło. Na podbiegu przed Nikiszowcem dogoniłem nawet i szybko zostawiłem w tyle Janka Micudę, który przecież czwórkę w maratonie łamał nie raz. A był ten sam podbieg, na którym dwa lata temu już zupełnie nie byłem w stanie biec...
Wszytko było ok. aż do rynku w Nikiszu, czyli gdzieś 32 km. Gdy do niego dobiegłem, niespodziewanie zobaczyłem tuż przed sobą grupę biegnącą z pacemakerami na „czwórkę”. Bardzo się ucieszyłem, że już ich dogoniłem, ale to było, niestety, tylko złudzenie. Oni już z rynku wybiegali, a ja musiałem jeszcze zrobić kilkusetmetrowe kółko po okolicznych uliczkach. W sumie jakieś dwie minuty straty... Gdy wybiegłem z Nikiszowca, już ich nie widziałem. I wtedy poczułem, że „kończą mi się baterie”. Musiałem się już strasznie zmuszać do trzymania tempa, a ono i tak spadało do 5:50 – 6:00. Przyczepiłem się do chłopaka w niebieskiej koszulce, próbując biec za nim, ale on na punkcie żywieniowym na 35 km mocno zwolnił, chyba aby coś zjeść, więc od tego momentu nie miałem się kogo trzymać. Przestałem już myśleć o czterech godzinach na mecie, tylko walczyłem, aby tempo nie spadło poniżej 6:00. Niestety, udawało się to tylko do 38 km. Gdy do mety było już tylko niewiele ponad trzy kilometry poczułem się jak ludzik z reklamy duracella, który porusza się wolniej i woolnieej, wooooolnieeeeeej... Zawsze myślałem, że te ostatnie kilometry można przebiec choćby siłą woli, ale to nieprawda. Nie potrafiłem biec szybciej niż po 6:40. Bolała mnie też łydka i kolano, przez co trzy razy na kilkanaście sekund przechodziłem do marszu, żeby je sobie lekko rozmasować. Zrywając się na chwilę do szybszego biegu czułem się trochę jak kura próbująca wzbić się w powietrze... I podobny był tego efekt :) Ostatecznie, na mecie nie udało mi się zejść nawet poniżej 4:05 – wyszło 4:06:23 brutto. Gdy w końcu dobiegłem, byłem tak zziębnięty i zmęczony, że nie byłem w stanie sam odczepić sobie czipa z buta. Dobrze, że woluntariusze w tym pomagali...
Teraz, gdy skopiowałem sobie do komputera wszystkie dane z Garmina, widzę, że przegrałem te cztery godziny na ostatnich 7 – 8 kilometrach. Damek pewnie powie, że „przez głowę”. Może jest to część prawdy. Na Nikiszowcu, gdy zobaczyłem ile mam straty do „pejsów” lecących na czwórkę siadła mi psychika. Może gdybym wtedy był w tej grupce, to jakoś przełamałbym ten kryzys i nie zwolnił. Choć wcale nie jest to takie pewne. Na forum czytałem parę wypowiedzi ludzi, którzy właśnie na ostatnich kilometrach z tej grupy odpadli. Może więc też po prostu najnormalniej w świecie brakło mi sił. Będę miał o czym myśleć do następnego maratonu...
Bo oczywiście, biegać dalej zamierzam i tę czwórkę w maratonie w końcu złamię. Może nawet jeszcze w tym roku w jesieni. Pomimo że tym razem się nie udało, czuję się pozytywnie nakręcony tym biegiem. W sumie nie mogę przecież za bardzo narzekać – życiówkę z zeszłego roku, zrobioną na łatwiejszej trasie i przy lepszej pogodzie, poprawiłem o 20 minut. I teraz już nie mogę się doczekać, aby znów wyjść sobie do lasu na mały trening. Dziś nie jest to możliwe, bo nawet z chodzeniem mam problemy... :). Ale za parę dni rozpoczynam kolejny etap. Teraz czas trochę popracować nad przygotowaniem do krótszych biegów – dziesiątek, piętnastek, czy połówek, których pewnie trochę się trafi w czasie wakacji. Długich wybiegań też jednak nie będę zaniedbywał. Na pewno chcę brać udział w kolejnych etapach „Biegowej Korony Himalajów”. Może nie na całym dystansie, ale tak właśnie treningowo – na 25 – 33 km. A może podkusi mnie kiedyś, aby cały maraton wtedy przebiec?
P.S. Zapomniałem napisać wcześniej, że Maja dobiegła w 4:19. Też lepiej, niż rok temu :)

Zdjęcie zostało zrobione przez Szymona gdzieś w okolicy 33 km. Jeszcze jakoś biegłem, ale było już coraz gorzej...


Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicy

Dodaj komentarz do wpisu


DamianSz (2011-05-04,16:58): Krzyś gratuluję - rowniez za pokonanie Maji,-) (mój kopniaczek na szczęscie nie zadzialał-(( ) Zawsze może być lepiej, ale w tych warunkach to bardzo dobry wynik, choć rzeczywiście zastanawiające jest czemu Ci baterie siadły, bo z tego co piszesz tym razem solidnie byłeś przygotowany i nastawiony.







 Ostatnio zalogowani
Wojciech
18:13
bogaw
17:58
entony52
17:31
benfika
17:26
conditor
17:24
uro69
17:19
."RoBsoN".
17:00
robert77g
16:32
biegacz54
16:10
BonifacyPsikuta
15:54
bur.an
15:38
mariuszkurlej1968@gmail.c
15:35
JolaPe
15:33
42.195
15:09
Michał
15:02
jantor
14:39
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |