2009-10-13
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| X Poznań maraton (czytano: 485 razy)

Pobudka - 5:50, tak, zeby jeszcze 10 minut zmotywować się do wstania z łóżka, gdyż pogoda za oknem raczej namawiała do pozostania w nim. Pierwsze, co zrobiłem, to 0,5h gimnastyka i naprzemienny natrysk, żeby się szybko ożywić a następnie wypróbowane śniadanie. O 8:30 wyruszamy z domu z Donią, moim wiernym kibicem :) i skupiamy się na logistyce, żeby bez problemu dojechać i w miarę blisko zaparkować. Jadę więc od Zawad Krańcową, zeby ocenić, czy da się dojechać od tej strony. Na skrzyżowaniu z Warszawską szybko okazuje się, że Krancowa jest zablokowana od początku, więc szybka decyzja i skręcamy w kierunku Śródki, kierując się bezpośrednio w okolice startu. Okazuje się, że bez problemu parkujemy nawet nie 200 metrów od początku maratonu. Problem szatni odpada, Donia ma plecak w którym będzie miała moje rzeczy, które zdejme przed 10:00 i które założe z powrotem na mecie.
Jestem zupełnie spokojny, nawet to, że chyba ze sześć razy od czasu wyjazdu z domu do startu musze opróżnić pęcherz nie jest w stanie wyprowadzić mnie z równowagi. Mój cudowny eliksir, który piłem codziennie przez miesiąc na regeneracje ściegien, po nadwyrężeniu achillesa, jest również moczopędny i pomimo, że w niedzielę już go nie piłem - działał nadal :) I nawet bardzo nie przejąłem się tym, gdy sobie uświadomiłem, że straciłem chyba z litr płynu z organizmu przed biegiem.
9:40 melduje się na starcie. To mój pierwszy maraton, więc jestem troszkę zdziwiony, że wszyscy ustawiają się, jak chcą, bez względu na cokolwiek. Od razu wpadam na mojego znajomego - Marka, z którym nie udało mi się spotkac na Pasta Party. Na rozmowie z nim zlatuje mi czas do satrtu. Na parę minut przed 10, ostatni raz udaje się w krzaczki, zostawiam rzeczy Donacie i ze spokojem czekam na sygnał. Strzału nie było - kolejne zdziwienie - tylko jakies sztuczne ognie i ruszamy. Przynajmniej tak mi sie wydaje ;) Nie mam zadnych określonych preferencji co do tempa, zaczynam sobie rekraacyjnie, Marek rusza do przodu a ja spokojnie z nogi na noge zaczynam biec chłonąc wszystko, co się dzieje dookoła. Po 200 metrach niemal nie wpadam na oddzielający pasy słupek drogowy (gratuluje organizatorom poczucia humoru :)) ), ktoś za mną nie ma już tego szczecia, ale nie był w stanie go zauważyć, bo ominąłem go w ostatniej chwili. Plasuje się gdzieś między balonikami na 3:30 a 3:45. Biegnie się wspaniale, wszyscy dookoła żartują, głośno, jak na jarmarku. Nie czuje żadnego dyskomfortu w stawach, po prostu płynę, jak łódź po spokojnym jeziorze. Mijamy Śródkę, skrzyżowanie z Grabarami, skręcamy w Niepodległości. Kilometry mijają szybciutko, można powiedzieć że niepostrzeżenie. Na Fredry, zgrabne dziewczyny w krótkich spódniczkach paradują w rytm defiladowej muzyki, ktoś rzuca hasło - "na prawo patrz!", wszyscy do tego głośno gwiżdżą - myślę sobie - fajny ten maraton :) Może gdybym wtedy pomyślał z szacunkiem - Pan Maraton - byłby później łaskawszy ;) Skręcamy w Jadwigi, leki zbieg. Kolejny zakręt w prawo w kierunku Łęgów Debińskich. Pamietam, że kiedy w lipcu podjąłem decyzje o starcie i pierwszy raz przyglądałem się trasie maratonu, ta wymuszona agrafka od razu mi się nie spodobała. Raz, że moim zdaniem, w ogóle nie pasuje do reszty trasy, to w dodatku klimat panuje jakiś tam doliniarski. Zawrót w kierunku Jadwigi, dość mocny zbieg, jak na warunki panujące na trasie, jest ok 12 km. Ni z gruszki, ni z pietruszki zaczyna walić jak młotem zewnętrzna część mojego prawego kolana. A wcale nie zbiegałem szybko, biegłem spokojnie. Na 10 km miałem 54 min z groszami chyba. Bylem przygotowany, że akurat "to" sie odezwie, ale na Boga nie na 12 km przy spokojnym i równym tempie. I to się nie odezwało w stylu "halo, przepraszam, troszkę pozaznaczam swoja obecność, bo delikatnie zmęczone jestem przygotowaniami", tylko "q...a ile mam, tyle dam !" Zimny pot wystąpił mi na czole, bo nie bardzo wiedziałem, co mam dalej robić. Ale że pęcherz do końca jednak nie został opróżniony przed startem, pomyślałem, że udam się szybko na bok, może przejdzie. Wracam na trase, okazuje się, że grupa 3:45 była stosunkowo blisko, wybiegam jakies 100 m przed nimi. Przerwa nic nie dała, boli jak cholera. To zaczynam metody relaksacyjne, skupiam się w sercu, na radości z uczestnictwa w biegu i powoli, ale zaczyna pomagać. Ilekroć ból próbuje przypomniec o sobie, ja do klatki piersiowej, do serca i radość, że biegne. To jednak powoduje, że "3:45" wchłania mnie jak sucha gąbkę wode. I nie chodzi o czas, dla mnie to cud, że startuje po 3 miesiącach przgotowań i 17 dniach przerwy z powodu kontuzji. Chodzi o to, że gęsto bardzo się zrobiło, a akurat ten odcinek trasy jest najciaśniejszy. A ja staram się uwazać na kazdy krok, żeby nie zaczeło mocniej boleć. Nie daje rady w tym ścisku, więc skręcam na chodnik i wymijam grupe, wreszcie jest bezpiecznie dla mojego kolana, nie grożą mi jakieś nagłe zmiany rytmu, czy przeskoki w bok. Poza tym grupa jest wyraźnie poddenerwowana, słychać tylko jakies narzekania, że to czas na 3:30, że na początku zawalili, a teraz nadrabiają. Szkoda nerwów, ruszam lekko przed nich, żeby miec spokój. Zaczynam sobie mantrować zachęcony wpisami na blogu Pana Wiesława i tym, co przeczytałem w Runnersie. "Biegnę sobie lekko i przyjemnie" i tak w kółko i ból jest do zniesienia. Cały czas od startu oddycham nosem, zaczynam opanowywać sytuację. Wbiegamy z powrotem na Jadwigi, mijamy Rondo Rataje, lekki choć przydługawy podbieg na Katowickiej, na myśl którego, przy drugiej pętli, dostaje gęsiej skórki - pokonuje w myśl mojej mantry - lekko i przyjemnie. Dobiegamy do startu, zaczyna się druga petla, kolano nadal boli ale da sie biec. Zdaje sobię sprawę, że kolejne 2 km będą na lekkim zbiegu, ale tez czuję, że mogę nieco przyśpieszyć. 3:45 zostało w tyle, 3:30 nie widać, ulica szeroka, luźno sie zrobiło. Nie przyśpieszam jakby, bo chce przyśpieszyć, tylko pozwalam, by się działo. Zaczynam co jakiś czas oddychać ustami, myślę sobie - zaczyna sie to, co tygrysy lubią najbardziej :) Czyli delikatnie żywsze tempo. I tak sobie biegne, mijając chyba z 300 osób. Rondo Śródka po raz drugi, Pan po prawej na przystanku dający fajną muze, Niepodległości, Jadwigi... I ta cholerna, doliniarska pętla w kierunku Debca i z powrotem. Niestety, około 32 km, prawie w tym samym miejscu, co za pierwszym razem, kolano zaczyna walić. Tym razem metody relaksacyjne, prośby i groźby zawodzą. Daje o sobie znać brak wybiegania. Na wysokości "bramki Maniaca" pierwszy raz zatrzymuje się, żeby choć na chwile dać mu odpocząć. Nie wiem tylko jeszcze wtedy, jak ciężko będzie ruszyć. Nieświadomy próbuje, przekuśtykałem 10 metrów i znów stanąłem. Po paru sekundach, juz świadomy tego, co się dzieje, ruszam mocno z lewej nogi i jakichś 15 sekundach udaje mi się złapać rytm. Kolejna nauka z Runnersa - obieram sobie widniejący na horyzoncie wiadukt na Hetmańskiej i wpatrując się w niego powtarzam swoją mantrę. Jest cholernie ciężko, najpierw wchłania mnie a później prześciga grupa "3:45" Ale to dla mnie jest nieistotne, ważne jest znalezienie równowagi, żeby biec dalej ale nie zarżnąć kolana. Dobra, kombinuje, jak tu się zmotywować do biegu. Wiem, że będę musiał stanąć, pewno nie raz, żeby dać wytchnienie kościom. Pomyślałem więc, że przed Rodem Rataje, przed podbiegiem na Katowickiej zatrzymam się przy wodopoju, wezmę czekoladę, wodę i ze spokojem wypije, zjem i odpoczne. To mnie zdopingowało i dobiegłem do Ronda. Wziąłem garść czekolady i chyba pięć minut szedłem, jedząc i pijąc. Oczywiście kolano bolało bardziej niż w biegu, no ale to było oczywsiste, środki przeciwbólowe wydzielane przez organizm przestały działać, skoro wysiłek zmalał. Jestem za rondem, już prawie chce ruszyć, nagle czuje klepnięcie w plecy i słysze: "chodź wilk, pobiegniemy razem" To Pan z drużyny szpiku zmotywował mnie do dalszego biegu, w tym miejscu bardzo dziękuję ! Niestety chwilę później Pana dopadł skurcz dwugłowego, zatrzymałem się, starałem sie jakoś pomóc, tym razem ja jakoś zmotywować, ale nie dało się. Ruszyłem więc dalej. Kilometry dłużyły się w nieskończoność mimo, że tak mało pozostało do mety. Za wiaduktem kolejny krótki marsz - wiem, że chce dobiec, ale nie chce sobie zafundować jakiej dłuższej przerwy w treningach, staram się to jakoś równo rozlożyć. Na 39 km dostrzegam 50 metrów przede mną koleżankę z czasów, kiedy w podstawówce trenowałem L.A. Jak podczas maratonu, po 20 latach można rozpoznac kogoś z odległości basenu pływackiego, w dodatku nie widząc twarzy, do tej pory nie wiem, ale w domu sprawdzam wyniki i okazuje się, że się nie myliłem, Ania melduje się na mecie pare minut przede mną. Chce ją dogonić i pobiec razem z nią, ale kolano jest nieubłagane. Na 40 km kolejny marsz i ruszam z myślą, ze tym razem biegne juz do mety. Po chwili wchłania mnie grupa na "4:00" i niestety prześciga. Nie daje rady, jeszcze na chwile musze pomaszerować i znów ruszam. Czuje lewą łydkę, na niej spoczywa cały ciężar biegu, już pewno od 12 km, a na pewno od 32. I jestem jej cholernie wdzięczny, przeciez dokładnie 4 tygodnie przed maratonem doznaje kontuzji achillesa, 7 dni nic nie robie a teraz ona pozwala dobiec mi do mety bez śladu bólu! Za 41 km doganiam kogoś, pytam o czas, mówi, że 3:55. Zrywam sie więc troszeczkę, może dam rade zmieścić się przed 4:00. Okazało się, że czas musiał być niedokładny, bo mimo bólu nie mogłem tak długo biec ostatniego kaema. Skręt nad Malte, jeszcze tylko bieg wzdłuż budynków i nagle przed moimi oczyma pojawia się tragicznie stromy zbieg. Pewno zdecydowana większość ucieszyła się na jego widok, ale moje kolano stanęło dęba :P. Próbuje wiec różnych sztuczek, żeby zbiec, nie biegnąc i jakoś sie udaje, ostatnie metry, mój znajomy Marek, którego gdzieś tam minąłem po drodze, mija mnie przed samą metą ...:) A oficjalny czas rózni sie o 18 sekund, gdzie fizycznie była może sekunda. Taka dygresja do pomiaru czasu. Dostaje medal, czuje przez chwilę lekkie zawroty głowy. Donia natychmiast mnie znajduje i ubiera w ciepłe rzeczy. Mam naprawde dosyć, jestem szcześliwy, że to już koniec tej morderczej walki. Czas 4:02:31 - taki, na jaki byłem w stanie pobiec. Obiecuje sobie, że więcej nie pobiegne już z takim przygotowaniem, ale z drugiej strony nie żałuje, wiedziałem, czego moge sie spodziewać i ciesze się, że dobiegłem a jednocześnie nie przegiąłem z kolanem. W niedziele i wczoraj poruszałem się, jak "elektroniczny morderca - częśc 1" tylko w zwolnionym tempie. Kulałem na dwie nogi równocześnie, prawa ze względu na kolano, lewa - zakwas w łydce, która przejęła większość ciężaru. Z ciekawszych reakcji ciała to zakwas, co prawda mały, ale zawsze, w bicepsach, pewno na skutek tego, że starałem sie odciążyć nogę pracą rąk.
Dziś już po kąpieli w solance (dzięki Darek za inspiracje :) ) mogę chodzić prawie normalnie i schodzić ze schodów z rękami w kieszeni - równo na dwie nogi. Czas teraz na regeneracje i solidne tym razem przygotowania do następnych maratonów. Priorytet zostawiam Poznaniowi - tu bedę robił życiówki. Mój numer w półmaratonie w Poznaniu, który odbędzie się w marcu następnego roku to 61 :) Czyli numerologicznie - szczęśliwa siódemka :)
Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicyDodaj komentarz do wpisu Marysieńka (2009-10-14,07:01): W czym tkwi sekret maratonu....że pomimo bólu i zmeczenia, za wszelką cenę chcemy dotrzeć do mety???? Gratuluję:))) Darek Ł. (2009-10-14,07:48): Gratuluję Maćku wspaniałej walki i hartu ducha aby ukończyć maraton mimo Twojej kontuzji.Przeczytałem twoją relację z dużym zainteresowaniem i myślę,że pomoże mi ona przygotować się psychicznie na mój maraton,który planuję w Dębnie-2010.Być może spotkamy się na półmaratonie w Poznaniu w przyszłym roku.Teraz tylko się dobrze wylecz i zregeneruj. tygrisos (2009-10-14,20:03): Marysiu - u mnie jest tak, ze jak coś zaczynam, to staram się skończyć :) tygrisos (2009-10-14,20:06): Darku, dziękuje :) I cieszę się, że moja relacja Przyda Ci się do osiągania własnego celu. Spotkamy się tez pewno w Dębnie, tam bedę chciał powtórzyć Poznań, ale już na luzie i bez bólu. Czyli ten sam czas, w ramach przygotowań do 11 Poznań Maratonu.
|