Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

 

  WIZYTÓWKA  GALERIA [12]  PRZYJAC. [57]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
Kkasia
Pamiętnik internetowy
ten, kto nie próbuje zdobyć Mount Everestu, nie może poszczycić się nawet klęską

Katarzyna
Urodzony: --
Miejsce zamieszkania: Toruń
29 / 89


2009-09-07

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
nadal nie wiem, co o tym myśleć (czytano: 206 razy)



To, co mnie spotkało w ostatnią sobotę podczas biegania nie może mi wyjść z głowy.
Ale po kolei. Tydzień płynął w miarę spokojnie. We wtorek półtorej godziny wolno.
Po 40-tce P. ja wróciłam do pracy, a on z pierworodnym pojechali w męskiej ekipie dalej świętować na górskich szlakach. I tak zostałyśmy same z moją młodszą. W czwartek przekupiłam ją gazetką “Witch” i pozwoliła mi iść na podbiegi, które zakończyły się klapą. Ja w lesie a tu nadciągnęła taka burza z piorunami, że po sześciu górkach wracałam do domu sprintem. Latorośl przerażona o zdrowie i życie matki - w oknie. Tym razem jeszcze piorun mnie nie trafił....
Na sobotę zaplanowałam długie, dwugodzinne wolne wybieganie. Chciałam trzymać cały czas równe tempo, a na koniec zrobić 3 przyspieszenia. Szło nieźle, rozgrzałam się i czułam zapas mocy. Znów jednak nie ominął mnie deszcz. W lesie psa z kulawą nogą, ale plan to plan.
Już wracałam, już prawie skręcałam w drogę do domu, ale spojrzałam na zegarek – zabrakło 5 minut do dwóch godzin, więc nie skręciłam, tylko pobiegłam prosto jeszcze kawałek z zamiarem, że niedługo zawrócę i dokonam tych rytualnych przebieżek końcowych.
Na drodze minął mnie mężczyzna. Coś mnie zaniepokoiło. Nie spojrzał na mnie (kto nie patrzy na mijaną biegaczkę na leśnej ścieżce?). Jego wzrok był zupełnie nieobecny, a w ręku trzymał coś, co przypominało jakby sznur. Oddaliłam się, zbiegłam kawałek, ale po chwili już wracałam. Minęły dwie godziny biegu. Nagle mój umysł podsunął mi obraz, który mnie zaniepokoił. Intuicja. W jednej sekundzie wszystkie szczątkowe informacje zbiegły się w jedno. Zbiegłam ze ścieżki, skręciłam między drzewa. ON tam stał, pod drzewem. Na drzewie kołysał się sznur zakończony pętlą, pętlę trzymał w ręku. Z daleka krzyknęłam:”masz jakiś problem?!” i podbiegłam bliżej. Teraz już wszystko było jasne. Obrzucił mnie tym nieobecnym wzrokiem. Powiedziałam “nie rób tego, nic nie jest tego warte”. Odpowiedział, że to wszystko nie ma sensu. I tak zaczęła się nasza rozmowa. Długa. Nie pamiętam treści, byłam w szoku. Nie miałam komórki, aby zadzwonić po pomoc. Gadałam różne głupoty. Wiedziałam, ze muszę nawiązać z nim kontakt, dowiedzieć się jak ma na imię, czy ma rodzinę itp. To nie było łatwe. Początkowo milczał i tylko trzymał się kurczowo tego sznura. Młody, przystojny, zadbany mężczyzna, ale skręcony bólem, rozpaczą i bezsilnością. Powoli zaczął mówić. O sobie, o rodzinie. Zdawkowe, urwane zdania. Prosiłam, aby zdjął sznur, ale on trzymał się go jak “tonący brzytwy”? Więc dalej trajkotałam, chodziłam wokół niego jak nieprzytomna. Usilnie starałam się przypomnieć sobie całą moją psychologiczną wiedzę i wbrew niej pocieszałam go. Nie kazał mi odejść, nie przegonił. Mówił “nie mam marzeń” i “wszystkich zawiodłem”. Płakał.
Nagle puścił sznur, starannie zwinął go w pętlę. Poprosiłam, aby mi go oddał. Oddał. Zaproponowałam, że go odprowadzę do domu. Dalej rozmawialiśmy i szliśmy, szliśmy...
W końcu stanął, wyciągnął do mnie rękę. Powiedział, że pójdzie do domu, położy się. Na koniec tylko zapytał” i co? mam się dalej męczyć?”co miałam mu powiedzieć? pokazałam mu skrawki błękitnego nieba, przestało padać, rozpogodziło się. Odszedł.
Wtedy poczułam, jak bardzo jestem zmęczona, zmoczona, zmarznięta. Biegiem ruszyłam do domu. Sznur miałam dalej w ręku. Wyrzuciłam go.
Wciąż rozmyślam – czy wszystko zrobiłam jak należy? Czy może powinnam powiadomić rodzinę, zrobić jeszcze coś więcej? Nie wiem, nie wiem...”Skazałam” go na dalsze życie? Nieee... gdzies w głębi czuję, że jednak chciał żyć. Miał po co, chociaż nie dostrzegał tego będąc w głębokiej depresji. A nie wyglądał wcale na takiego. Ile takich osób mijamy codziennie? Pozornie szczęśliwych, a naprawdę samotnych? Głęboko cierpiących, zranionych, niewierzących w siebie, zagubionych? Musimy być bardziej uważni.
Nadal, gdy zamykam oczy widzę go pod tym drzewem. Nie otrząsnęłam się. A co by było gdybym jednak nie dała sobie tych 5 minut? Skręciła jak wcześniej bywało? Może nic, może nic...Takie to sa skutki biegania po lesie.
Kogo ja właściwie tam w tym lesie spotkałam?

Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicy

Dodaj komentarz do wpisu


Marysieńka (2009-09-07,16:10): 35lat temu podobnie jak Ty teraz wyciągnęłam młodego chłopaka z "topieli"..niby nie chciał żyć...ale za kilka dni podziękował mi w "Lecie z radiem"...i jeszcze jedno...zaręczam, że nigdy tego nie zapomnisz:))
Foxik (2009-09-07,17:28): nie wiem co powiedzieć - może zastąpiłaś Jego Anioła Stróża, który gdzie się zapodział.....
wiosna (2009-09-18,08:11): Podziwiam to co zrobiłaś. Depresja jest straszną chorobą, bo teoretycznie jej nie ma, nie widać bardzo długo. Dobrze jak daje objawy somatyczne, organizm zaczyna domagać się pomocy. Ale sama w lesie, facet ze sznurem, zastanawiam się co bym zrobiła. Masz uratowane jedno życie na koncie. Podziwiam.
Renia (2009-09-21,17:14): Nic nie dzieje się przypadkiem. To nie przypadek, że tego dnia byłaś w tym miejscu i o tej porze. Miałaś mu pomóc i pomogłaś.







 Ostatnio zalogowani
bobparis
08:37
Tatanka Yotanka
08:22
platat
07:54
Leno
07:36
mariuszkurlej1968@gmail.c
07:33
MOSIRMYSŁOWICE
07:21
Raffaello conti
07:10
jaro109
06:52
Andrea
00:59
Piotr100
23:45
GriszaW70
23:01
ronan51
22:15
uro69
21:51
Wojciech
21:51
benfika
21:34
szyper
21:30
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |