2009-04-27
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Cracovia Maraton (czytano: 194 razy)

To prawda, że drugiego maratonu człowiek boi się bardziej niż pierwszego. Do końca nie byłam pewna, czy powinnam pobiec. Nie czułam się przygotowana, a wiedziałam już, co mnie czeka. Nie wspominałam o swoich rozterkach na blogu, bo obawiałam się komentarzy w stylu: "dasz radę, nie pękaj", a raczej nie tego potrzebowałam. Tchórzem nie jestem, raczej realistk±;)
Sam wyjazd do Krakowa (poci±giem, jak za dawnych lat) wspominam z rozrzewnieniem. Zwiedzanie miasta, upojenie jego zapachem i atmosfer±... Nocleg w hali KS Wisły (obok stadionu "Białej Gwiazdy", której kibicuję niezmiennie od lat). Tej nocy nie zmrużyłam oka, "obudziłam" się rano wymięta i jaka¶ wczorajsza. Czy to na pewno dzi¶ ten wielki dzień? Okazało się, że dwa łóżka dalej spała Ewa (Ev). Po pogaduchach przy mocnej kawie, nieco się ocknęłam. Poznałam też fog i zurkas (pozdrawiam serdecznie:) Duch bojowy mi się udzielił!
Na starcie stanęły¶my ramię w ramię z Gab±. Dziewczyny tuż za nami, a obok osobisty pilot Ewy - Mateusz. Ruszyły¶my rozs±dnie, podziwiaj±c miasto. Gaba wprowadzała nas w tajniki Krakowa (wszak to jej miasto). Monotonna droga do Nowej Huty upłynęła nam szybko, ale po przekroczeniu 20 km nadszedł czas na "sportowe" potraktowanie biegu. Pierwsza oderwała się zurkas. Po przekroczeniu półmetka nieznacznie przy¶pieszyłam. Z Placu Centralnego dobiegały dĽwięki mocnego rocka. Niesiona rytmem wyprzedzałam kolejne osoby. Do trzydziestki wszystko szło zgodnie z planem. Na trzydziestym kilometrze, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki - opadłam z sił i zurkas zaczęła odjeżdżać. Jak się potem okazało, jej możliwo¶ci były znacznie większe od moich. Dalej była już tylko walka samej z sob±. Czym się motywowałam, pozostanie moj± słodk± tajemnic±:) Przyjemny wiatr od Wisły chłodził zmęczone ciało. Wawel przywitał 35-tym kilometrem. Tutaj już wiedziałam, że celu nie osi±gnę. Nie złamię 5 godzin. Teraz celem było utrzymanie pionowej postawy ciała i zachowanie kierunku biegu. Zamajaczył stadion "Wisły", poderwałam się do lotu. Ukazały się rozległe Błonia, dobiegł mnie głos spikera na mecie... Jakież było rozczarowanie, kiedy okazało się, że muszę min±ć metę i jeszcze raz obiec Błonia (3,5 km!!!) To było najdłuższe 3,5 km w moim życiu...
Ale warto było! Medal piękny, trasa urocza, pogoda (dla mnie) wymarzona, miła atmosfera, ¶wietna organizacja.
Poprawiłam życiówkę o 7 minut.
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora Renia (2009-04-27,09:59): Chwila prawdy... Marysieńka (2009-04-27,10:02): Dokładnie Reniu....maraton zaczyna się,dopiero kiedy praktycznie prawie "czujemy" metę. GRATULUJĘ!!!!! :))) kokrobite (2009-04-27,11:28): Brawo, brawo, brawo! :-))) Wielkie gratulacje! :-) Ev (2009-04-27,14:13): mnie też zabiło te 3,5 kilometra... Kkasia (2009-04-27,14:20): gratuluję serdecznie!!! wyobrażam sobie ile musiałaswłożyć sił na końcówce tych 3,5 kilometra. Tym bardziej podziwiam! kluseczka (2009-04-27,19:41): ten magiczny 30 kilometr, następnym razem nie damu mu sie Reniu, już nie i złamiemy wreszcie te magiczne 5 h, napewno nam sie uda, gratuluję zyciówki, zawsze to 7 min. a siódemka to magiczna liczba;)
|