2009-03-03
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Niespodziewaneczka, czyli za co kocham Najka (czytano: 266 razy)

Za Pegasusy, oczywiście. O Pegasusach już chyba było, a jak nie bylo - to będzie. Ale żeby uzasadnić moją miłość do skrzydlatego rumaka, winna jestem moim czytającym opowieść z XXIX Półmaratonu Wiązowskiego.
Do Wiązownej pojechalam w niedzielę właściwie tylko dlatego, że mam blisko. Od domu pod biuro zawodów 10,5 km. Bliżej niż na półmaraton warszawski. Przebieg z lutego, przebieg treningów, wyniki ostatnich biegów, fakt, że od stycznia raptem raz przebiegłam ponad 20 km - wszystko to sprawiało, że nastawiłam się na bieg spokojny, treningowy, bez silenia się na wynik, bo niby z czego. Jeszcze w sobotę wytoczyłam się do lasu na krosik, 12 km w hanbiącym tempie powyżej 6 min/km i wszystko mnie bolało...
No więc bieg czysto towarzyski, lekko sprawdzający formę po 6 tygodniach niebiegania oraz biegania bez planu, bez glowy, bez sensu. Tym bardziej, że i trasy w Wiązownie nei znałam, a opowieści o legendarnym wmordewindzie, który niemal zmiata z trasy dzielnych biegaczy slyszałam od conajmniej roku.
Na miejscu okazało się, że towarzysko formę przyjechalo sprawdzić masę ludzi. Miejsca parkingowe w okolicy już się konczyły, do zapisów były kolejki, po koszulki - jedna megakolejka. Ale jakoś wszystko udało się szybko ogarnąć. Słońce świeciło, wiaterek był śladowy. Poranny mróz sprawił, że założyłam długi rekaw i dlugie leginsy. Bład. Ale przed startem to akurat była zaleta, bo jednak upału nie było.
Za to nad butami zastanawiałam się dlugo. Na zimówki - już za ciepło, na trialówki - to nie miejsce...Hm... W końcu sięgnęłam po moje zajechane w zeszłym sezonie Pegasusy. Tak, co to niemal duży palec mi przodem wychodzi. Takie, w których w zeszłym roku przebiegłam z 1000 km i zrobiłam w nich życiówke na 15 km, w półmaratonie i w maratonie.
Wystartowałam i... nogi mi same szly do przodu, kręciły się w tempie, które zaskoczyło przede wszystkim mnie samą. Więc taka zdziwiona biegłam pierwsze pięć km, uważając, żeby nie polecieć za szybko, systematycznie mijając kolejnych zawodników. Trzymałam się pleców Iwony, potem ją trochę zmienilam na prowadzeniu.
Na ósmym kilometrze zerknęłam na zegarek. 39 minut. Minutę szybciej niż w Pile. W tym momencie uwierzyłam, że mogę zrobić zyciówkę. Ale nie szalalam. Starałam się trzymac równe tempo ze świadomoscią, że i tak biegnę szybciej niż w Pile. Minimalnie szybciej, ale jednak. Ktoś znajomy rzucił, że chyba biegnę na jakiś super wynik. - Nie miałam tego w planie - odpowiedziałam, ale nie zwolniłam. Nie zwalniałam też za półmetkiem. Tu niestety Iwona mnie minęła i zostałam z tyłu, ale to one wyraźnie przyspieszyła. Zwalczylam pokusę pogonienia za nią. Tylko spokojnie, jeszcze 8 km. Jeszcze 7, 6, biegnę równiutko.
Na 15 minęła mnie Monia. No cóż. Lepsza jest, teraz jest lepsza, a ja sie nei ścigam. Na 18 ja minęłam Monię. Chyba się zdenerwowała. Za kilometr znowu mnei wyprzedziła i juz nie oddala pola. ALe ja po wolniejszym 19. km znowu wróciłam do wcześniejszego tempa. Na kiloemtr przed metą juz ją miałam :)
1:43:07. Nowa półmaratońska zyciówka. Poprawiłam jesienny wynik o ponad dwie minuty. Przez caly dystans nie zrobiłam ani pół kroku marszowego. Biegłam równo, i w sumie wcale nei na maksa....
Na mecie uśmiech rozjechał mi się na całą twarz. Słońce dalej przygrzewało, a ja własnie dokopywałam się do skrzetnie ukrytych pokładów swojej motywacji.
A Pegasusy... No cóż. Chyba zakonczą swój zywot. Ale nowe już czekaja w szafie na oficjalny poczatek sezonu. Bo przeciez jeszcze kilka życiówek mam w planie.
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora kokrobite (2009-03-03,18:07): Co znaczy świeżość :-) Gratulacje! Kkasia (2009-03-03,20:39): gratuluję i po cichu zazdroszczę... henioz (2009-03-03,21:37): Grateczki za życióweczke na poczateczek roczku.
|