2008-03-27
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Upierdliwy kurdupel (czytano: 125 razy)

Dziś, dla odmiany, Góra. Dla odmiany, wieczorem.
Po wczorajszym śniegu prawie nie ma dziś wieczorem śladu. Niebo bezchmurne, rześko. Tym razem tylko Szara i ja. Do czasu. Zacząłem od 7 żwirowych pętelek, potem pobiegłem na szczyt Góry, na którą już podbiegał jeden zawodnik. Koło niego biegł pies, ze dwa razy mniejszy od Szarej, łaciaty, krótkonogi kundel. Jak mawia moja mama, ni pies ni wydra. Myślałem że to pies tego drugiego biegacza. Bawił się z Szarą na stoku, wyglądało to miło, ale po jakimś czasie Szara miała go wyraźnie dość. A kurdupel skacze na nią, nos pod ogon pakuje, podgryza. Szara jakoś mało zdecydowana, nawet jak warknie czy kłapnie zębami, to tamten jeszcze bardziej gorliwy. Zrobiłem 7 podbiegów, w międzyczasie drugi biegacz zniknął, w przeciwieństwie do łaciatego. Wracamy do domu, a tamten na krok Szarej nie odstępuje. Wreszcie bierze się do zasadniczej czynności, nie bacząc na to, że Szara jest wysterylizowana. No tu już trochę przegiął. Na wrzaski moje nie reaguje, od kopniaków i zamachów amortyzatorem zwinnie się uchyla, nie odpuszcza. Nawet szorki na niej poplątał, musiałem suce je zdjąć. Wracamy przez siłownię w Parku Szymańskiego, robie tam trochę ćwiczeń rozciągających i siłowych. Powtarza się sytuacja z wczoraj, kiedy do Szarej przyssał się też jakiś kundel, ale tamten przynajmniej gabarytami Szarej dorównywał. Dzisiejszego kurdupelka żegnamy dopiero zatrzaskując mu drzwi od klatki schodowej przed nosem. Wiosna, cholera. Chuć psy zaślepia, ptactwo się drze, tylko pogoda cuś nie taka.
A ja miałem łączny czas treningu 1:42, jakieś 14 km, ponad 300 m przewyższenia.
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora |