Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

 

  WIZYTÓWKA  GALERIA [22]  PRZYJAC. [146]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
Kedar Letre
Pamiętnik internetowy
Nie tylko o bieganiu.

RADOSŁAW Ertel
Urodzony: 1968----
Miejsce zamieszkania: Środek lasu(k.Kępna)
38 / 81


2009-03-23

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
Udany "ŁIKEND" (czytano: 300 razy)



To był intensywny i bardzo miło spędzony "łikęd".
W sobotę - Sobótka, a w niedzielę... Niedzielka ,aż się prosi powiedzieć....
Jednak w niedzielę była Blachownia i "Przełajowa Ósemka".

Od kiedy zacząłem przygodę z bieganiem ,zdarzyło się to pierwszy raz ,abym wystartował w dwóch biegach ( dzień po dniu).
Po raz pierwszy pojechałem też na zawody sam ze swoim synkiem. Ponieważ Krysia w tym czasie podziwiała uroki Rzymu ,to mój start pod Ślężą stanął pod dużym znakiem zapytania. Na szczęście z pomocą przyszli organizatorzy biegu, przygotowując dla dzieci zawodników przedszkole.

Sobótka jak zwykle spisała się na medal,ale ja chciałbym się skupić na tym mniejszym ,lecz równie udanym biegu w Blachowni.

Do domu wróciliśmy z Sobótki dość późno,ponieważ po drodze odwiedziłem moich Rodziców.
Jacusiowi coraz bardziej zaczynał doskwierać brak ukochanej Mamusi,więc bidulek coraz bardziej użalał się nad sobą, a tu nazajutrz miałem Go zostawić samego u cioci Basi:(
Prognozy na niedzielę były fatalne ,wiec wspólny wyjazd nawet z opiekunem dla młodego, nie wchodził w grę.

Rano, skoro świt, zerwałem się z łóżka. Słowo zerwałem nie oddaje jednak tego ,w jaki sposób naprawdę wstawałem.
Gdybym wiedział ,że tak będzie, nastawiłbym zegarek o kilka ( a nawet kilkanaście) minut wcześniej.
Ból nie pozwalał wstać.Sobótka dał mi popalić.Ale jak się startuje w zawodach bez treningu, to jak miało być inaczej.
W każdym razie zerw..., zwlekłem się z łóżka i posze...posuwałem się powoli do przodu.W końcu dotarłem do drzwi, a tu niespodzianka.....SCHODY!!!!! Kto projektował ten dom.....w takim miejscu schody???!!!....przecież winda powinna być....
Pierwszy krok był straszny.....,drugi też......trzeci jeszcze gorszy......W końcu w bólach i mękach dotarłem na dół. Oj będę musiał dokładnie przemyśleć co gdzie leży ,aby ograniczyć do minimum włażenie po tym narzędziu tortur.

Teraz "szybkie" pakowanie,budzenie Jacusia, ubieranie Jacusia,śniadanie Jacusia,przebieranie Jacusia,mycie Jacusia,ubieranie Jacusia,rozbieranie Jacusia( siku),ubieranie Jacusia........i na koniec Jacuś zafundował mi jeszcze ....wchodzenie po schodach w celu zabrania bajeczki o dzielnym i nieustraszonym strażaku Samie.
Szkoda ,ze Jacuś nie potrafił docenić ,ze jego rodzony ojciec jest w tej chwili sto razy dzielniejszy od stu strażaków Samów razem wziętych.
Przez myśl przemknęło mi nawet ,żeby skoczyć z balkonu.Bolało by przynajmniej raz a nie przy każdym schodku.
Ciekawe ,że nie przemknęło mi przez myśl ,żeby nie jechać do Blachowni.

O 7.45 zameldowaliśmy się u Basi ( siostry Krysi).Zwlekliśmy ją dzwonkiem z łoża. Dla biednej Basi to jeszcze był środek nocy.
Chwilkę pogadaliśmy i zacząłem zbierać się do odjazdu.
Wyrodny ojciec zostawiał dziecko a młody podszedł do mnie i słodziutko zapytał: - " Tatuuusiu,zostaniesz ze mną jeszcze chociaż przez chwilkę?".
No ręce mi opadły.
Posiedziałem jeszcze minutkę ,by po chwili z bólem opuścić synka i wyruszyć do Blachowni.

Na miejsce dotarłem bez przeszkód i bardzo szybko. Szybciej niż zakładałem.
Pogoda była paskudna.Wiał wiatr i było ok.3 st.
Posiedziałem jeszcze 15 min w ciepłym samochodzie i przy świetnej muzyce,po czym udałem się do biura zawodów.
W biurze pustki,chociaż już pojedynczy zawodnicy się "kręcili".
OCZYWIŚCIE, aby odebrać numer trzeba było zejść po schodach.......... Otrzymałem numer 23 i.......z powodu braku "współbiegających" znów udałem się do samochodu( tym razem już zimnego).
Nudziło mi się niemiłosiernie,więc znów wyruszyłem na obchód terenu.
Po chwili już ktoś na mnie trąbi.Z samochodu wychodzi Kaziu Kordziński,ale po krótkiej wymianie poglądów ucieka do pomocy przy organizacji zawodów.
Zacząłem spotykać już znajome twarze.
Jedną taką twarz (była w Sobótce) zagadnąłem słowami - "No,Ty to chyba normalny nie jesteś .Wczoraj Sobótka,dzisiaj tu"........
OJJJJ!!!Nietrafiony był to żart. Gość spojrzał na mnie zdziwiony i coś tam odburknąwszy....poszedł.

Już za chwilkę widzę Grażynkę i Henia Witt.
I jakimi słowami przywitał mnie Heniu?! Ano takimi: - "No ,Ty to chyba normalny nie jesteś....:)))...po czym wyściskaliśmy się jakbyśmy się wczoraj nie widzieli.
Pośmialiśmy się trochę ,pożartowaliśmy i.....poszliśmy oglądać konkurs skoków na "Letalnicy"(w Planicy)...a tak dokładniej, to telewizor był w Blachowni.
Mieliśmy z Grażynką ten sam problem. Nie umieliśmy chodzić a tu bieg przed nami.
Siedzieliśmy wiec przed telewizorem i rozmasowywaliśmy sobie nogi.
Czas startu się zbliżał,więc z sali telewizyjnej zaczęło ubywać coraz więcej osób.Ale taki maniak skoków jak ja ,siedział twardo dalej. Nagle okazało się ,że anulowano wszystkie skoki i I seria zacznie się od początku.
Poszedłem wiec na rozgrzewkę.
Potruchtałem wraz z innymi wokół stadionu.Do startu pozostawało jeszcze 20 minut ale coś mnie ciągnęło,żeby sprawdzić jeszcze, co tam się w Planicy dzieje.
Masaż łydek i rozgrzewka pomogły mi na tyle,ze do sali TV mogłem pobiec.
Kiedy dobiegłem okazało się ,ze konkurs wkracza w najciekawszą fazę.
Przed telewizorem stał jeszcze jeden maniak.
TAk wiec w dwuosobowym składzie oglądaliśmy sobie zawody .
Adam Małysz nas nie zawiódł i skoczył 210 m obejmując prowadzenie.
Do startu pozostało 5 minut a tu trzeba jeszcze obejrzeć rywali.Mój "współoglądacz" co chwilę zerkał przez okno i informował,ze jeszcze nie wystartowali.
Na belce stanął bodajże Simon Amman i był to ostatni zawodnik I serii. No to przecież trzeba zobaczyć ,czy wygra z Adamem czy nie.
Nie wygrał.
Przed tym ostatnim skokiem "współoglądacz" zerknął w okno i powiedział - " Nikogo nie widać ,jeszcze nie biegną".
Okazało się ,że nie było nikogo widać,bo......już pobiegli.
Poinformowała nas o tym sympatyczna pani z portierni,która zauważyła ,ze mamy przypięte numery startowe.
Jak przystało na profesjonalistów :) ruszyliśmy ostro.
Najpierw schody ( tym razem już bez bólu), potem drugie schody,potem obiegliśmy w zawrotnym tempie budynek ośrodka,teraz już tylko następne schody i "Już" byliśmy na płycie boiska. Jeszcze tylko zgrabny przeskok przez taśmy i "stanęliśmy" na starcie.
Bez zatrzymania ruszyliśmy na trasę biegu.Mój partner od skoków wydarł tak ostro ,ze tyle go widziałem. Ja ,jak na "profesjonalistę" przystało ruszyłem spokojnie,
Już po 400-500 metrach ukazali mi się pierwsi( a może ostatni) "nordikłokingowcy". To była grupa o groźnie i intrygująco brzmiącej nazwie - " Grzmiące Kije"
Kiedy ok.1 km mijałem zdziwionego gostka z napisem "koniec biegu" z udawaną złością poinformowałem go,ze to nie fair tak wyprzedzać ostatniego zawodnika.Biedny chyba pomyślał,ze przez nieuwagę kogoś zostawił.
Na start spóźniłem się ok.2 minut ,ale jaka radość później kiedy wyprzedzałem kolejnych zawodników.
Jeszcze na żadnych zawodach nie udało mi się aż tylu wyprzedzić :))).

Sam bieg "Przełajowa Ósemka" był rewelacyjny.Trasa jak dla mnie wymarzona. Leśne,dość wąskie i kręte ścieżki,później kluczenie pomiędzy zbiornikami wodnymi.Co chwilę było słychać okrzyki zachwytu.Było naprawdę urokliwie.
Na całej trasie były pomalowane jaskrawą farbą, niemal wszystkie korzenie.Moja wrodzona inteligencja i posiadane 59862 punkty " AJkju" pozwoliły mi błyskawicznie rozwiązać tę zagadkę...............a tak naprawdę ,to dopiero po kilku km. domyśliłem się,ze to nie jest po to to ,żeby nie pomylić trasy :)).......Nie wiedziałem ,ze zakwasy mogą się też zrobić na mózgu...........
Do mety dobiegłem w dość dobrym czasie i stanie jak na mój obecny stan przygotowań:)
Na mecie otrzymaliśmy piękne medale w kształcie ósemki.
Później zaczepiałem różnych ludzi pytając: - Ty też zająłeś 8 miejsce?! No zobacz, ja też".

Moją uwagę zwróciła rodzinna wręcz atmosfera.
To naprawdę nie zdarza się na wielu biegach.
Żarty,śmiechy trwały do końca zawodów.Aż się nie chciało odjeżdżać.
Organizacyjnie - ŚWIETNE ZAWODY!!!

Troszkę mało tu o samych zawodach ,ale jeszcze raz powtórzę - ŚWIETNE ZAWODY!!!
W rankingu dałem 10,choć rzadko to robię.

Wyjazd do Blachowni był bardzo udany .Polecam wszystkim te zawody a ja wrócę tu za rok...o, przepraszam ,przecież "Przełajowa Ósemka" jest już 30 sierpnia.

Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicy

Dodaj komentarz do wpisu


Grażyna W. (2009-03-24,00:45): Radku, okazuje się, że te nasze długotrwałe masowanie, klepanie, ściskanie obolałych mięśni dało całkiem przyzwoite rezultaty ;) pobiegliśmy, ukończyliśmy, pośmialiśmny się, było pięknie i wesoło, po prostu rewelacja. Myślę, że nie był to mój pierwszy i ostatni bieg w Blachowni, bo byłoby mi smutno. Ja chcę tam bywać często, mimo, że to tak daleko. Mam pomysł, przenieście nam Blachownię ... bliżej ;)
mamusiajakubaijasia (2009-03-24,06:28): Radek...nie byłam w Blachowni, choć szczerze chciałam, ale w tym czasie tuptałam połówkę w Krakowie. Ale...czytając ten tekst jak zwykle pokwikiwałam radośnie ze śmiechu, wczuwając się w Twoje "obolałe odczucia" znane doskonale i mnie:) Pisz częściej - poprawiasz czytającej humor. WYDATNIE:))))
Marysieńka (2009-03-24,06:52): Radku....super się czytało. Podobnie jak Gabrysia, czytając co chwilkę uśmiechałam się. Twój wpis przypomniał mi, jak to po kaliskiej "setce" tyłem po schodach schodziłam:))))
dario_7 (2009-03-24,09:59): Radek, jesteś niesamowity! Uśmiałem się do łez :D Gratuluję super weekendu! :)))
jaro42 (2009-03-25,19:24): Świetna relacja! Przypomniałeś mi czasy, kiedy ubieranie i rozbieranie mojego synka zajmowało 2 godziny dziennie. Można wyrobić sobie niezłą kondycję:)







 Ostatnio zalogowani
arco75
04:29
Lektor443
02:11
przystan
00:06
soniksoniks
00:04
Namor 13
23:13
marcin.333team
23:06
ozzy
22:56
simwa
22:25
pruslee
21:58
uro69
21:25
eldorox
21:22
Raffaello conti
20:51
wiesław
20:49
pomidor83
20:40
seba1
20:33
smszpyrka
20:27
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |