2009-03-13
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| XXXIII Bieg Piastów 2009 (czytano: 234 razy)

...O godz. 7.30 na Jakuszyce ciągnął nieprzerwany sznur samochodów.
Na miejscu ruchem wprawnie kierował pan policjant i już po chwili postoju zostaliśmy skierowani na parking.
Pan parkingowy widząc nas zaczął się drapać po głowie, by po chwili powiedzieć - " Powinniście się zmieścić"
Po ujechaniu kilku metrów naszym oczom ukazało się......potężne grzęzawisko. Błoto,błoto i jeszcze raz błoto.
Ruszyłem ostro. Każde zatrzymanie groziło postojem na wieki,bo gdzie ja bym chętnego znalazł do popchnięcia w 30 cm błocie.
Samochód spisał się wzorowo . Dobrnęliśmy do końca parkingu a co potem? .......to będziemy sie martwić po biegu.
Teraz pozostało tylko wyjść z parkingu na drogę.
Słowo "tylko" nie jest tu jednak precyzyjne.Leciutka Krysia przeszła po wysokiej na 4-5 m bandzie śniegu. Ja przy schodzeniu zapadłem sie po.....po......do pasa.
Oj trudno było wyjść,trudno.W końcu po kilku próbach,ubłocony i brudny, wykaraskałem się jakoś z opresji.
Teraz weryfikacja do biegu leśników i po odbiór posmarowanych nart.
Co się tyczy smarowania ,to na 15 biegów tylko 3-4 razy nie było problemów.
Wszystkiemu winna niestabilna pogoda. Na dole warunki śniegowe są inne niż w górnych odcinkach trasy.Najlepiej jak jest - 5 st. albo + 5 st.Wtedy można dobrze dobrać smary.Najgorzej jak jest ok.0 st...........
Było ok. 0 st:)
Pan "Smarujący" obiecywał ( jak zawsze),że - "powinno być dobrze"(koszt takiego smarowania to 70-80 zł).
Z lepiącymi się niemiłosiernie nartami ruszyliśmy na start,który położony był ok.600 m. od centrum zawodów.
Szybka rozgrzewka i nerwowe spoglądanie w niebo.
Żeby tylko nie padał śnieg.Żeby tylko nie padał śnieg.Żeby tylko nie padał śnieg - powtarzałem sobie w kółko jak mantrę.
Deszcz może, ale nie śnieg.
Start w tegorocznym biegu był po raz pierwszy w historii przeprowadzony wahadłowo . Startowano co dwie minuty w grupach 200 osobowych (oprócz pierwszej 100).Miejsce na mecie zależało nie od tego ,którym się wbiegło na metę ale od osiągniętego czasu( np. ja wbiegłem na metę ok. 250 mjsc. a zająłem 383).
Zweryfikowałem się u sędziów i ustawiłem się w swoim boksie. Nart nie sprawdzałem( zresztą i tak by to już nic nie dało).
Ustawiłem je do zamrożenia i kontynuowałem rozgrzewkę. Wokół dużo znajomych twarzy.
Mnóstwo też zagranicznych gości.
Tegoroczny bieg po raz pierwszy był zaliczony do światowych biegów "Worldloppet".
Byli więc: Japończycy,Nowozelandczycy, Amerykanie,Australijczycy,Szwedzi, Norwegowie,Włosi,Niemcy,Rosjanie .......i długo można by jeszcze wymieniać.
5 minut do startu.
Komandor biegu prosi jeszcze o słynne pozdrowienie......i już za chwilę 6000 kijków unosi się do góry,uderza o siebie z równoczesnym ,gromkim okrzykiem : HEJ!!!...
CIARY!!!!!!!
Zawsze mam CIARY na plecach w tym momencie.
Teraz już tylko CISZA.
Start do Biegu Piastów odbywa się w kompletnej ciszy.
Rusza pierwsza setka. Za dwie minuty moja kolej. Już się nie denerwuję. Jedynie martwię się ,czy narty będą trzymać.
Pilnujący nas żołnierze straży granicznej puszczają złączone ręce i.......startujemy. Od razu podbieg i od razu widzę,ze ....moje narty nie trzymają.TRAGEDIA!!!
Lecę jednak dalej.Na razie"na rękach". Może wyżej będą smary trzymać.Na pierwszej górce oglądam się. Uwielbiam to robić i obserwować ten nieprzebrany,kolorowy i napierający bezlitośnie tłum narciarzy.
Tym razem spotkał mnie ogromny zawód. Była tak gęsta mgła,że niemal nic nie było widać.Po pierwszych 300 ustawiona była bramka i od tego momentu zaczął sie liczyć czas.
Pierwsze kilka km. to prawie same podbiegi. Stwierdziłem po pewnym czasie,ze narty trzymają ale tylko przy BARDZO mocnym odbiciu. Niestety każde takie mocne odbicie kosztuje dużo sił.Technikę biegu mam dobrą więc kombinowałem. Trochę "na rękach", troszkę z odbicia i...jakoś szło.
Plan był taki:
Biegnę dość wolno ale cały czas równo.Że biegnę wolno przekonałem się już po kilku kilometrach,kiedy to zaczęli mnie wyprzedzać zawodnicy z numerami 600,900 a nawet 1000.Nie przyspieszałem jednak i cały czas sobie powtarzałem: -Równo i spokojnie,równo i spokojnie"
O dziwo pierwszy kryzys złapał mnie na 8-9 km.Kończył się podbieg o moje ramiona były rozgrzane do czerwoności i zaczęły odmawiać współpracy.
- No pięknie - pomyślałem - toż to dopiero 8 km a już odpadam?
Zacząłem "szybko" liczyć ile jeszcze do mety i za każdym razem nie chciało wyjść inaczej jak.... 42 KILOMETRY!!!.
Znowu myśli chodzą po głowie - Cholerka,....daleko!!!
Za podbiegiem nastąpiło wypłaszczenie i po kilkuset metrach doszedłem do siebie. Znowu czułem że w rękach jest jeszcze siła i od tego momentu było już tylko lepiej.
Do końca biegu nie miałem już żadnego kryzysu.
Ale jeśli się pobiegło o 40 minut gorzej niż zwykle to ten brak kryzysu już tak mnie nie dziwi.
Trasa biegu była oznaczona co kilometr ale od tego kryzysowego 8 km już mi się nie dłużyło.
Na trasie różnojęzyczny gwar. Co rusz trzeba się było przestawiać na inny język ( tak jak bym ich wiele znał:)
Około 15 km przebiegłem z przesympatycznym gościem z Alaski.Kiedy przebiegaliśmy na 29 km przez pełną kibiców Polanę Jakuszycką, gościu zrobił takie "szoł",ze mieliśmy ogłuszający doping.
"Alaskowiec" oddalał się ode mnie powoli by po kilkuset metrach znowu dać się doścignąć. Robił mi zdjęcia,śmiał się ,gadał jak najęty.Natomiast poliglota Radek szczerzył się tylko do niego i prosił co chwilę - MÓW WOLNIEJ.
Reakcją na moje prośby był serdeczny śmiech i kłapaczka poruszała mu się jeszcze szybciej.
Choć prawie nic nie rozumiałem to słuchanie Go sprawiało mi ogromną przyjemność.
Po 33 km "Alaskowiec"gdzieś mi zniknął we mgle.
Na 37 km znowu Go przed sobą zauważyłem. Powoli go doganiałem drugim torem. Podczas wyprzedzani zagadnąłem Go coś tam po amerykańsku:). Spodziewałem się znowu promiennego uśmiechu i potoku słów. Moje zaskoczenie było ogromne.Gość miał potężny kryzys. Nie musiał nic mówić. Ja też milczałem.
Jego twarz a szczególnie oczy mówiły wszystko. MIAŁ DOŚĆ!!!
CZekałem na niego na mecie ale było mi tak przeraźliwie zimno,że poszedłem się przebrać.Później też Go nie spotkałem.
Następnym moim towarzyszem podróży był Rosjanin.
Dogonił mnie na 40 km i tak sobie razem biegliśmy.Na tym etapie podróży na rozmowy już nie było siły a poza tym gościu biegł za mną.Po 3 km zszedłem mu z toru aby Go przepuścić .Pokręcił przecząco głową i.....razem dobiegliśmy do mety.Musze przyznać ,ze ten Rosjanin bardzo mnie zmobilizował do biegu . Zresztą ja jego chyba też. Po przebiegnięciu mety wyściskaliśmy się BARDZO serdecznie.
Bardzo ciekawe w tym wszystkim było to,że nie wypowiedzieliśmy ani jednego słowa.
Słowa nie były po prostu potrzebne.
Radość z ukończenia biegu była przeogromna.
Przebrałem się czym prędzej ale pogoda zaczęła się robić nieprzyjemna. Minus dwa stopnie,silny wiatr dał mi się bardziej we znaki po biegu niż w trakcie.
Razem ze znajomą Moniką zaczęliśmy wypatrywać Krysi i mojego przyjaciela Darka( tego co tak w Toruniu "ryczał")
Zaczęliśmy dopingować mocno niemal wszystkich kończących bieg na 50 i 26 km. Tak byliśmy tym pochłonięci,ze niemal przegapiliśmy wbiegającą na polanę Krystynkę.To właśnie Ona usłyszała nasze ryki i rozpoznawszy nas po głosach odryknęła do nas.
No....wtedy to dopiero był doping:)
Bałem się bardzo o Krysie ,gdyż był to jej pierwszy start na 50.
Jak się okazało,bałem się całkiem niepotrzebnie. Krysia z dużym zapasem sił i uśmiechem przebiegła obok nas by po dwóch minutkach wpaść na metę.
Po biegu jeszcze odbyła się "uroczystość" wręczania pucharów wśród leśników,gdzie moja pierwsza ,jedyna i niepowtarzalna żona Krystyna zdobyła 1 miejsce pokonując drugą na mecie o ponad 20 minut :)
Ja wypadłem bladziutko,ale jak się biegnie o 40 minut wolniej to i miejsce było odpowiednio dalekie.
Zresztą nie o miejsce tu chodziło.
Z XXXIII Biegu Piastów jestem ( tak z ręką na sercu) BARDZO ZADOWOLONY.
A już za rok tak się przygotuję ,że..........:))))))))))
Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicyDodaj komentarz do wpisu mamusiajakubaijasia (2009-03-13,16:43): ...że HO HO !!! Oj Radek...widać, że to kochasz:))) No i wielkie gratulacje dla Krysi, która, z właściwą sobie skromnością, nie wspomniała w swoim blogu, że była PIERWSZA!!!! BRAWO ERTELOWIE!!!!!! UUUUUUUUuuuuuuuuuuu....i tu zabrakło mi tchu:) Marysieńka (2009-03-13,16:44): Radku G R A T U L U J Ę!!!
Super się czytałao...
Toż to wspaniały artykuł...
Dumny jesteś z jedynej, pierwszej i kochanej żonki, prawda?? A może i ciut zazdrosny o Jej zwycięstwo:)) golon (2009-03-13,20:42): Radek świetny artykuł - fajnie się czytało - pozdrowionka i do zobaczonka :) 3m się dario_7 (2009-03-13,22:28): Radek, ująłeś i rozpaliłeś mnie tą relacją tak bardzo, że będę Cię prosił o naukę jazdy na biegówkach. Muszę za rok też spróbować. Coś wspaniałego! Gratuluję Wam wszystkim!!! :D Renia (2009-03-14,20:24): A podobno powaliła Cię grypa?;))) A Ty "pięćdziesiątkę" sobie walnąłeś...!:)))
|