2008-02-23
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| III Bieg Wedla (czytano: 289 razy)

W ubiegłym roku choć mroźnie, to jednak miło wspominamy bieganie w Parku Skaryszewskim w Biegu Wedla - trzy dystance: A (1,86 km) - dla dzieci i młodzieży, B (5,5 km) i C (9 km) dla dorosłych. Tradycyjnie przebiegnę je wszystkie trzy. A w tym roku aura iście wiosenna.
Zapisujemy się rodzinnie. Pierwszy dystans chcę przebiec na rozgrzewkę podając tempo Maurycemu. Startujemy wśród wielu dzieci i dorosłych. Jak zwykle wszyscy pędzą na początku i już po 200 m dostają zadyszki, kolki, nie mają sił biec dalej. Ale nie my. Maurycy trochę wyrwał, ale go ramieniem i stanowczym słowem powstrzymałam, więc spokojnie drepcze przy mnie. W połowie dystansu przyspieszamy, bo widzę, że oddycha zupełnie swobodnie, nie widać ani odrobiny zmęcznia. Przed metą biegniemy już całkiem szybko, więc zatrzymuję się i tylko okrzykiem zachęcam Mau'ego, żeby dogonił dziewczynę w różowej bluzie, która jest przed nami. Ja nie chcę finiszować, nie mogę się już męczyć, bo nie będę miała sił na moje biegi. Patrzę na zegarek i jest 8'53", gdy spodziwam się, że dobiegł już do linii mety. Chwilę za synem biegnie córka z tatą, też mają niezły czas. Maszka pięknie walczy na finiszu z dziewczynami starszymi od siebie o ładnych kilka lat. Jestem dumna z moich dzieci. Dostają medal, cukierki czekoladowe, jakieś gadżety - są bardzo zadowolone. Zaraz zaczynają zabawę z innymi dziećmi poznanymi z okazji wcześniejszych biegów. To się nazywa rodzinne bieganie!
Start biegu B. Rozbieram się, bo chcę go pobiec mocno. Udaje mi się trzymać dobre tempo i dystans 5,5 km kończę w 26:25. Michał, który na pierwszym okrążeniu próbował trzymać się przy mnie odpada gdzieś z tyłu, nawet Ela go pod koniec wyprzedziła, a gdy dobiega do mety nie ma sił już na trzeci bieg.
Mam sporo czasu, aby odpocząć i napić się czegoś przed następnym startem, bo trzeba czekać, aż dobiegną najwolniejsi. Korzystam z tego i czekam w szatni, żeby się nie wychłodzić. W końcu jednak wychodzę i człapię na start ubrana w polarową bluzę, kurtkę, rękawiczki. Tak też startuję, z planem, aby pobiec możliwie jak najrówniej a zarazem jak najmocniej. Nie stać mnie już na takie tempo jakie miałam na poprzednich biegach, ale się tym nie martwię. Po dwóch okrążeniach muszę się rozebrać, bo zaczynam się gotować. Jadę dość równo i mam wrażenie, że nawet trochę przy każdym okrążeniu przyspieszam. Ostatnie biegnę już na maksimum możliwości, bo na łuku zauważam przed sobą żółte galeryjne koszulki Justyny i Andrzeja, które działają na mnie jak płachta na byka. Są tak daleko, że wątpię czy uda mi się ich dogonić. Ale nie porzucam nadziei, biegnę co sił. na 400 m przed metą widzę, że Justyna słabnie, co jeszcze bardziej pobudza mnie do walki. Ale ktoś ją chyba uprzedza, że się zbliżam, bo podrywają się do mety całkiem żwawo i niestety na metę wpadam tuż za nimi. Dobra, choć bezowocna walka! Przydała mi się. Czas 48:02.
fot. Czarny321 & Cieslaq (www.sps.waw.pl)
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora |