2015-12-12
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Nocne Polaków rozmowy. (czytano: 729 razy)
PATRZ TAKŻE LINK: https://www.youtube.com/watch?v=VEpMj-tqixs&spfreload=10

- Dlaczego tak dziwnie łapiesz za drążek biegów?
- Jak dziwnie?
- Tak, o!
- Hmm... widać gdy o Nim myślę odruchowo naśladuję Jego ruchy. On bardzo często układa tak dłoń.
Ciuchy, które zdejmuję z siebie wieczorem, układam zawsze przy łóżku w taki sposób, żebym mogła się szybciutko ubrać. Jak psa przypili, to nie poczeka, a że Łoles nie kwapi się do sygnałów dźwiękowych, to istnieje ryzyko że się obudzę na ostatni moment. Potrafię się ubrać szybciej niż strażak przy alarmie i w mniej niż minutę jesteśmy na dworze.
Wypadamy na ulicę, ale okazuje się że Łoles miał ochotę się tylko przewietrzyć. O 2 w nocy!!!
Za to przy przeciwległym chodniku stoi samochód kumpla, z którym nie widziałam się prawie 4 lata, a rzeczony kumpel stoi oparty o samochód i drapie się po głowie. Na mój widok szeroko się uśmiecha:
- Jak fajnie że wyszłaś! myślałem żeby cię odwiedzić, ale sprawy się poprzeciągały i mam kilka godzin obsuwy. Właśnie się zastanawiałem, czy cię budzić, zwłaszcza że muszę jechać dalej i co najwyżej moglibyśmy porozmawiać w drodze, o ile masz luźne 6 godzin....
- Cześć!
- A no tak, cześć.
- Psa odsikam i możemy jechać, ale ja prowadzę. Jeśli stwierdzisz, że się boisz, to się za trochę zmienimy.
- Mnie pasi!
Długo się zastanawiałam, jaki napis zamówić na opasce, którą mieliśmy dostać w pakiecie Maratonu Warszawskiego. Po licznych dialogach wewnętrznych zdecydowałam, że napis będzie biegowy. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że na miejscu będę mogła dorobić dodatkową opaskę.
Nie miałam więc pomysłu na napis. Nie chciałam czegoś oklepanego. Chciałam słów, które zrozumiem i poczuję. Najlepiej takich, które się przeze mnie przewinęły przez te 10 lat biegania i startów. Gdy tak uczciwie się nad tym zasępiłam, odpowiedź przyszła sama.
Nagle znalazłam się na krakowskich Błoniach. Na zmianę widziałam kopiec na wzniesionym horyzoncie i Kościół Mariacki. Poczułam smak słonego izo i słodkiej, słodkiej wody. Biegłam pasem startowym do nieba, prowadzona dziesiątkami zniczy. Otulałam się ciepłem dwóch przyjaciół. Tuż przed naszą bazą pamiątkowy kamień. "Ty jesteś skałą"...
Lajkonik.
Z wszystkich tych biegów, spomiędzy tych dziesiątek, najpiękniej, najwyraźniej rysuje się w sercu.
Wpisałam sentencję w formularz.
To dobre zaklęcie.
Kontakt utrzymujemy regularny, ale długo się nie widzieliśmy. Dawno też nie mieliśmy się kiedy porządnie nagadać. Zmężniał, wyprzystojniał, widać to nawet pomimo zmęczenia rysującego się na twarzy. Znamy się od ho-ho-i-jeszcze-trochę.
- To nie problem że tak w nocy?
- Żaden. Ciupię teraz sporo nocek, poprzestawiało mi się.
- Nocki są paskudne.
- Nawet mnie nie denerwuj. Lepiej gadaj co tam u Ciebie?
Nawigacja dyskretnie podpowiada gdzie mam jechać, po kilku pierwszych metrach czuję się w autku jak w swoim, ale jadę ostrożnie, bo to niezła bryczka i boję się, że mnie poniesie. Opowiada o podróży, o firmie, obgadujemy wspólnych znajomych. Kątem oka rejestruję, że nie ma obrączki, ale jak zwykle nie pytam, będzie chciał to opowie. Rozmowa schodzi na temat uchodźców. Mieszka w Niemczech, jeździ po kraju i okolicznych państwach, miał już z nimi styczność. Gdy opisuje kilka incydentów cierpnie mi skóra. Dwa razy się bał. Tak totalnie, tak jak się człowiek boi, gdy nie wie czy przeżyje. Nie panował nad sytuacją, nie wiedział, co się wydarzy. Jeżeli on mówi, że się bał, to znaczy że trzeba uciekać. I to szybciutko. Świadomość tego wpływa przygnębiająco i milknę. Dopiero znak zapowiadający autostradę wyrywa mnie z zamyślenia i przypominam, że to ostatni moment na zamianę za kierownicą, ale on dziękuje. Jedziemy więc dalej, ogarnia nas mrok.
Mama stwierdziła, że ostatnie urodziny z 5 z przodu będą wystawne, zwłaszcza że chciała też uczcić przeżycie wypadku. Nikomu w sumie nic się nie stało, ale do przepaści mieli 2m. Kolacja w knajpce kuzynostwa Taty. Gdyby jeszcze Krakowiacy dojechali, to przy stole w znakomitej większości siedziałaby cała rodzina Taty. Zabawne, jak się czasem w życiu układa... przecież rodzice sięrozeszli tak dawno temu.... Bardzo żałowałam, że nie mogę być tam z Przyrzeczonym.
Alkohol mogliśmy mieć swój, mama kupiła wszystko oprócz szampana, z czego zdała sobie sprawę jakieś dwie godziny przed imprezą. Stwierdziłam, że przecież mam w domu kilka butelek Barefoot"a, które kupiliśmy na zapas bo nam smakowało, i że na pewno Luby nie będzie miał nic na przeciw. Szampany zdążyły schłodzić się w zamrażalniku, a gdy stały na stole uśmiechałam się do nich, bo przez nie Przyrzeczony był tam ze mną, chociaż symbolicznie.
- No, z tymi nockami to przerąbane, miało być dniówka/nocka/dwa dni przerwy, ale mam po dwie nocki z rzędu i w sumie 11 na 16 zmian. No takie nocki to niestety trzeba odsypiać i robi się amba. Wracam rano do domu, wychodzę z psem, jem śniadanie i idę spać. Wstaję, jem obiad, wychodzę z psem i jeśli mam druga nockę to już się w zasadzie muszę zbierać do pracy. Czuję się jak w filmie Barei. A jeśli nie mam akurat nocki, to i tak nie śpię, bo już się przestawiłam. Przesypiam później pół dnia i tylko się wkurzam. Chyba że akurat spać w ciągu dnia nie mogę, bo jestem na uczelni i próbuję sobie przypomnieć jak się nazywam, żeby się na kolosie podpisać....
Dobrze przynajmniej, że na uczelni w miarę się tfu-tfu układa. Jesteśmy na etapie wyboru specjalizacji, ale ponieważ jest nas tylko 22 osoby, otworzą tylko jedną, tą na którą zagłosuje większość. Jestem prawie pewna, że to nie będzie ta, na której mi zależało. W pięknym stylu zaliczyłam bankowość i ubezpieczenia, drażniąc przy okazji parę osób. I tak jak wcześniej wychodziłam z założenia, że dbamy o poprawne i sympatyczne relacje z resztą grupy, tak teraz przechodzimy w tryb kijaszka. Ludzi można wkurzać na wiele różnych sposobów, wystarczy poznać ich słabości. Nigdy nie trzeba długo czekać, gdy odsłonią swe największe kompleksy. A wtedy trolo-lolo.
- Rozmawiałam o tym ostatnio z A. On też ma mieszane uczucia, coś się popsuło. Gdy dostaliśmy to zaliczenie na 5, grupa od razu się nastawiła przeciwko nam. A później zaczęliśmy się zastanawiać, o co ludzie, z tych głupich powodów, mieli do nas pretensje.
- Ale na uczelni?
- Nie, w ogóle. Więc A. spotkał się z zawiścią znajomych, gdy dostał pracę w banku. To jestem jeszcze w jakich sposób w stanie zrozumieć. Ja miałam tak: za ładne ubranie się, za motywację do codziennych ćwiczeń, za efekty tych codziennych ćwiczeń, za sałatkę na śniadanie (a nie bułę i drożdżówkę), za pewność siebie, za dobrą ocenę za przygotowanie się do zajęć, za posiadanie pracy i całkiem sympatycznej pensji, za mały ogródek.....
- No chyba żartujesz?!
- Nie. Czysta, żywa, bezinteresowna zawiść. Ale oczywiście nikt nie robi nic, żeby zmienić sytuację, bo pokazanie komuś, że się go nie lubi jest wygodniejsze i łatwiejsze, niż zabranie się za siebie i zmianę pewnych rzeczy. Więc po całej tej sytuacji ostatnio, po tym naszym pięknym zaliczeniu, postanowiłam założyć hodowlę trolli i je dobrze karmić. A. pomysł bardzo się spodobał, ale że w jego obecnej sytuacji nie wiadomo jak się poukłada wszystko, póki co na placu boju zostaję sama.
- A co się dzieje?
A. jest chory. I jego stan się pogarsza. Możliwe, że będzie zmuszony przejść na indywidualny tok nauki. Co chwilę ląduje w szpitalu. Nie, nie wiem, co dokładnie, mogę się jedynie domyślać. Tyle że wiem gdzie w torbie trzyma lekarstwa, wiem co i jak podać i co z nim później robić. I mam nadzieję, że nigdy nie będę musiała z tej wiedzy skorzystać. Ostatnio sporo rozmawiamy i tak trochę bardziej, niż wcześniej. Trzeba chłopakowi czasem zasadzić kopa w tyłek, a czasem walnąć mowę motywacyjną. Dyskutowaliśmy też o związkach, bo A. właśnie jeden zakończył. Uważam że źle zrobił i się o to spieramy. Już nawet nie chodzi o koniec, ale to jak to zrobił. I z jakiego powodu. Milkniemy znowu na chwilę.
- Wyrzuciłem ją razem z dzieckiem.- słyszę po chwili.
- Nie wiem, czemu pozwoliłem się temu wszystkiemu wydarzyć, czemu ciebie nie posłuchałem? czy chciałem udowodnić, że nie możesz mieć zawsze racji, czy uważałem, że mnie się to nie przydarzy? Chłopakom też nie wierzyłem. Ale ostatnio poznałem kumpla znajomego i po rozmowie z nim coś we mnie pękło. Na którymś spacerze wziąłem małą na badania. Wyniki nie pozostawiały wątpliwości. Spakowałem dwie walizki, jedną tej...tej.... drugą małej. Zablokowałem wszystkie karty, dostępy. Gdy przyszła do domu odebrałem jej klucze do domu, samochodu, dałem wyniki badań i wystawiłem walizki za drzwi. Rozwód był czystą formalnością, jeszcze będzie mi musiała pooddawać kasę, wszystko drogą prawną.
- Dzięki, że nie mówisz że miałaś rację...
- Nawet nie wiesz jak bardzo chciałabym się mylić, jak wiele razy....
- Nigdy już żadnej baby nie wpuszczę do domu!
- Wiesz, może jest na to jeszcze za wcześnie, ale pamiętam, że był ktoś, z kim ci było fajnie, ale chciałeś być rycerzem i to uciąłeś. Może warto się nad tym znowu pochylić?
- Nie, to już stracone. Na pewno z kimś jest, poza tym minęło trochę czasu.
- Sprawdzałeś?
Cisza.
- Wszyscy jesteście cholernymi śmierdzącymi tchórzami!
Dojeżdżamy na miejsce. Środek nocy, ale stara ciotka nie śpi. Też ma problemy ze spaniem. Bardzo się cieszy z tej wizyty. Pokazuje skąd trzeba zabrać rzeczy i każe zaraz meldować się w kuchni. Czeka na nas gorąca zupa, mamy spakowane kanapki i ciasto. Kwaśnica jest boska i szybko ją zjadam. Dostrzegam przy piecu ułożone drewno, ale w większych kawałkach i o nie pytam. Przychodzi tu jeden chłopak raz, dwa razy w tygodniu i robi takie cięższe rzeczy, ale teraz jest chory. Zawsze jest zapas, ale się kończy i ciotka śmieje się, że będzie musiała sobie drewna narąbać. Jest wiotka i delikatna, staruszka, więc bez słowa wstaję od stołu i łapię za siekierę. Drewno jest wysuszone i pięknie się poddaje. Uwielbiam rąbać drewno, to mnie bardzo relaksuje. Szybko tworzę spory stosik, w tym czasie kończy się załadunek, możemy jechać dalej. Na pożegnanie zostałam wyściskana i pobłogosławiona za to rąbanie. I ma mi się darzyć.
Rozmawiamy znowu o jakichś głupotkach. Od "uważaj czego sobie życzysz", przez wolontariat ("nie będziesz w tym roku na wigilii dla samotnych?", "nie, wzięłam dniówkę w pracy, od 7 do 19","och, to macie też dniówki?"), aż do kwestii, która mnie ostatnio frapuje.
- A co z tym twoim kumplem, który stracił pamięć?
- Dlaczego pytasz?
Nie tak dawno przeleciało mi przez myśl "oddałabym wszystko", ale szybko złapałam się na tym, że to nie moje słowa, bo dla mnie jest bez sensu. Może po prostu niektórzy lubią ich nadużywać, słyszałam je kilka razy i teraz się przyplątały.
- No bo co to znaczy- oddać wszystko? Ludzie mówiąc tak pewnie myślą o przedmiotach, rzeczach materialnych. Łatwo "oddawać wszystko" jeśli się tak naprawdę niczego wartościowego nie posiada. Wszystko to nic nie warte i nic nie jest nasze.
- "Pójdę boso"?
- No właśnie. I zaczęłam się zastanawiać, co w takim razie moglibyśmy oddać, żeby miało to jakąś wagę, wartość samą w sobie. Pomyślałam sobie, że mamy tylko siebie, w sensie- ciało i pamięć.
- Hmmm...a gdybyś rozwinęła?
- No np.: "wybiegłem z domu tak jak stałem, w samej piżamie, wszystko się spaliło, nic nie mam". I zaraz: "ale najważniejsze że żyję i jestem zdrowy".
- No ok, i co dalej?
- Oddać życie ciężko, bo nie nacieszymy się tym, za co "to wszystko" chcieliśmy oddać. Ale możemy oddać część siebie- zmysł wzroku, słuchu, mowy. Możemy oddać pamięć. No i wtedy przypomniało mi się o twoim koledze.
- Nie, nie odzyskał pamięci. Nie wróciła też jego dawna osobowość. To inny człowiek.
- Czyli tabula rasa i tyle w temacie.
- A dlaczego odrzuciłaś to jako nie swoje słowa?
- No właśnie przez to oddawanie. Bo pomyślałam sobie- no dobra, a co gdyby? Załóżmy, że oddałabym wzrok. Ale nie mogłabym wtedy patrzeć w niebieskość oczu, nie widziałabym tego obłędnego uśmiechu, nie mogłabym się ślizgać wzrokiem po tym zgrabnym ciałku. Nie widziałabym, jak na twarzy z każdą chwilą maluje się coraz większy spokój. Radości też bym nie widziała, ani zachwytu, ani tej błogości.... Miałabym nie słyszeć tego niskiego, męskiego głosu? albo nie czuć dotyku? Więc pomyślałam o pamięci. Najpierw na zasadzie, że wymazano by mi Go z pamięci. Ale jestem pewna, że tak samo jak wcześniej, zakochałabym się od pierwszego spojrzenia. Więc może poświęciłabym inne wspomnienia, a mam ich przecież tak wiele. I nie wahałabym się nawet przy tych najważniejszych. Ale zdałam sobie sprawę, że bez nich mogłabym być zupełnie innym człowiekiem, zupełnie inną kobietą. I właśnie wtedy upewniłam się, że ten tekst o oddawaniu wszystkiego to po prostu kolejne durne i bezmyślne powiedzenie.
- Z kim się chcesz targować swoją pamięcią?
- Z nikim.
- Wciąż bez zmian?
- Wciąż czekam.
- On wie?
- Tak.
- Chce żebyś czekała?
- Ślubowałam mu to.
Tankowanie. Wypijam herbatę. Czy będę miała coś naprzeciw, żeby się zdrzemnął? Absolutnie. Dlaczemu się tak uśmiecham? Bo to znaczy, że ma do mnie jako do kierowcy zaufanie.
- A wiesz, przestałem w ogóle kontrolować.
- Myślisz, że Tata byłby dumny widząc mnie za kierownicą i to jak prowadzę? ciągle się uczę, ciągle staram się dopracowywać swoją jazdę... ale jest ok?
- Jest OK. I na pewno byłby dumny.
Autko ma całkiem sporo kucyków pod maską. Czekam jeszcze chwilę aż dojedziemy do odcinka, który znam, zmieniam pas i dociskam pedał. Natychmiastowo wciska mnie w fotel, aż dostaję ciarów. Ech... Zwalniam i jadę już po swojemu, bardzo przepisowo. Parę dni temu kumpel chciał mi odsprzedać swój samochód. Po znajomości, za cenę ostatnich części. Samochód młodszy od mojego Franka ponad połowę. Z tym wszystkim, czego mi we Franku brakuje- centralny zamek, elektryczne szyby, klima. Bez gazu, ale przy takiej cenie spokojnie by na instalację zostało. Przez moment się nawet zastanawiałam, czy nie mieć dwóch samochodów. Ale nie zrobiłabym tego Frankowi. Nie chcę mieć innego samochodu, obojętnie o ile miałby ten nowy być lepszy. Franek to mój pierwszy samochód i prezent od Przyrzeczonego, więc za nic go nie oddam. Chociaż czasami się na niego wkurzam, to moje kochane auticzko. Pewnie, super jak tak wciska w fotel. Ale nie potrzebuję tego do szczęścia...
Chrapanie po prawej wprawia mnie w zamyślenie. Mam znowu zagwostkę z bieganiem. Ostatnie tygodnie był taki Sajgon, że nie było szans. Na nic, nawet nie ćwiczyłam. Teraz próbuję się ogarnąć w nowej rzeczywistości i jeszcze mam z tym problem. Za dużo się dzieje, a ja dodatkowo ciągle śpię. Ze względu na porę roku, przeważnie nie wiem ani jaki jest dzień tygodnia, ani która część doby. 12h dają też w kość kręgosłupowi i nogom- bolą mnie podeszwy stóp i mam okropne kurcze łydek. Mam nadzieję, że w ciągu tygodnia to się unormuje. Nie wiem, czy startować w ogóle wiosną. Może odpuścić. Zrobić rezonans (terminy za 225 dni), pobiegać trochę, ale bez spiny.... Zwłaszcza, że stała się tragedia- kurtka, w której brykam zimą od prawie 10 lat.... jest bardzo za duża.... odstaje wszędzie tak bardzo, że mnie podwiewa i marznę. Zaczęłam więc szukać nowej, ale nie znalazłam niczego, w czym można biegać przy dużych mrozach. Jestem załamana. Jedyne co jeszcze w miarę wyglądało, to w 4F jeden softshell, ale nie jestem przekonana, czy ten materiał będzie dobrym wyborem... Może odpuścić, tylko w domu poćwiczyć? wrócić do biegania na wiosnę? W ogóle teraz tego nie czuję.
Zaczyna świtać. Wczesnozimowe poranki są jedyne w swoim rodzaju, kolory porannej zorzy są specyficzne. Uśmiecham się do nich. Później jednak myśli uciekają i ten uśmiech znika.
- O czym myślisz?
- Dojeżdżamy.
- Widzę. O czym myślałaś?
- O hienach.
- O czym?
- O hienach. Parę się pojawiło z nadzieją, że będę teraz wolna i będzie można coś uszczknąć.
- Och, a to ciekawe- i uszczknęły?
- Nie. Jeden dostał w dziób a dwóm zrobiłam awanturę.
- Ty zrobiłaś awanturę?
- No, darłam się trochę i kazałam spieprzać. Najgorsze że dopiero drąc się na tego jednego zdałam sobie sprawę z czegoś. Ostatnią jego deską ratunku było "nikogo nie zmusisz do miłości". Na co odpowiedziałam, że nie jesteśmy razem właśnie dlatego, że podarowano mi największy dowód miłości. Ale, przynajmniej trzech dupków mniej w otoczeniu.
- A co z tą....?
- Z nią? Nic. Co ma być. Szczerze jej współczuję, bo wszyscy ją zlewają. Wielkie biuro detektywistyczne ograniczyło się do przeczytania paru wpisów i znalezienia jednego biednego Trzy Wykrzykniki. Wyszło przypadkiem, że do wielu ludzi nie dotarli. Wielcy przyjaciele, załatwili na odpierdziel. Ciekawe czy jej jakieś kity wciskali, że jak to mnie nie posprawdzali. A zlali ją zupełnie.
- Może powinna im zapłacić.
- Może. Niektórym ludziom za darmo się nie pomaga. Kiedy znów wpadniesz?
- Nie wiem, nie prędko. Chociaż jeśli sytuacja dalej będzie taka jak teraz, albo zacznie się pogarszać, to możliwe że rozważę powrót do kraju. Z naszym socjalem jesteśmy względnie bezpieczni.
- Względnie. Ale w końcu u nas też się ktoś wysadzi albo zacznie strzelać do ludzi.
- Gdzie wtedy uciekniemy?
- Do Syrii, tam już nikogo nie ma.
Pies nie wykazał zainteresowania potencjalnym spacerkiem, więc kładę się spać. Jestem zmęczona, nocna jazda nie jest przyjemna. Już, już zasypiam, gdy nagle uśmiecham się szeroko i sięgam po telefon. Patrząc spod jednego, ledwo otwartego oka piszę smsa "nie zgadniesz kto się rozwiódł!".
- Ostatnio chyba bardziej za Nim tęsknię.
- Aha, a jak to rozpoznajesz?
- Budzę się na Jego połowie łóżka.
- Hmmm....
- No szukam Go przez sen i się do Niego przesuwam i przesuwam.
- Sypiał u Ciebie?
- Prawie cały maj u mnie mieszkał. Wystarczyło wyciągnąć rękę i był. A teraz pełznę i pełznę a Jego nie ma i nie ma...
Autor zablokował możliwość komentowania swojego Bloga |