2015-10-19
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Koniec i początek. (czytano: 789 razy)

Koniec laby.
Koniec sezonu.
Koniec odpoczywania po dwóch przekuśtykanych maratonach, problemach z gardłem i nosem (to chyba była zemsta za kebaba a zwłaszcza ten ostry sos czosnkowy, bo trudno to nazwać chorobą). W niepamięć odchodzą omijane treningi, treningi zrealizowane, błędy nie- i świadome. Koniec.
Czas zacząć jeszcze raz od początku.
Chciałam się nastawić na wiosnę z maratonem i może jeszcze jedną wisienką, ale to za bardzo ociera się o pobożne życzenie.
W pierwszej kolejności muszę się dowiedzieć co z tą cholerną nogą. Termin na rezonans, konsultacje, pewnie z 2-3, raczej nie więcej. Muszę znaleźć dobre miejsce, metoda prób jest jedyną właściwą w tym przypadku. Liczę się nawet z wyjazdem do Warszawy i może do Szklarskiej, jeśli tylko znajdę numer telefonu, bo mi go wcięło.
Już robię automasaż na wałku, jeszcze dorzucę rozciąganie, ale nie jakieś gówno po treningu, tylko porządną sesję rozciągania wszystkiego, z rozgrzewką i wyciszeniem.
Tak jak sama do tego doszłam i tak jak mnie w tym utwierdził Nagórek, chociaż to jeszcze pogłębię:
gdyby wszystko było ok, to tylko skupiłabym się teraz na kontynuacji dobrych nawyków ostatnich 3-4 miesięcy i budowaniu kilometrażu. Czyli byłaby to kwestia klepania kilometrów i robienia całkiem sporej ilości ćwiczeń ogólnorozwojowych. Myślę że jeszcze z 2-3kg schudnę, ale to będzie rykoszetem i nie jest celem samym w sobie. Ćwicząc wyrzeźbię się w sposób, który powinien mi odpowiadać, bieganie też się do tego przyczyni.
Ponieważ jednak z moim ciałem nie do końca jest ok, trzeba znaleźć jego słabe strony i tę słabość wyeliminować. To czasem pierdoły, jak regularnie nawracające bóle odcinka lędźwiowego, ale też konkrety, jak to cholerne kolano, które miesiące przygotowań przekreśla w kilka minut.
Nazbyt często obserwuję głupotę odkładania na nie wiadomo kiedy reperowania własnego ciała. I zamiast raz odpuścić, zdiagnozować i wyleczyć, to po kilka lat bujamy się z bólem, z coraz gorszymi wynikami, w końcu łapiemy kontuzję, która zupełnie nas wykluczy.... ja tak nie chcę. Mam mózg, to go będę używać.
Opcja najgorsza- nogę trzeba będzie otworzyć i w niej pogrzebać. I wolałabym wtedy mieć to z głowy wiosną, bo na pewno nie chciałabym rezygnować z Warszawy, jeśli to będzie możliwe.
Na tym więc muszę się skupić.
No i tak na wszelki wypadek na marzec mam już zaklepaną kriokomorę, bo jeśli wszystko będzie ok i będę mogła startować na wiosnę, to krio kapitalnie mnie podrasuje wydolnościowo i z leksza odświeży ciało po kilku miesiącach obciążeń.
Biegowo nadal będę polegać na Danielsie, ale kusi mnie znowu zrobić plan nie pod maraton, ale na 10-15km, żeby popracować nad szybkością. Kilometraż pod maraton i tak się wybiega. Ale teraz nie zapomnę o przebieżkach.... Tylko że to 3 specjalistyczne w tygodniu- dam radę? w sensie- ciało zdzierży?
W sumie to myślałam potruchtać trochę po górkach, przy okazji GOTu, ale to już by chyba było zbyt wiele.... Myślałam zacząć jeszcze w tym roku, ale trochę boję się warunków w górach, i w bucisze trzeba by zainwestować, aż tyle kasy nie mam, wolę wydać na konsultacje te pieniądze. Górki na wiosnę i lato. Jak bozia da.
Fajnie mieć taki skonkretyzowany plan, jest się czego trzymać.
Teoretycznie pierwszą fazę powinnam zacząć z początkiem listopada i teraz mogłabym jeszcze pozbijać bąki, idealny moment na kolejną dziarę.... ale nadal czekam.
Postanowiłam nie marnować jednak czasu i wykorzystać te dwa tygodnie na spokojne wdrożenie się w ten cały reżim.
Dzisiaj jest mój ostatni dzień wolności.
Ostatnio znowu miałam na ręce zegarem z McD, który tak wiernie towarzyszył mi w stolicy. Dopiero teraz dokładniej mu się przyjrzałam. To nie Superwoman. To Wonderwoman.
W sumie dobrze.
Bo super to nie jestem, ale wonder jak najbardziej ;P
Autor zablokował możliwość komentowania swojego Bloga |