2015-08-09
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| moje Badwaterniunieńko (czytano: 830 razy)

moje Badwaterniunieńko
Poranek
Noc znowu ciężka. Panujące od kilku dni upały zamieniły prozaiczną czynność jaką jest sen w walkę o ten błogi stan. Obudziłem się ok. 5 rano i jeszcze 1 godz. były senne interwały. Wstałem tuż po godz. 6.
temperatura 24 stopnie
To już dzisiaj. Start w Półmaratonie Stolema we Wdzydzach Kiszewskich był dla mnie wyjazdem biegowym, ale też turystycznym. Byłem tam wiele lat temu i przy dzisiejszej okazji chciałem zobaczyć ponownie to urocze miejsce. Pamiętałem skansen i spokojna, niedużą wieś.
Podróż
Na wspólną podróż umówiłem się z Leszkiem i Józkiem. Weterani, nasza średnia wieku 60 lat. Start do biegu o 15, ale Leszek zaproponował, żebyśmy pojechali wcześniej. Miał być spacer po Wdzydzach i kąpiel w jeziorze. Umówiliśmy się na 10:30. Przed nami 2,5 godz. spokojnej jazdy.
temperatura w samochodzie 22 stopnie, na zewnątrz 28
Wdzydze
Wjeżdżamy do Wdzydz. Polana, na której były start i meta na skraju wsi. Na parkingu dużo miejsca, biegaczy jeszcze niewielu. Biuro zawodów w małym domku. Mnie obsługuje ładna dziewczyna, naturalna blondynka. „Ooo, pan z Bydgoszczy, studiowałam tam, bardzo ładne miasto” Wręcza mi numerek i koszulkę, wyjątkowo ładną, bez rękawków, napisem także w języku kaszubskim. Tym chyba najbardziej tajemniczym języku na ziemi polskiej. Formalna strona załatwiona, możemy iść na spacer. Zostawiamy rzeczy w samochodzie. Przy okazji sprawdzam temperaturę.
34 stopnie
Naleśniki
Wdzydze zaskakują. Czysto, ładnie. Niestety woda w jeziorze zielonkawa. Leszek i Józek decydują się na kąpiel, ja rezygnuję. Idę do pobliskiego baru. Do biegu 2 godziny, chcę jeszcze zjeść coś lekkiego. Mój wybór pada na naleśniki z dżemem i ziołami. Lokalna specjalność. Siadam na tarasie i obserwuję jezioro. Kilkanaście małych jachtów na jeziorze. Kaszubi nazywają Jezioro Wdzydze Kaszubskim Morzem a miejscowi mówią, że to mające kilka odnóg jezioro jest 7 razy proste.
Myślę o zbliżającym się starcie. Jeszcze nigdy nie biegłem w tak wysokiej temperaturze. A do tego słońce. Na niebie było trochę chmur, ale bardzo leniwych, cienia nie dawały. Pomyślałem o biegu Badwater. Dystans 10 razy dłuższy, temperatury wyższe. Ten dzisiejszy bieg będzie dla mnie zaledwie dotknięciem tego, co przeżywał Darek Strychalski. Będzie jednak dla mnie kolejnym przekroczeniem granic moich możliwości. Moim małym Badwaterniunieńkiem.
Start
Przed startem spiker ogłasza, że kto nie czuje się na siłach ten może pobiec bieg na dystansie 1200m. Otrzyma medal jak za półmaraton, a bieg zostanie zaliczony do grand prix Kaszuby Biegają. I apel o nawadnianie się na trasie. A przede wszystkim o rozsądek. Dzisiaj celem najważniejszym jest dotarcie do mety w zdrowiu.
temperatura 35 stopni
Bieg
Ruszamy. Trasa to leśne drogi szutrowe, czasem piaszczyste. Zaczynam wolno, tempem ok. 6:00. Dzisiaj zabrałem na trasę aż litr wody. Trochę ciąży, ale woda ma dzisiaj wartość złota. Sprawdzam tętno. Planuję pierwszy marsz na 4-5km. Wiem, że dzisiaj marszu będzie dużo. Moje marzenie na dzisiaj to zmieścić się w czasie 2:20. Po 2 km tętno skacze mi już do 160. Za wysokie. Przechodzę w marsz. Po chwili ruszam do biegu.
Trasa prowadzi głównie w lasach, więc zbawiennego cienia sporo. Na 4 km pierwsza woda. Chwila przerwy i biegnę dalej. Tempo w okolicach 5:50. Wybiegamy z lasu i wpadamy w piekące słońce. I wtedy postanawiam – w cieniu biegnę, w słońcu idę. Odcinki w słońcu są dosyć krótkie, ale nawet kiedy poczułem maszerując, że mogę pobiec, to konsekwentnie czekałem do cienia. Efektem przyjęcia tej taktyki było to, że w cieniu biegłem tempem ok. 5:30, czyli dużo szybciej niż ci, którzy wybrali bieg ciągły. Były więc odcinki, kiedy wyprzedzałem kilka osób, które potem wyprzedzały mnie idącego. Dla mnie taki sposób pokonywania trasy był bezpieczny.
Piękno
Mimo narastającego zmęczenia, cierpienia w upale i dusznym, leśnym powietrzu rozglądam się wokoło. Trasa jest przepiękna. Lasy, czasem jakieś polany. Sznur biegaczy snuje się kręcącą się to w lewo, to w prawo drogą. Przecina ten majestat lasu. Świata, w którym czuję ogromną moc spokoju.
Wieś Dobrych Ludzi
Woda była na trasie co ok. 4km. Do tego strażacy stawiali kurtyny wodne. W tej kwestii organizatorzy spisali się na medal. Na 10 km wbiegamy do małej wsi położonej wśród lasów. Pierwszy dom, a jest ich chyba nie więcej jak 10, i za płotem pan lejący na biegaczy zimną wodę. Dalej punkt z wodą do picia przygotowany przez organizatorów, a za nim kilka domów i prawie przy każdym tryskająca dla biegaczy woda. Przy jednym z takich domów widzę dziadka z wnuczkiem. Pytam go jak ta wieś się nazywa. „Juszki” – odpowiada wnuczek. „To od dzisiaj ta wieś nazywa się Wsią Dobrych Ludzi” – rzucam w stronę wnuczka i dziadka, i cały mokry, jakbym się w jeziorze wykapał, biegnę dalej. Taktyka marszobiegu daje efekty. Teraz odcinki biegowe pokonuję już w tempie ok. 5:20. Czuję, że mam własne ciało pod pełną kontrolą. Średnie tempo 6:20 powinno dać wynik poniżej 2:15. Pełna satysfakcja.
Omdlenie
Kończy się 17 km. Biegnę. Widzę przed sobą biegnącą parę. Zatrzymują się, potem idą. Ona go obejmuje. Też sobie znaleźli miejsce i czas – pomyślałem. Widzę jednak, że dziewczyna prowadzi chłopaka na pobocze. Dobiegam do nich. Chłopak blady, chwieje się. Kładziemy go, nogi unosimy do góry. Moja woda w butelce przydaje się. Daję mu pić, polewam go. Kontakt z nim jest. Co chwila ktoś przebiegający pyta, co się dzieje, czy pomóc. Chłopak spokojny, ale widzę, że drżą mu ręce. Po chwili każemy mu usiąść i głowę między kolana. Stan się nie pogarsza, ale ciągle blady. Po chwili wymiotuje, raz, drugi, trzeci. Jego organizm się zbuntował. Po tych wymiotach widać lekka poprawę. Wiemy już, że niedaleko są strażacy z torba sanitarną. My już mu nic nie pomożemy, dla niego bieg się skończył. Uzgadniam z dziewczyną, że zostaje z nim, ja ruszam do biegu.
Medal
Efektem odpoczynku przy omdlałym i trasy z górki było żwawe tempo. 18 km przebiegłem w 5:07. Na 19 i 20 km dwa krótkie odcinki marszu, ale bardziej profilaktycznie, niż ze zmęczenia. Cel tego biegu był już blisko. Ostatni kilometr mojego Badwaterniunieńka to satysfakcja ze sposobu jaki pobiegłem. Bez narażania własnego zdrowia. Bez niepotrzebnego ryzyka. Dobiegam do mety - czas 2:15:44 - i dostaje medal. Zawsze całuję otrzymany medal, ale ten traktuje ze szczególna czułością. Medal za wysiłek, za rozsądek, za przebiegnięcie przepięknej trasy.
To był mój najtrudniejszy bieg a jednocześnie jeden z najmądrzej (głupio siebie chwalić, ale obiektywnie tak było) pokonanych. Jestem z niego bardzo dumny.
Z mojego Badwaterniunieńka.
miałem szczęście...
Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicyDodaj komentarz do wpisu thorunczyk (2015-08-09,11:21): Gratulacje :)
Troszkę się mijaliśmy na trasie, ja postanowiłem cały czas biec, choć wolnym tempem i niestety około 15 kilometra straciłem kontrolę nad nogami :) Wody było sporo, temperatura ciała ok, lecz zabrakło energii. Było to ciężki bieg, do tego nie byłem wypoczęty, mam już w sierpniu 88 km w nogach, także wynik poniżej 2,5 godziny nie traktuję jak hańby. Cieszę się, że zdrowy i cały dobiegłem na metę. Raz jeszcze gratuluję wyśmienitego czasu i pozdrawiam z Torunia!
|