Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

 

  WIZYTÓWKA  GALERIA [41]  PRZYJAC. [95]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
kasjer
Pamiętnik internetowy
miałem szczęście...

Grzegorz Perlik
Urodzony: 1955-11-18
Miejsce zamieszkania: Bydgoszcz
89 / 129


2015-07-21

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
dopaść Kenijczyka (czytano: 774 razy)

 

dopaść Kenijczyka

Na XXVII Półmaraton w Okonku zapisałem się dosyć późno. Namówił mnie kolega Jurek, mój biegowy ojciec chrzestny. Biegaliśmy kiedyś razem, ale niestety trwała kontuzja wyeliminowała go z biegania i teraz został nordic walking. Ja miałem biec, a on iść.

Bieg o godz. 10, 2,5godz jazdy, więc w niedzielny wczesny poranek ruszyliśmy w stronę Ziemi Złotowskiej. Po drodze zabieraliśmy dwóch kolegów – Bartka i Mariusza. Biegający bracia. Bartek był kandydatem do zwycięstwa. I jak się później okazało – oczywiście wygrał.

Podróż spokojna. Przez Złotów przejechaliśmy przez centrum, bo chciałem kolegom pokazać to bardzo ładne miasto. Dalej już dla mnie nowe tereny. Dużo lasów, dobra droga. I słońce. Dzień zaczynał się upałem.

Dojeżdżamy do Okonka, znajdujemy mały stadion. Wizyta w biurze zawodów. Chociaż to pogranicze Wielkopolski i Ziemi Koszalińskiej to jednak spotykam paru znajomych. Zobaczyłem też sporo moich moich rówieśników. Mój szatański plan legł w gruzach. Otóż patrząc w momencie zapisu na listę startową zobaczyłem, że pobiegnie ok 100-120 osób. Przy takiej frekwencji z reguły jest niewielu biegaczy w M60, a w związku z tym pomyślałem – a może kolejne podium? ;). Bo ostatnio biegam jak Kenijczycy. Oni tam gdzie kasa, a ja tam gdzie mała konkurencja :)

Ok, jeden temat z głowy.

Kręcę się po okolicach stadionu. Leniwe chwile przed biegiem. Jest Maria i Wasyl. Wasyl zarzekał się na FB, że robi sobie urlop od aparatu. I co wyszło? Fotoholik :) . Jest też Emilka z Darkiem. Zapisali się w ostatniej chwili. Oboje biegną po dłuższej przerwie treningowej. Są też Renia z Andrzejem. Ze Złotowa blisko to pewnie szkoda im było nie pobiec.

Rozpoczynam rozgrzewkę. Lekką, bo robi się coraz goręcej. Na niebie zaledwie aerozolowe chmurki. Już wiem, ze będę musiał pobiec bardzo ostrożnie. Pudła nie wywalczę więc trzeba tylko dobiec. Ale nagle...!

Na stadionie widzę czarnoskórego biegacza. Zupełnie inny niż na wielu biegach. Trudno moi ocenić jego wiek, ale do tych młodych ścigaczy z Czarnego Lądu już dawno nie należy. Ciekawe jak biega? Jeśli tak jak jego koledzy to kończy się temat, ale jeśli to totalny amator? Być na mecie przed czarnoskórym biegaczem?! Byłaby sensacja! ;)

Stajemy na starcie. Ten który miałby być za mną już przede mną. Ruszamy. Od pierwszych metrów biegnie ze mną Darek. Postanowił pierwsze kółko (były 4) pobiec bardzo spokojnie. Ja postanawiam w tej afrykańskiej temperaturze pobiec pod dyktando pulsometru. Co chwilę zerkam na zegarek i patrzę przed siebie. Puls udaje się utrzymać na poziomie 140-144, ale czarnoskóry rywal już mi ucieka. Nie będę go gonił, nie ma sensu. To pewnie dzisiaj jego dzień, bo gorąco. I nie mój dzień, bo za gorąco.

Trasa czasem ocieniona drzewami, czasem jakaś mizerna chmurka na chwilę przesłoni zaledwie słońce. Mimo tego udaje mi się biec tempem około 5:30. Dobrze mi się biegnie. Trasa prawie idealnie płaska, dobrze zabezpieczona, czytelna.

Po 2,5km skręcamy w prawo i widzę przed sobą około 800 metrowy odcinek wolny od drzew, a słońce pali w plecy. Najgorszy dla mnie układ, a jednocześnie test, jak daje radę mój organizm. Daje. Zakręt w prawo i punkt z wodą. Myślałem, że woda będzie tylko na końcu okrążenia.

Gdzieś na 3,5 km niewielki podbieg i dalej znowu płasko. Na 4 km kurtyna wodna. Wracamy do centrum Okonka i wbiegamy na 500-metrową agrafkę. Ja wbiegam, a mój czarnoskóry rywal kończy ją. Ma kilometr przewagi. Pozamiatane.

Kończy się pierwsze okrążenie. Darek zgodnie z planem rusza szybciej. Ja zostaję w tyle i zaczynam samotną walkę. Walkę metodą „jeszcze tego dojdziesz”. Stawka już mocno rozciągnięta, więc dochodzenie do kolejnych, wyprzedzających mnie biegaczy zabiera sporo czasu. Znowu odcinek bez drzew, woda i znowu agrafka. Tym razem afrykańskiego rywala już nie widzę.

Moje tętno wzrosło już do ok 155 i czuję, że dzisiaj to max. Przez te kilka lat biegania nauczyłem się rozmawiać z moim organizmem. Wiem, że trochę szybszych kroków i może być źle. Trzymam więc równe tempo. I tak do ok. 14 km. Tu na ułamek sekundy zamroczyło mnie. Zatrzymuję się gwałtownie i schylam się mocno. Gdybym na siłę zrobił jeszcze kilka kroków to nie wiem jakby to się skończyło. Wyprostowuję się. Świadomość wróciła, ale z ostrożności idę kilka metrów. Wszystko wróciło do normy. Zaczynam powoli biec. Wracam do tempa ok. 5:40. Za moment kurtyna wodna. Kapię się w niej niemal. Cały mokry biegnę dalej by zacząć ostatnie okrążenie.

Jestem już zmęczony dystansem, ale przede wszystkim upałem. Ale ciągle biegnę. Wolniejsze pierwsze okrążenie bardzo mi się opłacało. Dobiegam do punktu z wodą. Staję na chwilę, żeby wypić tej wody więcej. Już wiem, ze wytrwam tą ciężka próbę. Zostało ok 2,5km.

Dobiegam do agrafki, a tu mój czarnoskóry rywal skręca w kierunku mety. A więc mimo wszystko odrobiłem trochę strat. Jeszcze agrafka, jeszcze mocniejszy finisz i po biegu. 1:56:21 w takim upale jest dla mnie dużym osiągnięciem.

Po biegu kąpiel i odświeżony wracam na plac przy stadionie. I tu spotykam mojego niedoścignionego rywala. „A tak chciałem z tobą wygrać, byłoby to moje pierwsze zwycięstwo z afrykańczykiem”. Odpowiedzią był szeroki uśmiech. Pan ma 48 lat, jest Kenijczykiem. Kiedyś biegał bardzo szybko („nie wygrałbyś ze mną”). Pokazuje mi znaczek na mojej koszulce biegowej. „Przeczytaj co tu napisane”. „Kalenji”. „Ja właśnie pochodzę z plemienia Kalenji”. Pan mówi dobrze po polsku, więc jeszcze chwila sympatycznej rozmowy z nim, a potem udaję się po posiłek i czekam na dekoracje zwycięzców. Kończą się fajne zawody, dobrze zorganizowane, z serdeczną atmosferą.

Nie stanąłem na pudle, nie dopadłem Kenijczyka, utyrałem się w upale straszliwie, osiągnięty czas szału nie robi, ale jestem po tym biegu bardzo zadowolony z siebie. Wiecie, że

miałem szczęście…,

ale dzisiaj z tego szczęścia skorzystałem w bardzo rozsądny sposób. Ciągle bawię się bieganiem i pisaniem o tym bieganiu.

A Kenijczyka jeszcze kiedyś dopadnę! ;)

foto: Wasyl


Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicy

Dodaj komentarz do wpisu


Jarek42 (2015-07-21,17:30): Ja kiedyś Kenijczyka dopadłem na maratonie w Poznaniu i to Kenijczyka z czołówki. Co prawda doczłapał on maraton w 3 godziny, ale zawsze to jakaś satysfakcja.







 Ostatnio zalogowani
Admin
10:44
jarek1209
10:43
roan70
10:28
Tatanka Yotanka
09:07
platat
08:18
Henryk W.
06:42
BonifacyPsikuta
03:00
marwil
03:00
maratonczyk
01:28
Piotr100
01:05
yaros
00:24
przemcio33
23:59
AntonAusTirol
23:35
RobertG10
23:19
kris1020
23:14
Wojciech
22:19
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |