2014-03-24
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Górska Pętla 12:12 Brenna 15.03.2014 (czytano: 898 razy)

Wracam z zawodów i od razu na emocjach siadam i piszę. Tak było zawsze, ale ponieważ kiedyś musi być ten pierwszy raz więc pierwszy raz nie potrafiłam napisać nic. W niedzielę myślałam, ze jestem po prostu padnięta. W poniedziałek jeszcze też tak myślałam, ale potem z każdym dniem coraz bardziej nie dało się nic napisać. A przecież Brenna miałam cały czas przed oczami i w sercu. Chyba jeszcze żadne zawody nie zapadły mi tak w serce jak to dwunastogodzinne ściganie w górach. Nawet dziś, pisząc „Brenna” od razu czuję jak mi serce skacze. Trafili mnie państwo organizatorzy celnie i bardzo skutecznie. Wciąż jeszcze dochodzę do siebie i to bynajmniej nie fizycznie.
Mówiąc krótko miałam niezwykłego farta. Jestem po prostu szczęściarą. W ciągu dwóch kolejnych weekendów było dane mi wziąć udział w dwóch doskonale zorganizowanych imprezach biegowych. Zupełnie innych w klimacie, ale bardzo do siebie podobnych. Właściwie przez cały czas kiedy byłam w Brennej porównania do Bochni nasuwały się same, a trudno przecież o dwa bardziej różne biegi niż te, z których jeden odbywa się głęboko pod ziemią, a drugi w górach. Bochnia słynie z doskonałej organizacji i niezwykłej atmosfery. To w sumie niewielka impreza, bo ogranicza ją najzwyczajniej w świecie kopalnia. W Brennej nic nie ograniczało liczby uczestników ale nie było nas zbyt wiele i to też bardzo na plus robiło całej imprezie.
Górska Pętla UBS 12:12 to impreza na najwyższym, organizacyjnym poziomie. Wszystko działało jak należy, a nawet jeszcze lepiej. Formuła podobna do tej z Bochni. 12 godzin biegu. To co ją różni, to skład sztafet czyli dwie osoby zamiast czterech i to, że można było biegać indywidualnie, co było niezłym wyzwaniem, bo pogoda mówiąc bardzo delikatnie nie rozpieszczała, ale według mnie to też przyczyniło się do tego, że było tak niezwykle.
W sobotę rano obudziłam się o szóstej. Bałam się Brennej. Nie miałam pojęcia jak sobie poradzę na niełatwej przecież trasie, zaledwie tydzień po podobnym biegu. Rzut oka za okno też nie napawał optymizmem. Wiosna zdecydowanie była w odwrocie. Zrobiło się jesiennie, dżdżyście i wietrznie. Prawdę mówiąc pogoda była kanapowa no ale.. Adrenalina zawsze robi swoje. Zwinęłam się tak szybko jak tylko potrafiłam i po niecałych czterdziestu minutach byłam już pod hotelem Kotarz. Brenną odwiedzam niezwykle rzadko. Jakoś do tej pory wydawała mi się mieściną zagubioną w górach, z dala od tych głównych szlaków. Dla jednych to plus, dla innych niekoniecznie. Może chodzi bardziej o to, że nie miałam po co tam jechać, ale od soboty, Brenna jest dla mnie centrum świata. I wszystko wyłącznie dlatego, że mogłam tam ściorać się maksymalnie. Dość dziwna zależność.
I pomyśleć, że wszystko to przez Damka. Podesłał mi link z propozycja. Nawet do niego nie zajrzałam kiedy napisałam, że jasne, jedziemy do Brennej biegać razem. Dopiero kiedy Damek odpowiedział, że fajnie, ale jest zdziwiony tak szybką, pozytywną reakcją, poczułam, że tam musi być jakiś haczyk. No i był. 12 godzin biegania po górach. Za późno jednak żeby się wycofać. Klamka zapadła ale kociej mordki dostałam.
Początkowo czułam się bardzo zagubiona. Pogoda świńska, nikogo nie znam, czasami z kimś zagadam ale jakoś mi to nie szło. Na szczęście przyjechał Krzysztof, potem Damek z Irenką i od razu zrobiło się jakby jaśniej. Zanieśliśmy wszystkie swoje graty do hotelu i pomału zaczęły się przygotowania do biegu. Lubię ten moment. To zakładanie zbroi i odcinanie się od zwykłego, ponurego świata. Krzysztof przepadł, a my z Damkiem i Irenką poszliśmy na rozgrzewkę. Mam nadzieję, że w przyszłym roku będzie na niej więcej osób. Dziewczyna która to prowadziła była naprawdę super. Zmęczyłam się tak, że w zasadzie czułam się jak po biegu. Damek nic. Ale ten człowiek nie męczy się jakby wcale. Chop z żelazobetonu. Po prostu.
I w końcu nadszedł ten moment. Damek stanął na starcie. Pognał jakby go kto gonił. Nie pamiętam dokładnie ale pierwsze 12 km. zrobił w niewiele ponad godzinę. Trochę mi się morda wydłużyła jak zobaczyłam go tak szybo na zad, bo pomyślałam sobie, że o regeneracji to ja mogę raczej zapomnieć. :)) Z lekką taką nieśmiałością wyruszyłam w swój dziewiczy rejs po trasie. Zaczęłam oczywiście za szybko więc też i szybko zabrakło mi tchu. Sporo czasu zajęło mi wyrównanie oddechu ale postanowiłam nie zwracać na to uwagi. Pierwsze trzy kilometry były minimalnie pod górkę. Góralka ze mnie żadna więc przyjęłam zwykłą taktykę. Jak pod górę to szybki marsz, jak płasko i z góry to bieg. Na pierwszym okrążeniu działało to idealnie. Najgorszy był stromy fragment na szóstym kilometrze. Błoto i dość stromo. Naprawdę mam nadzieję, że organizatorzy nie odwrócą trasy w przyszłym roku, bo o ile podejść czy podbiec można było to nie wyobrażam sobie żeby tam zbiegać. No ale.. może po prostu moja wyobraźnia nie jest zbyt bujna. Być może się da. Się zobaczy. W każdym razie musiałam co jakiś czas przystanąć i złapać oddech. Na górze czekali sędziowie, spisywali numery i zaczynał się bardzo przyjemny bieg po płaskim. A potem już tylko w dół, w dół aż do samego hotelu i zmiana.
Damek pognał a ja poszłam coś zjeść. O piciu nie myślałam. Bo i po co? Nie chciało mi się więc nie piłam. Oczywiście każdy ma prawdo do głupoty, ja też, ale są granice, których przekraczać się nie powinno o czym rzecz jasna dość szybko miałam się przekonać. Ale póki co odpoczęłam sobie, nawet dostałam lekki ochrzan od Irenki, ze odpoczywam zbyt aktywnie, w sensie, że się po prostu nie położyłam ale przecież ja wiem co mogę prawda? Tak przynajmniej myślałam. Poszłam z Irenką do „jadalni”. Posiedziałyśmy, pogadałyśmy i za chwilę trzeba było się zbierać.
Drugie okrążenie też nie stanowiło jakiego większego wysiłku, choć czas był już o 10’ gorszy niż za pierwszym razem, a był, bo jeśli ktoś nie pije… Na 9 kilometrze spokałam Anię z warkoczem. Pogadałyśmy o jej skórczach, o biegu i trasie i w pewnej chwili musiałyśmy się zatrzymać bo widok wbił nas w ziemię. Nieopatrznie spojrzałyśmy w bok, a tam Brenna jak w scenerii jak z „Władcy pierścieni”. Stałam przez chwilę jak zaczarowana i musiałam zrobić zdjęcie. Nie dało się inaczej. Załowałam tylko, że ta chwila była tak krótka. Trzeba było biec dalej, a jak dobiegłam na dół, pytałam tylko czy herbata jest słodzona. „nie jest” A no to luz, idę na colę. Trochę poczułam się jak rozpuszczona idiotka, ale ja naprawdę odczułam spadek cukru, pragnienie jak na pustyni i od połowy trasy marzyłam wręcz o coca coli. To nie był kaprys tylko naprawdę potrzeba chwili. Kiedy weszłam do pokoju żeby ubrać suche i czyste ciuchy owszem, napiłam się ale nie pomyślałam, że to może być ciut za mało..
Robiło mi się już zimno. Zmęczenie dawało znać o sobie ale nie było najgorzej. Wygrzebałam puchówkę i poszłam zmienić Damka. Tym razem już wszystko odbywało się powoli, ale był inny problem. Znacznie bardziej… palący. Ja się panicznie boję ciemności i lasu. A jak mam las nocą, to ja nawet o tym nie myślę. No a tu trzeba było pokonać 12 km samotnie i po ciemku.. Jak Damek doleciał to nabrałam tylko powietrza, wypuściłam ze świstem i poszłam przed siebie. Najgorsze ze wszystkiego było to, że Damek biegał tak szybko, że zostawiał wszystkich z tyłu. Przez ponad pół trasy nie było nikogo. Każdy szelest i szmer po bokach trasy podnosił mi ciśnienie. Starałam się ze wszystkich sił skupić na tym co mam robić. Czasami się udawało, czasami nie, ale kiedy zaczęli mnie w końcu wyprzedzać Ci co ich Damek wyśmigał nagle zapomniałam o strachu i od tego momentu było ok. Zaczęłam się nawet zastanawiać jak tam Krzysztof, bo jak do tej pory nie widziałam go na trasie. Pomślałam nawet, że może pojechał do domu, choć raczej nie chciało mi się w to wierzyć. Nie Krzysztof. Zbyt ambitny. Zostawiłam go w końcu w spokoju, bo poczułam że słabnę. Zaczęłam właśnie płacić za głupotę. Nie miałam przy sobie nic do picia ani jedzenia a życie ze mnie uchodziło. Nie wiem jak dotarłam na dół ale kiedy zobaczyłam Damka powidziałam tylko, ze raczej już nie będę biegła. Byłam maksymalnie skonana. Trup. Organizator Gniewek, człowiek niezwykle sympatyczny też chyba był raczej pewny, że ten trup to już na trasę nie wyjdzie.
Damek wybiegając kazał mi się po prostu zastanowić. Bez żadnych nacisków.. w ogóle muszę tu damkowi strasznie podziękować, bo co on nadrobił to ja traciłam, ale nie powiedział mi ani jednego złego słowa. Po prostu partner idealny. Szpaczek zniknął a Irenka odprowadziła mnie do hotelu. Po drodze rzuciła tak mimochodem.. „trzecie miejsce”.. „Trzecie Miejsce” pomyślałam.. „Wiesz co Irenka, ja odpocznę i pobiegnę”, ale Irenka chyba nie wzięła tego poważnie. W hotelu walnęłam się na wyrko, przykryłam kurtką, nogi wsadziłam pod koc i starałam się przysnąć trzęsąc się ze strachu. Dobra dusza Irenka przykryła mnie dokładniej i zapadłam w takie COS. No i w tym czymś usłyszałam jak Irenka mówi: czas by było, jaka jest Twoja decyzja? No jak to, biegnę!
W strefie zmian organizator Gniewek popatrzył na mnie uważnie „ale chyba już nie na trasę”? spytał. „ Na trasę” odpowiedziałam grzecznie, „ale mam ze sobą wodę i colę i telefon. Jakby co się działo będę dzwonić gdzie się da”. Popatrzył tak sceptycznie ale nie powiedział, że mam zostać. Po chwili pojawił się Damek, spytał czy na pewno zdążę wrócić przed końcem i tyle go widziałam.
Znów czarna noc i czarny las i zmęczenie. Tym razem jednak było lepiej niż na poprzednim okrążeniu. Litr coli zrobił swoje. Nie biegłam już, maszerowałam tylko dość żwawo i nawet miałam zgaszoną czołówkę. No po prostu człowiek w lesie urodziny. Moje środowisko naturalne. Nic mnei nie ruszało ale przy takim jednym brzydkim budynku poczułam się nieswoje.. a to do Marcinka zadzwonię, spytać czy Monia wybrała w końcu i czy kupiła buty. No i idę, gadam z mężem a tu za plecami coś słyszę.. słyszę nie coś tylko „Iza to Ty?” A to Krzysztof w końcu się znalazł i od razu facet mnie kompletnie rozwalił bo mówi, że właśnie leci szóste kółeczko a wygląda jakby zaczynał zawody! Swieżutki, wypoczęty, wygląda jakby się jodu nałykał czy czegos takiego i taki świeżak mówi: no dalej, chodź, lecimy.. I ja się strasznie przeraziłam wtedy, bo gdybym spróbowała choćby 100 m Krzysztofa tempem pociągnąć, bo już na pewno by mnei z tej trasy znieśli więc podziękowałam i postanowiłam pozostać przy swoim tempie. Mogłam tylko bezsilnie patrzeć jak Krzysiek krokiem sprężystym oddala się w zastraszającym tempie. Zniknął, a ja całkiem żwawo jak na zdechlaka poruszałam się naprzód.
Trochę mi było tak samotnie, ale na szóstym kilometrze zaczęła mnie wprzedzać cała banda ludzi, a jeden kolega, też „szóste kółeczko” postanowił już iść ze mną do konca. Stwierdził, że ciut przesadził, że ma dość i on woli iść. Ponieważ ja też wolałam iść więc bardzo swobodnie nam się gadało. Niezwykle miły człowiek to był i jeśli to czyta to chcę mu bardzo podziękować za te ostatnie kilometry. To był bardzo przyjemny spacer. A na mecie.. matko jedyna. Ja myślałam, że nas z kimś pomylili, takie brawa dostaliśmy i taki doping był, że nie wiedziałam co się dzieje. Porobiliśmy sobie zdjęcia, pogadaliśmy i to już był koniec. I jak to jest, że jeszcze chwile wcześniej padało się na pysk a teraz pobiegło by się jeszcze jedno kółeczko byle tylko impreza się nie kończyła?
Ten wpis nie oddaje niczego. Ani atmosfery, ani mojego zmęczenia, ani organizacji i serca organizatorów ani nic. Ale to były niezwykłe zawody. Niezwykłe z powodu oprawy, pogody, dystansu i wszystkiego. Bardzo dziękuję organizatorom za to co spotkało mnie w Brennej bo to zostanie ze mną na bardzo długo. Ale najbardziej dziękuję Damkowi. Damek jest człowiekiem z którym bardzo niekiedy różnimy się poglądami, ale jest też niezwykle sympatycznym facetem, bardzo ujmującym i jako partner jest po prostu idealny. Damku, jeśli tylko będzie okazja, to ja zawsze chętnie z Tobą pobiegnę, bo też dzięki Tobie i Irence było tak fajnie. (Do Częstochowy oczywiście się wybierasz na kolankach ;DD)?
A poza tym dziękuję wszystkim, którzy w Brennej biegali. I sobie dziękuję, że nie uciekłam tylko pobiegłam. A najbardziej, najbardziej dziękuję Irence. Kto ją zna, ten wie, że mam za co dziękować. I teraz czekam już na przyszły rok. Oby szybko minął i oby pogoda była podobna. Dziękuję!!
Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicyDodaj komentarz do wpisu kris0309 (2014-03-24,14:51): No wreszcie się doczekałem tego wpisu! Kapitalna relacja (nie tylko dlatego, że tak mi posłodziłaś). A impreza, cóż - magiczna!!! kris0309 (2014-03-24,14:52): No i cieszę się, że miałaś towarzystwo na ostatnim kółku bo trochę miałem wyrzuty sumienia, że Cię samą w tym ciemnym, zimnym lesie zostawiłem ;) snipster (2014-03-24,15:50): oho, niezły ultrasik ci wyszedł ;) kurcze też tak parę razy już miałem, że mimo zmęczenia na mecie chciałem więcej ;) walczyłaś dzielnie, gratulacje :) żiżi (2014-03-24,16:13): Zuch dziewczyna-tak serio to gratuluję:))) (2014-03-24,21:08): gratuluję pudła! no i jak zwykle fajny wpis ;) paulo (2014-03-25,08:16): fajnie, że jesteś szczęśliwa. Chyba o to najbardziej chodzi w naszym bieganiu; coś dajemy z siebie i dostajemy znacznie więcej :) izamoskal (2014-03-25,08:27): Iza, świetnie to opisałaś :) Aż mi się chce jechać w przyszłym roku! Gratulacje :) Tr (2014-03-25,08:52): Dzięki Krzysiek. :)) Ale wcale nie musiałam słodzić, wystarczyło napisać jak było. Impreza zupełnie magiczna. Super. Za rok koniecznie do powtórzenia. Nie wiem czy w parze, czy samotnie. Byle tam być. :) Tr (2014-03-25,08:54): Malutki ale wyszedł. :) No i dzięki Damkowi mogłam stanąć na pudle. Mogłam, ale nie stanęłam bo mnie już nie było, bo jednak to dość krępujące stać tak przed wszystkimi. Damek lepiej się spisuje w takich sytuacjach, bo on jest przyzwyczajony. :)) Tr (2014-03-25,08:54): DZięki Angela. :) Tr (2014-03-25,08:55): Tak mi jakoś niezręcznie z tym pudłem Wojtek, bo to Damek całą robotę odwalał, ale dzięki serdeczne. :)) Tr (2014-03-25,08:56): Paweł, zdecydowanie tak. To były wyjątkowe zawody i naprawdę coś we mnie zostało. Wygląda na to, że na dłużej. :) Tr (2014-03-25,08:57): Dzięki Iza, byłoby super spotkać się z Tobą na tym biegu. Myślę, że jeśli przyejdziesz, nie będziesz niczego żałować. :) DamianSz (2014-03-26,11:18): Kolejny raz piszę (ale już ostatni) Izka razem wywalczyliśmy to 3-cie miejsce !!! Nioe bądź ttaka skromnisia, bo byłaś super dzielna i tylko wielka szkoda, że nie stałaś obok mnie na tym podium. W przyszłym roku to nadrobimy ;-) Choć może być cieżej, bo pozytywne opinie o tym biegu poszły w świat i na pewno w przyszłym roku będzie dużo większa konkurencja. Jeszcze raz serdecznie wraz z Ireną dziekujemy Ci za wszystko. Tr (2014-03-26,11:20): No dobra, ale wiesz. Na pudle będziesz znowu sam, bo ja się wstydzę i dlatego zwiałam do domu. :)))) A poza tym, za rok mam nadzieję być w końcu w formie. :)
|