Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

 

  WIZYTÓWKA  GALERIA [100]  PRZYJAC. [99]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
Mijagi
Pamiętnik internetowy
Z pamiętnika "młodego" biegacza

Wojciech Krajewski
Urodzony: 1974-02-15
Miejsce zamieszkania: Piła
378 / 427


2012-11-14

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
I to by było na tyle (czytano: 412 razy)

PATRZ TAKŻE LINK: http://www.wojtekkrajewski.biegacz.info/

 

Słowo się rzekło i udziałem w czterokilometrowym pilskim VI Biegu Niepodległości zakończyłem sezon anno domini 2012. Sezon się skończył, więc czas go podsumować. A muszę przyznać, że ten mijający już rok, był bardzo udany. Praktycznie zrealizowałem wszystkie swoje plany. Więcej, marzenia! Zastanawiałem się, jak podsumować te ostatnie miesiące. Same suche liczby nie do końca oddadzą ilości i intensywności emocji i doznań, jakie towarzyszyły tegorocznym startom, dlatego liczb będzie tym razem jak na lekarstwo.

1. Wiosna – rekordy, rekordy …

Przygotowując się do tegorocznego, mijającego już sezonu postanowiłem, że wiosna będzie czasem walki o jak najlepsze wyniki. W końcu miało to być zwieńczenie ciężkiej pracy w okresie przygotowawczym. W każdym z nas przecież siedzi zwierzę potrzebujące rywalizacji i nie uciekniemy od tego. Zaczęło się u Wasyla w Dąbrowie koło Bydgoszczy na jego I Biegu Dębowym. Te piętnaście kilometrów pokazało, że będzie to dobry sezon. Poprawiłem się o dobrych kilka minut. A potem przyszła Warszawa ze swoim półmaratonem. Wszystko było na tak, żeby i na tym dystansie powalczyć o życiówkę: forma, pogoda, trasa i … Jacek, który wydatnie pomógł mi na trasie, wynikiem czego „wyśrubowałem” swój najlepszy czas do wyniku 1:35:34. Najlepsze zostawiłem na koniec. Maraton. Chciałem w końcu złamać magiczną dla mnie barierę czterech godzin. Postanowiłem, że zawalczę na maratońskim dystansie poza granicami kraju. Wybraliśmy (pojechałem tam z Jackiem) Pragę, bo i niezbyt drogo i nie tak daleko, i pięknie jest w Pradze. Start przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Nie dość, że udało mi się w końcu złamać te, prześladujące mnie cztery godziny, to jeszcze o mały włos nie połamałem 3:30. Zabrakło trochę sił, ale co tam. Jeszcze zawalczę i może następnym razem… Kto wie? I to była wiosna ze swoimi rekordami. Potem już o nie walczyłem, a przynajmniej nie za wszelką cenę.

2. Spełnione marzenia - dwie wisienki na torcie

Jeszcze na początku roku moje biegowe marzenia wydawały się wariactwem tak odległym i nierealnym, jak chociażby start w nowojorskim maratonie. No bo jak można nazwać chęć startu w kultowym już Biegu Rzeźnika po bieszczadzkich szlakach lub udział w kaliskiej setce. Na szczęście jestem trochę wariatem, który lubi wyzwania i ciągle szuka czegoś nowego. Na pierwszy ogień poszedł Rzeźnik. Szybka, emocjonalna decyzja o starcie i już byłem na liście, dogadany z Izą i opłacony. Z pewnego już dystansu wiem, że nie do końca byłem przygotowany, nie do końca świadomy tego, co mnie czeka. Wystartowałem jednak i ukończyłem! Nie był to jakiś rewelacyjny start, ale już teraz wiem, że chętnie wrócę tam i za rok i za dwa. A druga wisienka na moim torcie, to zaliczony Supermaraton Kalisia. I chciałem w nim wystartować i nie. Koniec intensywnego sezonu nie sprzyja aż tak wielkiemu wysiłkowi. Kiedy jednak, jak nie teraz? Na szczęście nie ja jeden mam takie marzenia i nie ja jeden jestem takim biegowym wariatem. Seba, bo o nim mowa, mój kaszubski kumpel, też miał takie marzenia. Seba też chciał wpisać do swojego biegowego CV ukończone 100km. Po raz kolejny od podjęcia decyzji do realizacji nie upłynęło wiele czasu. W październiku zrealizowaliśmy. 12 godzin walki, która zakończyła się sukcesem. Co prawda, okupionym dość dużym bólem nóg, ale wierzcie mi, warto było! Tego typu bieganie, długie i jeszcze dłuższe bardzo mi się spodobało. To ekscytujące doznania, kiedy tak biegniesz przed siebie, kilometr za kilometrem, godzina za godziną. Ultramaratony, to jest to!

3. Maratony – od gór po morze

Klasyczny, wymarzony dystans dla każdego biegacza – 42, 195km. Każdy, kto chociaż raz założył buty, by przebiegnąć kilka kilometrów, zaczyna marzyć o maratonie. Pamiętam jak dziś podniecenie, jakie towarzyszyło mojemu pierwszemu startowi maratońskiemu w Krakowie. Od tego momentu minęło już trochę czasu, ale za każdym razem udział w maratonie wyzwala we mnie te same emocje. W tym roku doświadczałem ich pięciokrotnie i to w różnych okolicznościach przyrody. Pobiegłem tradycyjne płaskie maratony po asfalcie: w Pradze i w Warszawie. Doświadczyłem walki podczas dwóch górskich maratonów: w Górach Stołowych i Beskidach. W końcu „zaszalałem” i podczas letnich kanikuł pobiegłem sobie po bałtyckiej plaży, biorąc udział III Bałtyckim Maratonie brzegiem morza. Każdy maraton, to inna historia. Ciekawy? Zapraszam do przeczytania moich relacji gdzieś na blogu.

4. Hej góry, nasze góry

Góry… a czemu nie? Rok temu, podczas IV Maratonu Beskidy, to był prawdziwy debiut moich górskich biegowych przygód. Bieganie po górach, to cholernie ciężki kawałek chleba. Zdecydowanie bardziej wymagający, niż tuptanie po płaskim. Ma jednak kilka plusów, które powodują, że zdobywa coraz więcej wiernych zwolenników, nawet pośród ludzi z nizin, jak ja. Obcowanie z dziką przyrodą, piękne widoki, fantastyczni ludzie, których spotyka się podczas tego rodzaju imprez, rekompensują ogromne zmęczenie, które towarzyszy startom w górskich biegowych zawodach. Po ubiegłorocznym debiucie postanowiłem, ze muszę wystartować gdzieś w górach, bo to jest to! I wystartowałem: Bieg Rzeźnika, Maraton Gór Stołowych i Maraton Beskidy w pełni zaspokoiły moje potrzeby obcowania z górami i biegania po nich. I postaram się, żeby tego rodzaju zawodów nie zabrakło w kolejnym sezonie.

5. Coś dla ducha

Na koniec chciałem wspomnieć o dwóch ważnych dla mnie startach. Maratońskie pielgrzymki, bo o nich tu mowa, są dla mnie bardzo istotnym elementem całego sezonu. Dopełniają sens biegania i pozwalają spojrzeć na moja pasję z pewnego dystansu. To takie połączenie ducha i ciała. Otwarcie na Transcendencję. Pielgrzymki: z Bytowa do Sianowa oraz z Bytowa do Częstochowy były przede wszystkim przeżyciem duchowym. Nie wyobrażam sobie, że zabraknie ich w kolejnym roku.

6. A jednak trochę liczb

Miało ich nie być, ale wiem, ze niektórzy są statystykami i chętnie się im przyjrzą.
Przebiegnięte kilometry: ok. 2,5 tys., w tym startowych 870;
Startów ogółem - 27, w tym: ultramaratony – 2, maratony – 5, półmaratony – 4, 15km – 4, 10km – 6, dwie pielgrzymki biegowe, jedna sztafeta 24-godzinna i inne biegi. Reszta informacji na mojej stronie.

7. Co dalej?

Teraz odpoczywam bo, jak pisał Kohelet, wszystko ma swój czas. Teraz przyszedł czas, by zregenerować się, podładować akumulatory i chociażby podsumować mijający sezon, co też czynię. A potem poczynić plany co do kolejnego roku i rozpocząć przygotowania, bo czekają na mnie kolejne biegowe przygody, kolejne marzenia do zrealizowania. O nich jednak nieco później …

Fotka: najcenniejszy tegoroczny skalp


Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora


kudlaty_71 (2012-11-14,17:00): ...piękny roczek Wojtku...nic tylko pogratulować i...życzyć kolejnych, jeszcze bardziej owocnych :)...
michu77 (2012-11-15,08:57): Udany sezon!!! ;P







 Ostatnio zalogowani
przemcio33
23:10
Piotr100
23:05
Raffaello conti
22:15
Rehabilitant
22:05
Admirał
21:46
tomas
21:33
szmaj
21:26
romelos
21:21
znajomakr
21:02
ksieciuniu1973
20:29
entony52
20:28
zamorrad
20:10
Namor 13
20:08
simwa
20:00
janusz9876543213
19:41
tete
19:12
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |