Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

 

  WIZYTÓWKA  GALERIA [100]  PRZYJAC. [99]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
Mijagi
Pamiętnik internetowy
Z pamiętnika "młodego" biegacza

Wojciech Krajewski
Urodzony: 1974-02-15
Miejsce zamieszkania: Piła
377 / 427


2012-11-11

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
V Maraton Beskidy... i wszystko jasne (czytano: 388 razy)

PATRZ TAKŻE LINK: http://www.maratonypolskie.pl/mp_index.php?dzial=2&action=44&code=34579

 

I w końcu przyszedł ten dzień. Wstawać się nie chciało, ale czas naglił. Wysuwać nos spod ciepłej pościeli czy nie? Jeszcze pół godziny, jeszcze piętnaście minut. Już, trzeba. Rześkie, dosłownie, powietrze spowodowało, że szybko przeobraziliśmy się w umundurowanych biegaczy. Zostało tylko spakowanie plecaka i można ruszać … na śniadanie. Na mnie i na Jacku wrażenie zrobił Tomek. Jego przygotowanie przypomniały jak żywo przygotowania Johna Rambo, który szykowała się do odbijanie kolegów z wietnamskiej niewoli. Wyglądało na to, że Tomcio szykował się na poważne zawody. Śniadanko zjedliśmy w miłej atmosferze i jeszcze miłym towarzystwie i od razu inaczej spojrzeliśmy na świat. A świt przywitał nas pięknym słońcem, które zapowiadało piękne widoki i związane z tym cudowne doznania. Z ice-Cisu ruszyliśmy na start. Niestety coś mi się pomerdało i zjawiliśmy się na mecie. Chłopaki zrzucili to na karb mojej „słynnej” orientacji w terenie. Po porannym falstarcie w końcu znaleźliśmy się w okolicach startu. A tam było już pełno zawodników, którzy oczekiwali na strzały zbójników oznajmujących początek beskidzkiej zabawy. Odebraliśmy pakieciki, numery startowe, zrobiliśmy sobie fotkę, która miała zaistnieć na naszym osobistym dyplomie i postanowiliśmy skosztować smacznej kawki. W końcu, zgodnie z reklamą serwowaną w mediach, rano najlepsza jest kawka, a wieczorem… wiadomo co. Zaczęli pojawiać się zawodnicy, którzy byli ozdobą V maratonu Beskidy: Zbyszek Malinowski, Jacek Łabudzki, Wojtek Kasiński, którzy obok gospodarza zawodów, tworzyli historię biegów górskich i biegów ultra w Polsce. I jedno mogę stwierdzić: mimo ich niewątpliwej pozycji w świadku biegowym, to są bardzo mili ludzie, chętnie dzielący się swoim doświadczeniem z innymi biegaczami; tacy „swoi”. Doświadczyłem tego w tamtym roku i w tym roku tylko tę sytuację mogę potwierdzić. Założenia mieliśmy podobne, w sumie uzgodnione jeszcze podczas naszej podróży w Beskidy: biegniemy towarzysko, wspólnie. Podejrzewałem jednak, że nic z tego nie wyjdzie, bo każdy z nas dysponował innym potencjałem na zakończenie sezonu. I okazało się, że miałem rację. Równo o 10:00 zbójnicy oddali strzały i cała ta kolorowa ferajna ruszyła w stronę Skrzycznego. Na początek trochę po uliczkach Radziechowych, po trawie, po błotku, by w końcu wypaść na szosę prowadzącą pod widoczną w oddali górę. Po około dwóch kilometrach już wiedziałem, że te nasze wspólne, moje Jackowe i Tomkowe bieganie, nie wyszło. Tomek i Jacek poszli do przodu niczym dwa harty. Ja przy nich wyglądałem jak koń pociągowy. Spokojnie, jednym rytmem, bez wzniosłej idei ścigania się z wiatrem. Tak po siedmiu, ośmiu kilometrach już ich nie widziałem. Spotykałem za to wiele innych znajomy i nieznajomych osób, które podczas biegu stałe się znajomymi. Im było bliżej Skrzycznego, tym było coraz ciężej., coraz wolniej. W końcu bieg przeobraził się w podejście i w ten sposób „zdobyłem” Skrzyczne. Tego typu pokonywanie ostatnich kilometrów podejścia miało i dobre strony. Miałem czas podziwiać piękne okoliczności przyrody, porozmawiać z biegaczami, którzy tak jak przeobrazili się we wspinaczy. Około półtorej kilometra od szczytu dogonił mnie Seba. I znowu razem dreptaliśmy. Ostatnio często pokonujemy kilometry. Najpierw Kalisz, teraz Beskidy. Na szczycie Skrzycznego po raz pierwszy tej jesieni zobaczyłem śnieg i zrobiło się chłodniej. W końcu zdobyliśmy szczyt. Nie było jednak wiele czasu na podziwianie krajobrazu, bo zaczynała się dla mnie ta lepsza strona maratonu. Zaczynał się kilkukilometrowy zbieg. Zbieg, czyli to, co najbardziej lubię w górskim biegania. W tamtym roku odrobiłem tutaj wiele cennych minut. W tym roku zrobiłem to samo. Puściłem się pędem w dół i zatrzymałem się dopiero wtedy, gdy trasa stała się płaska. Biegłem ile sił w nogach i mijałem kolejnych zawodników. Aż szkoda, że nie trwało to o kilka kilometrów dłużej. Na dole wiedziałem już, że poprawię wynik z poprzedniego roku. Ruszyłem do przodu i niczym koń pociągowy brnąłem do przodu. Gdzie było płasko i w dół, biegłem, gdzie było w górę – szybko szedłem. Słońce pięknie operowało na niebie, a ja i wielu innych zawodników pokonywaliśmy kolejne kilometry. W końcu została „tylko” Matyska. Dwa kilometry drogi krzyżowej i jesteśmy w domu. Te ostatnie kilometry pokonywałem w towarzystwie jednego z zawodników, który tak jak ja chciał już tylko skończyć zawody i tym samym zakończyć sezon. Z Matyski ruszyliśmy w dół i po kilkunastu minutach byliśmy już na mecie. A tam czekał już komandor biegu z medalem, dobra kawa i gratulacje tych, którzy przybiegli przed nami. To właśnie wyróżnia tego typu zawody. Tutaj każdy jest zwycięzcą. Każdy ma do siebie szacunek. Każdy jest wielki, bo skończyć górski maraton, to jest duże wyzwanie. Na Sali już odpoczywali Jacek z Tomkiem . Zaliczyli bardzo udany start. Brawo chłopaki! Był prezes Stanisław, który zaliczył po raz drugi „kijkowy” maraton. Zaczęli pojawiać się i inni. Każdy z bananem na twarzy i pięknym medalem na piersi. Na każdego czekała iście królewska uczta: makarony i smaczny żurek lub grochóweczka, którą raczyły nas Panie z Koła Gospodyń Wiejskich. Takiego serca i takiego zaangażowania ja jeszcze nie widziałem. Istne mamusie dla biegaczy. Nikt nie mógł być głodny. Do degustacji przygrywał miejscowy góralski zespół. Prawdziwa fiesta! Rozdano nagrody, wręczono puchary, każdy coś dostał, nikt nie odjechał do domu z pustymi rękami. Aż nie chciało się wracać. Wielki szacunek dla Edwarda. Po raz pierwszy widziałem, żeby główny organizator tak był zaangażowany, żeby sam sprzątał po biegu i po imprezie. Koniec końcem trzeba było jednak wracać do domu. Po pożegnaniu się z przyjaciółmi ruszyliśmy do grodu Staszica, by trochę po północy zameldować się w domu.
Czy warto było zakończyć sezon w gościnnych Radziechowych na V Maratonie Beskidy? Odpowiedź może być jedna. Zdecydowanie tak! Gospodarz, atmosfera, ludzie, którzy ją tworzą, piękna trasa i jeszcze piękniejsze widoki powodują, że ten, kto zjawi się na beskidzkim maratonie, chce tutaj wrócić za rok. Ja chcę…

A tutaj znajdziecie opis dnia poprzedzającego maraton:
http://www.maratonypolskie.pl/mp_index.php?dzial=2&action=44&code=34579


Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora


kudlaty_71 (2012-11-11,20:52): ...hmmm..."stanę na głowie", żeby...w przyszłym roku mnie tam nie zabrakło :)...
Mijagi (2012-11-11,20:57): Wojtek, w końcu obiecałem ci barwną relację.







 Ostatnio zalogowani
Mr Engineer
23:59
jantor
23:34
przemcio33
23:10
Piotr100
23:05
Raffaello conti
22:15
Rehabilitant
22:05
Admirał
21:46
tomas
21:33
szmaj
21:26
romelos
21:21
znajomakr
21:02
ksieciuniu1973
20:29
entony52
20:28
zamorrad
20:10
Namor 13
20:08
simwa
20:00
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |