2008-05-01
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Toruń 2 - zającowanie (czytano: 220 razy)

Tradycyjnie noc przespana na hali w półśnie. Do 3 spałem w miarę twardo ale póżniej to juz takie bardziej czuwanie.
Pobudka 7 rano.
Szybki, bezkolejkowy prysznic, szczotkowanie ząbków i można zacząć przedstartowe czynnności.
Około 9 wychodzimy z hali i idziemy na start. Po drodze wstępujemy do ciastkarni gdzie Zulusik stawia pyszną kawusie.
Po kilkunastu minutach wchodzę do Biura Zawodów aby odebrać obiecane dzień wcześniej baloniki z napisem 4:00. Podczas tego biegu mam poraz pierwszy w życiu biec jako pacemarker i prowadzić grupę na połamanie tego czasu.
Niestety są nadal nie gotowe. Okazało się że hel którym wypełniono balony, przez nockę bezpowrotnie uciekł . Następuje nerwowe oczekiwanko bo do startu pozostało już niewiele czasu. W końcu są balony ale niestety nadmuchane, powietrzem i nie chcą unosić sie ku górze. No cóż, damy radę.
Wychodząc z budynku napotykam drugiego czterogodzinnego zająca. Witamy się i razem podążamy w okolice startu..
Dobrze że profilaktycznie przygotowałem sobie własnym sumptem tabliczkę informacyjną z napisem „grupa na 4:00” Między innymi dzięki temu szybko zostajemy zauważeni przed startem a wokól Nas tworzy sie całkiem spora kilkunastoosobowa grupa potencjalnych czwórkołamaczy.
Ruszamy.
Ze względu na spory tłok i ścisk ,pierwszy kilometr pokonujemy 15 sekund wolniej od zakładanego tempa. Leciuteńko, delikatnie więc przyśpieszam. Na drugim kilometrze okazuje się że mamy 45 sekund nadwyżki. Kurde co jest grane myślę. Przecież to nie możliwe abym go pokonał ponad minute szybciej od zakładanego tempa. Wychodziło by że pobiegliśmy go w tempie 4:40 a to przecież niemożliwe, bo to juz prawie sprinterska prędkośc jest.
Za moment wszystko sie wyjaśnia. Dobiega do Nas gość z Łubianki - miejscowości przez którą póżniej mamy biec i informuje mnie że na oznaczenia pierwszych pięciu kilometrów trzeba uważać bo postawione są bardzo nie dokładnie Nie powiem lekko się wtedy podgotowałem. Bo jak mam trzymać równe tempo i nie szarpać skoro takie niespodzianki na mnie czychają.
Faktycznie. Od 5 km kiedy wbiegliśmy do Łubianki, tabliczki z kilometrami rozstawione są już wzorowo.
Uch.... Spada mi kamień z sreca bo w końcu mogę w miarę płynnie i równo prowadzić grupę.
Do półmetka biegniemy cały czas zwartą kilkunastoosobową grupą.
Panuje wesoła, radosna atmosfera. Słychać dowcipy i gwar rozmów między biegaczami. Otacza Nas biegowa sielanka:)
To mój pierwszy,dziewiczy, zajęczy rejs więc cały czasz skrupulatnie pilnuje optymalnego tempa. Poprzez to jestem mniej niz zwykle wyluzowany.
Cały czas jestem skoncentrowany i czuje odpowiedzialnośc z powierzonego mi zadania.
Od połówki następuje moment zwrotny. Z każdym kilometrem grupa staje się coraz bardziej szczupła. Cichną rozmowy a atmosfera staje się bardziej poważna.
Coraz częściej wchłaniamy pojedynczych biegaczy którzy ruszyli za szybko i teraz w okolicach 30km rozpoczynają swoje biegowe męczarnie. Niektórzy z nich przyłączaja się do Nas . Inni nawet nie podejmują tego tematu.
Na 31 km następuje 500m podbieg na którym praktycznie rozsypuje się cała grupa.
Na wierzchołku jest już Nas tylko 5-6 osób.
Mijamy 35 km i stanowisko z napojami. Na nim odpadają kolejne 2 osoby.
Biegniemy we czterech. Mamy cały czas około 1 minutową, czasową nadwyżkę uzyskaną w początkowym okresie biegu.
Na 39 km jest Nas trzech. Dwóch zająców i jeden czwórkołamacz, który w dodatku ma już dość i chce sie koniecznie zatrzymać. Wybijamy mu ten pomysł z głowy i motywujemy do dalszego biegu. Żartując, uświadamiamy mu ,że jak przybiegniemy sami na metę i nikogo tam nie doprowadzimy to Orgowie nie zapłacą nam za zającowanie. Skutkuje:)
Na 40 km przyłącza sie kolejny biegacz. Oznajmia ,ze własnie miał przejśc do marszu ale zobaczył naszą grupkę na 4:00 i postanawia biec z Nami. Widząc że za Nami nie ma juz nikogo postanawiamy lekko przyspieszyć. Wzmacniamy odrobinę tempo.
W niezmienionym już składzie dobiegamy do 42 km. I tu nagle niewiadomo skąd pojawia się Zulus i biegnie razem z Nami.
( Okazało się że problemy żołądkowe uniemożliwiły mu bieg na zakładany wcześniej czas . Jako że dobry kolega z niego jest to postanowił zaczekać na wolniejszego szybkobiegacza by wspólnie z nim wbiec na metę:)) ).
Dajemy sygnał naszym podopiecznym aby rozpoczęli finisz i urywali z „czwórki” ile się da i na ile im sił wystraczy :))
Na metę wbiegamy 10 sekund za nimi. Otrzymujemuy medale , po kubku wody do ręki i oddajemy się powolnej degustacji przezroczystej cieczy.
Za momemnt , następuje chwila na wzajemne podziękowania za wspólny bieg. Dochodzą również pozostali grupowicze którzy przybiegli odrobinę szybciej a biegli z Nami przez pewien etap biegu.
Admin pstryka Nam fotkę. Robi sie naprawdę bardzo przyjemnie i sympatycznie. Osobiście czuję sie świetnie fizycznie jak i psychicznie. Zadanie wykonane. Szkoda tylko że tak niewielu z tego dużego, początkowego stadka dobiegło wspólnie do mety .
No ale cóż. To w końcu maraton. A on rzadzi się swoimi prawami i tak naprawdę nigdy nie jest do końca przewidywalny:))
Foto - Admin. Ostatnie metry i dwa zające:))
Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicyDodaj komentarz do wpisu |