2013-04-20
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| 30.Vienna City Marathon cd. (czytano: 461 razy)

Sobieski mógłby być z nas dumny...
Punktualnie o siódmej rano, niebieska husaria Maniacka wyruszyła na start maratonu. W hostelu zostały jedynie kobiety, dzieci i... inne ciury obozowe. W końcu trasa maratonu przebiegała o kilka metrów od hostelu, więc nie było sensu pchać się na start. Zawsze można było trochę dłużej pospać...
Z jedną przesiadką, jeszcze sporo przed ósmą dotarliśmy na miejsce startu. Słoneczko już świeciło, a na niebie żadnej chmurki. Cały czas napływali kolejni biegacze: ok. 7 tys.maratończyków, 13 tys. półmaratończyków i część uczestników sztafety. Doprawdy niewiem jak organizatorzy doliczyli się ponad 40 tys. biegaczy. Stanąłem na początku żółtej strefy, razem z Ineczką i kolegą Michałem, z rodzimego Namysłowa, który nocował w tym samym miejscu co my. Niewiem jak to się stało, ale większość znajomych z mojej strefy stratowej – ustawiła się gdzieś bardziej z przodu. Miałem plan wystartować z Emi i Krystianem, gdyż założenia przedstartowe mielismy zbliżone, ale gdzieś mi się zawieruszyli. Punktualnie o 9:00 maraton wystartował.
Co pamiętam z samego przebiegu maratonu? Tłok!!! Żeby nie stracić za dużo już na starcie, trzeba było się sporo nakluczyć. Ludzie biegli po chodniku, trawnikach... gdzie tylko się dało. Przypomnę, że maratończycy na 3:30, i półmaratończycy na 1:45 biegli razem. Na pierwszym punkcie z wodą, pewnie musiałbym trochę poczekać ... dopóki nie napełnią mi kubeczka. Doprawdy pod względem organizacji, taki maraton w Poznaniu mógłby sporo nauczyć swojego starszego kolegę z Wiednia. Nie mamy się czego wstydzić. Oprócz wody, na kolejnych punktach odżywczych pojawią się banany, powerade i cola.
Mój plan zakładał wolniejszy start po nawet 5:10/1km i stopniowe... zwiększanie obrotów. Pewnie do 35-37km wszystko szło zgodnie z planem. Dbałem o nawadnianie i polewanie głowy wodą. Trasa raczej prosta, bez trudnych podbiegów. Na nawrotce obserwowałem wielu szybszych od siebie kolegów, którzy stopniowo odpuszczali bieg na życiowki i zwalniali... wszystko przez to słońce. Źle to wróżyło... ale ja wciąż szedłem zgodnie z planem.
Minąłem Krystiana, który mi polecił gonić Emi... później Tomka, zacząłem powoli wierzyć w końcowy sukces. Do czasu... Nie wziąłem ze sobą żadnych żeli. Ostatnie życiówkowe maratony, biegłem wyłącznie na tym, co znalazłem na stołach. Przez pierwsze 35 kilometrów maratonu zjadłem 2 kawałki banana, kilka łyków powerada i woda... Po 36km zacząłem zwalniać... brzuch zrobił się twardy, i w dodatku pojawił się ból z prawej strony. Czułem że nie mam paliwa... Pewnie na 39km po raz pierwszy stanąłem... później kilkakrotnie jeszcze przechodziłem do marszu. Doszlusował do mnie kolega Piotrek, który również najwyraźniej nie był w życiowej formie, i razem próbowaliśmy „doczłapać” do mety. Żadnej radości... Już w domu, na fotkach widzę dobiegającą za mną Emi, z radośnie uniesionymi rękoma do góry. W tym samym mniejwięcej czasie do mety dociera Piotrek, i Tomek.
Maraton ukończony ... z czasem dalekim od zaplanowanego wyniku, i około minuty słabszym od październikowego Poznania.
Cdn.
Fot. z galerii Benii i Krzysztofa Lipińskich
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora |