2011-06-21
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Bukowno, czyli powrót do przeszłości (czytano: 456 razy)

Cud w Bukownie się nie zdarzył... Całkiem źle na szczęście też nie było. Wyszło znacznie poniżej oczekiwań, ale w sumie jestem z tego wyjazdu bardzo zadowolony. To co przed chwilą napisałem nie brzmi chyba zbyt jasno... ;)
No więc wyjaśniam. Przed dyszką w Bukownie sam za bardzo nie wiedziałem, czego mogę się spodziewać. Z jednej strony, przez ostatni miesiąc popracowałem trochę nad szybkością i liczyłem, że pozwoli to się zbliżyć choć trochę do życiówki. Z drugiej, jednak wiedziałem, że bieg o godzinie 16, w upalny dzień, to nie jest dla mnie czas na dobry wynik. W dodatku, na tydzień przed startem przyplątało się przeziębienie..., a poprzedniego dnia odbywały się „urodziny Truchtacza”. Na szczęście pojechałem tam samochodem, więc nic nie piłem, ale i tak położyłem się dopiero mocno po drugiej, a że rano spać nie potrafię, to nie czułem się przed startem zbyt świeżo... Tak więc, biorąc to wszystko pod uwagę, choć bardzo chciałem, nie liczyłem na zbyt wiele.
A jak w końcu było? Pogoda okazała się na pewno lepsza, niż się spodziewałem. Na początku było dość parno, ale po ok. 20 minutach od startu spadł ulewny deszcz, który bardzo oczyścił atmosferę. Trasa też bardzo fajna – płaska i szybka. I z tych powodów trochę mi szkoda, że nie udało się zrobić dobrego wyniku. Bo 49:28 to nie jest na pewno szczyt marzeń. Ale widać w tym dniu nie było mnie stać na więcej. Lekkie osłabienie i niewyspanie jednak dały znać o sobie, bo czułem się w czasie biegu tak jakoś zupełnie „bez jaj”. Gdy stawałem na starcie, bałem się, że może nawet 50 minut nie złamię... Czyli, patrząc z tej perspektywy, nie było najgorzej.
To co najważniejsze i najbardziej radosne zdarzyło się jednak dla mnie w Bukownie po biegu. Bez problemów (z małą pomocą GPS) udało mi się znaleźć dom, do którego ponad 30 lat temu jeździłem na wakacje. W jego okolicy niewiele się zmieniło. Ten sam las, rzeka, most, parking, na którym uczyłem się jeździć na rowerze... Miałem ogromną frajdę zobaczyć to jeszcze raz. Tylko teraz wszystko wydawało się jakieś takie mniejsze. Z perspektywy dziesięcioletniego dziecka świat wyglądał jednak trochę inaczej.
Gdy tak sobie to wszystko oglądałem z Mają i wspominałem dawne czasy, rozpętała się burza z gradem i trzeba było szybko uciekać do samochodu i wracać do domu. Dzięki temu jednak będę miał motywację, aby za rok wrócić tam na dłużej. No i może wtedy uda się też zrobić nową życiówkę na 10 km.
Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicyDodaj komentarz do wpisu |