Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

 

  WIZYTÓWKA  GALERIA [9]  PRZYJAC. [73]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
a.Klimczak
Pamiętnik internetowy
Zapiski w biegu

Adam Klimczak
Urodzony: 1988-11-26
Miejsce zamieszkania: Kraków
120 / 143


2014-01-13

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
Nagły atak zimy (czytano: 721 razy)

PATRZ TAKŻE LINK: https://picasaweb.google.com/110096145722592118022/JakuszyceKarpacz1112012014#

 

W sobotę znowu z Basiakiem w Sudety. Tym razem propozycja Karkonoszy i Gór Izerskich wyszła od niego, jako że trochę je zna z racji że bywał w Szklarskiej na obozach biegowych.
Ruszamy po 7mej autobusem, który wedle naszej wiedzy miał jechać do Świeradowa Zdoju, ale ostatecznie za bajońską sumę wywiózł nas do Jakuszyc. Trasy nie mieliśmy opracowanej, ale i tak jest dobrze.
Zaczęliśmy naszą eskapadę od zielonego szlaku, przy okazji trasy Biegu Piastów. Po drodze napotykamy się na biegaczy narciarskich, którzy niezdarnie posuwają się po trasie, na której wystają kamienie i absolutnie nie nadają się do jazdy. Mijamy ich naszym niepewnym biegiem po lodzie. Kierujemy się nie wiadomo gdzie, nasza mapa nie obejmuje Gór Izerskich. Lecimy właściwie na wyczucie, w stronę Świeradowa, by potem wpaść na czerwony szlak na Wysoką Kopę, najwyższy szczyt gór. Szlak nie jest łatwy, mnóstwo lodu, nie biegnie się komfortowo. Mijamy Chatkę Górzystów, a także fragment ścieżki dydaktycznej - modelu Układu Słonecznego.
I wreszcie czerwony szlak, a przy nim mapka. Wiemy już gdzie jesteśmy i planujemy pobiec do Szklarskiej, a stamtąd na Hale Szrenicką. Czerwony szlak ciągnie się przez torfowisko, zmuszeni jesteśmy taplać się w śmierdzącym błocie, w które wpadamy przebijając się przez cienką warstwę lodu. Ale teren jest w miarę płaski, a i lód w miarę przyczepny, poruszamy się leko i przyjemnie. Po dotarciu do Rozdroża pod Kopą, kończy się płaski, podmokły teren, a zaczyna oblodzony stromy szlak. Zaczyna się marsz, mijamy dużą grupę starszych Czechów. Nie wchodzimy na Wysoką Kopę, która jest poza szlakiem, traktujemy ją jako zaliczoną. Dalej już właściwie z górki. Mijamy Wysoki Kamień i niebieskim szlakiem zbiegamy prosto do Szklarskiej. Krótkie zakupy i ruszamy przez Kamieńczyk do Hali Szrenickiej. Przybywamy tam po 15, jedynie 5h drogi dziś, lekko i przyjemnie. Schronisko na Hali nieprzyjemnie mnie zaskakuje, nie będę wdawał się w szczegóły, przynajmniej miło się spało, chociaż przed snem, przynajmniej mi, dokuczała nuda, nie miałem nic do czytania. Audiobook i radio uratowały sytuację.

Niedziela rano, wstajemy opornie. Basiak kiepsko spał, raczej nie zachęca mnie do ruszenia się z łóżka, mówi, że na dworze jest mega nieprzyjemnie, że pada śnieg. Tak jest, w nocy ostro posypało. W końcu wychodzimy ze schroniska o 7:40. Pierwsze co robię to zakładam więcej ciuchów zaraz po wyjściu. Po drugie, proszę Basiaka o jego awaryjną kurtkę - bez niej bym chyba umarł na trasie. Nie ma jak drużyna!
Ruszamy na Szrenicę, wieje strasznie, kiepska widoczność, na termometrze przy schronisku -6, ale mi się wydaje, że jest znacznie zimniej. Od Szrenicy aż na samą Śnieżkę poruszamy się czerwonym szlakiem. Zaczyna się ostro, widoczność jest minimalna, zimny wiatr zatyka oddech, chyba pierwszy raz w życiu przebywam w takich warunkach.
Wyobrażamy sobie, jak ciężki będzie Zimowy Ultramaraton Karkonoski, na który na razie się nie nadajemy z racji braku doświadczenia wymaganego przez organizatorów. Nota bene, właśnie dowiaduję się, że jest konkurs na najlepsze zdjęcie z trasy tego biegu, a chyba mam kilka. Wracając do tematu, zastanawiamy się, czy są tu teraz jakieś zwierzęta, i dochodzimy do wniosku, że oprócz nas to chyba tylko jakieś małe yeti. I wygląda na to, że jesteśmy pierwsi na szlaku, co było raczej do przewidzenia. Jednak koniec żartów, dobiegając do Śnieżnych Kotłów czujemy, że wiatr się wzmaga, widoczność maleja, a śniegu jest coraz więcej. O biegu nie ma mowy, walczymy o przetrwanie. Basiak zauważa, że jak tak dalej pójdzie, to nie dotrzemy dziś do Karpacza, w myślach przyznaję mu rację, jest ciężko. Prawie mnie nastraszył. Ale na szczęście po kilkudziesięciu minutach już jest lepiej, widać na kilkaset metrów i humor nam powraca. A mi szlak podoba się i tak tym bardziej, im warunki są cięższe. Im bliżej Przełęczy Karkonoskiej, tym pogoda lepsza. Przyśpieszamy, po świeżym śniegu wyśmienicie się zbiega. Po drodze kreślimy wariackie plany na letnie wyprawy w te góry. Docieramy do przełęczy, po drodze mijając ślady nart, a potem nawet spotykając Czechów, którzy pytają się o jakość sníhu. Dalej mijamy schronisko Odrodzenie, wyprzedzając kilku leniwych turystów wychodzących na dopiero na szlak. Uciekam Basiakowi, szlak jest koszmarny, pełno zasp, i tak aż do Równi pod Śnieżką. Tam zaczynamy spotykać turystów idących od strony Śnieżki, a w okolicach Domu Śląskiego są istne tłumy. Wzbudzamy zainteresowanie naszym tempem poruszania się, o dziwo nie ma tu innych biegaczy. Zresztą jacy z nas biegacze, po tym jak mozolnie przebijaliśmy się przez zwały śniegu, nie ma w nas wiele energii. Zagaduję do kogoś że pogoda się poprawia, bo istotnie tam przestało wiać. Mój rozmówca pyta mnie ze zdziwieniem, czy wchodzę na Śnieżkę bez raków. Zaraz okazało się skąd ta troska. Droga Jubileuszowa jest cała skuta lodem, moje wierne Kalenji Kapteren 50 nijak nie chcą się tego podłoża trzymać. W takim wypadku wpadam na pomysł by iśc poboczem szlaku, po kamieniach, przy tym trzymając się łańcucha, który rozgraniczał szlak. Było niebezpiecznie, najcięższy odcinek trasy. Rozgrzewam się wchodząc pod górę, wciągam na łańcuchu i rozmarzam w schronisku czekając na Basiaka. Potem równie wolno schodzimy na dół, z tym że mój towarzysz opracowuje nową, nowatorską technikę zchodzenia - zjeżdża na tyłku, wywołując przy tym krytyczną reakcję lepiej wyposażonych w sprzęt turystów. Tak, nie byliśmy przygotowani na lód, akurat teraz raki by nam się przydały. Nie zważając na nic zbiegamy do Karpcza czarnym szlakiem, bardziej już przyjaznym dla zbiegania, pełnym świeżego śniegu. Niestety, nie zdążyliśmy na wcześniejszy aurtobus i mamy ponad 4 godziny wolnego czasu. Odwiedzamy Biedronkę, pizzerię i zahaczamy o mszę świętą, by po 18:40 wleźć do autobusu powrtotnego.

Nie wspomniałem o licznych upadkach na trasie, obaj mamy potłuczone nogi. Ja znowu robię sobie 2 dni wolnego od biegania ze względu na stłuczone kolano. Odmroziłem też sobie opuszki palców, głównie w czasie ześlizgiwania się po łańcuchu ze Śnieżki w dół - mimo dwóch par rękawic. To tak gwoli naszego nieprzygotowania do zimowych warunków, w które cięzko było sobie wyobrazić wyruszając z Wrocławia.
Oczywiście planujemy już kolejne wojaże, najbliższa niestety dopiero 16 lutego. Do tej pory trzeba dalej przygotowywać się kondycyjnie w płaskim terenie, co do przyjemnych nie należy. I oczywiście pilnować masę ciała, co ostatnio jest dla mnie problematyczne ze względu na wyczerpaną baterię w wadze. A może lepiej żyć w nieświadomości?

ps w linku galeria z wyjazdu.
I linki do tras :
Jakuszyce-Hala Szrenicka
Hala Szrenicka-Karpacz

Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicy

Dodaj komentarz do wpisu







 Ostatnio zalogowani
Nicpoń
23:41
Lektor443
22:50
Daro091165
22:12
lisu
22:10
Ciastkos
22:06
mario1977
21:55
lachu
21:48
pyrek
21:46
jantor
21:43
zeton
21:19
aktywny_maciejB
21:15
romelos
21:04
Dajesz Byku
20:54
kubawsw
20:00
maste
19:56
Borowion
19:55
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |