2011-11-02
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| The day before the marathon. (czytano: 558 razy)

No tak, dzień przed maratonem. Maratonem, w którym miał wystartować mój tata, mój autorytet! A ja, jako jego najmłodsza latorośl, wymyśliłam sobie, że wystartuję w biegu Maltańskim, a co!
Po 1,5 kilometrowej przechadzce z samochodu na start, poszłam po numerek i chip. Przebrałam się, rozgrzałam. 5 minut do startu, a ja... w rozsypce. Nie chcę startować sama!
- Tata, biegnij ze mną!
- Przeeeestań, dasz radę.
- Proszę!
- Dobrze, ale tylko kawałek!
Sasasasa, już czułam się zwycięzcą! Nie wiem dlaczego, ale gdy tata stoi obok mnie to jakoś tak mi raźniej, nie czuję się odosobniona, choć przecież nie powinnam, bo wokół mnie są ludzie, którzy mają taką sama pasję jak i ja! No ale oni nie są "moimi tatami" hehe :)
5, 4, 3, 2, 1... START! Poszli!
Pilnowałam oddechu, żeby czasem nie złapała mnie ta nieszczęsna kolka! Nawet nie zauważyłam kiedy taty już nie było... "Widzisz, głupia? jednak możesz sama!" - myślałam sobie. Cały czas trzymałam równe tempo, starałam się nie przyspieszać, oszczędzać siły na końcówkę. Od 2 km biegłam z panem o numerze 278 i tak do 4,5km. (w połowie dystansu złapał mnie wielki skurcz w prawą łydkę; ale "co nas nie zabije, to nas wzmocni" i biegłam dalej)
Potem poczułam, że mam jeszcze trochę siły i zaczęłam wyprzedzanie. Jeden, drugi, trzeci.. Widzę tych, którzy wyprzedzali mnie na początku biegu. "Niemożliwe" - myślę sobie, a jednak!
Na piątym kilometrze już nie wiedziałam co się dzieje. Nogi same biegły w zawrotnym tempie. Wyprzedziłam jakieś 10 osób w niezrozumiały dla mnie sposób - to chyba te endorfiny!
50 m przed metą jakiś facet krzyknął do mnie "szybciej, szybciej, jeszcze ich wyprzedzisz!" Patrzę, a przede mną grupka kilku osób; przyspieszyłam jeszcze bardziej, kilka metrów przed metą pan Jurek Janowicz bił mi brawo. Czułam się wyśmienicie.
Zdjęli mi chip, założyli medal na szyję i opuściłam strefę wbiegu. Nogi miałam jak z galarety. Po chwili zapłakana (ze szczęścia oczywiście!) mama rzuciła mi się na szyję...
Dla takich chwil warto żyć! Uczucie po wbiegnięciu na metę jest nieziemskie...
Na fotce: moje "umięśnione" ręce i ja wbiegająca na metę zidentyfikowana jako nr 90 :)
Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicyDodaj komentarz do wpisu doogi (2012-05-12,21:38): przy końcowym wyprzedzaniu też się sam zastanawiam czy to inni są tacy słabi czy to we mnie drzemie jeszcze jakiś potencjał :) heh
|