Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

 

  WIZYTÓWKA  GALERIA [30]  PRZYJAC. [148]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
MEL.
Pamiętnik internetowy
Życie na krawędzi... pięciolinii

Basia Muzyka
Urodzony: 1970-12-03
Miejsce zamieszkania: Warszawa
157 / 192


2008-04-27

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
szukaj gniazd na drzewach, czyli porażka 26 Maratonu Toruńskiego (czytano: 422 razy)

 

Do Torunia przyjechałam razem z Dzikim i Kubą-Przeciętniakiem w sobotę o godz. 16. Po paru minutach było już po odprawie. Do pasta-party trzeba było czekać półtorej godziny. Już mnie to przygnębiło. A potem jeszcze zanim dostałam "marakon" z sosem (po paru piwach plątał mi się jęzor) minęło kolejne półtorej. Nic mi się nie podobało. Może jedynie to, że udało się Bemola namówić na piwo, dzięki czemu przynajmniej jemu humor się wyraźnie poprawił. Byłam bardzo zmęczona, senna, więc szybko zwinęliśmy się do Sebastiana na nocleg. Miło było spotkać jego żonę i 5-letnią córeczkę Maję, która pokazała mi swoje zabawki, a potem pozjeżdżałyśmy sobie po stromych, drewnianych schodach na tyłkach. Jakoś tak naturalnie wypełniła pustkę i moją tęsknotę za dziećmi, które zostały w Warszawie z babcią...

Budzę się w nocy, jest ciemno. Nie chcę schodzić po schodach do toalety, żeby nie pobudzić innych. Aż tak bardzo to mi się nie chce. Zapalam lampkę, czytam. Tylko 2 kartki, bo czuję sie znużona. Gaszę światło. Zasypiam...

Budzę się, jest jasno. Godzina 7.00. Patrzę przez okno - bezchmurne błękitne niebo - o cholera! Nie, tylko nie to! Nie chcę powtórki z ubiegłego roku. Toaleta, śniadanie, biegamy z Mają boso po trawniku. Rosa jest zimna, cudownie schładza mi stopy, pobudza do życia. Kuba uczy kota podawać łapę. Nie chce mi się stąd odchodzić. Ale już na nas czas. Tramwajem na rynek, rzeczy do depozytu. Próbuję zrobić rozgrzewkę, ale przy najlżejszym truchcie boli mnie noga. To może trochę rozciągania? Też boli. Po rozciąganiu boli jeszcze bardziej? Cholera. Staram się zrobić rozgrzewkę w marszu. Cała moja nadzieja w tym, że gdy tylko zacznę biec, to ból minie. Nie umiem się skupić na niczym innym, nie mam pomysłu na ten bieg, który ma być przedrzeźnickim wybieganiem. Chyba powinnam galloway'a albo jakieś BNP, ale nie wiem, nic nie wiem, myślę o nodze.
Ustawiam się na starcie za grupą na 4:00, a właściwie tuż przed grupą na 4:30. Byle nie zacząć za mocno. Ruszamy. Po 2,5 km czuję, że już się rozgrzałam, wraz z Józkiem, który biegnie obok wyprzedzamy grupę na 4:00. Chcę ich mieć za sobą, bo na punktach żywieniowych po tej "szarańczy" będą pustki. Łapię jakiś tam swój rytm, jadę wg własnego tempa, niezbyt forsownie. Przy 5 km wodopój, a ja ze zdziwieniem odnotowuję, że noga mi nie doskwiera. Fajnie, jedziemy sobie dalej. Około 8 km biegnę razem z jakimś gościem. Zaczyna wiać wiatr, więc wskakuję mu za plecy. Ale facet rosły nie jest, nic mi to nie daje (w sensie ochrony przed wiatrem), ale wpadam w jakiś trans wpatrując się w napis JOGGING na jego skarpetkach. Pod górkę na 9 km razem. Potem na szczycie mi trochę odjeżdża, ale po chwili znów go łapię. Nie na długo. Zgadał się z kimś innym i ruszyli trochę żwawiej. Ja za nimi. Trochę biegnę sama, walczę z wiatrem, w końcu dobiega do mnie głośnym krokiem kilkuosobowa grupka biegaczy z Łubianki, jak sądzę po napisach na koszulkach. Dołączam do nich i udaje mi się utrzymać parę kilometrów. Z rozmów wynika, że biegną po wynik w okolicy 3:50. O rany! Dobrze mi z nimi, ale na jakimś zakręcie zaczynam zostawać w tyle, na półmetku mam czas 1:53 i już czuję, że ta grupka mi odjeżdża. Szkoda. Agrafka i pozdrowienia. Zbliża się kryzys, Czuję to. Postanawiam zjeść czekoladkę. Niepotrzebnie przy tym przechodzę do marszu. To mnie gubi na dobre. Nie umiem się poderwać, czuję jak mnie ogarnia beznadzieja i poczucie straty. Walczę z sobą i ruszam. Jest mi potwornie gorąco, coś z brzuchem jest nie tak. Za dużo wody? Może za mało? Nie wiem, nie wiem. Totalny brak mobilizacji - widzę, że inni też maszerują. Może się wysikam i to pomoże. Dobra, sikam. Nic mi to nie pomogło. Szarpię się - biegnę i maszeruję na zmianę. W końcu przebiega przeze mnie grupa na 4:00. Dołączam. Biegnę z nimi - jest lepiej. Staram się znów złapać ten rytm, ale na 31 km znów ich gubię. Nie daję rady. Chce mi się prosić ich, aby parę sekund zwolnili, żeby mnie nie zostawiali. Ogarnia mnie rozpacz. Nie wiem co ze mną nie tak, dlaczego nie daję rady. Nogi mam mocne, tętno też chyba niezbyt wysokie. Tylko ten upał. Rozleniwiający. Chce mi się spać. Ziewam w biegu. Na 32 km mam czas 3:02. Tu prosta kalkulacja - zostało mi 58 minut, aby zmieścić się w 4 godzinach. Co to jest 58 minut na dychę? To nic, Powinnam sobie poradzić, o ile przestanę maszerować. Jest w dół, to biegnę, nawet niezłym tempem, pod górkę też, choć nieco wolniej, ale na szczycie znów idę. Skończył się zapał. Teraz też będzie z górki, przecież nie będę w dół szła, mobilizuję się, biegnę. Dogania mnie Marfackib, zagaja krótką rozmowę. Znów marsz. Nie mogę. Cholera, co jest? Zostaję sama, biegnę. Jeszcze 6 km - teraz już sobie obiecuję, że się nie dam, przebiegnę te pieprzone 6 km bez marszu. Jeszcze 5 km. Nie mogę. Znów idę. Kobieto, nie patrz tak ciągle w asfalt, bo Ci się klatka piersiowa zapada i nie możesz głęboko oddychać, brakuje Ci przez to tlenu i wyglądasz jak jedno wielkie maratońskie nieszczęście. Patrz na wierzchołki drzew! Szukaj w nich gniazd. Dobra, patrzę. Prostuję się i patrzę. Ale wzrok mi znów opada na asfalt. Ale tylko na chwilę, już się zmuszam do podniesienie głowy wyprostowania ramion. Czuję, że to boli, ale jest więcej powietrza. Patrzę na wierzchołki drzew. Łzy napływają mi do oczu. Jest mi siebie strasznie żal. Dlaczego biegnę sama? Dlaczego nikt mnie nie mobilizuje? Nie daję rady, znów wzrok na asfalcie. Marsz. Gdzie jest teraz mój rzeźnicki partner, który jednym słowem potrafi mnie podnieść do pionu? Co mógłby powiedzieć mi w takiej sytuacji? Sama sobie mówię: Biegnij, Basia, biegnij. Zryw. Jakieś skrzyżowanie. To już Toruń. 39 km. Dobra, jestem w Lesie Kabackim na 7 km trasy. Wiem jak mało mi jeszcze zostało. Będę biegła ciągle. Dam radę. Jakieś tory tramwajowe. Punkt odżywczy na 40 km. Staję. Wyję. Wyję na głos z bólu, z żalu, niemocy, samotności, zniechęcenia. Nie boli mnie nic konkretnego, całość mnie boli. I dusza. Przygnębiające poczucie rezygnacji wzięło władzę nade mną. Uczucie, którego już od tygodni, a nawet miesięcy nie czułam. Nie czułam się tak źle, tak zupełnie samotnie. Teraz właśnie potrzebuję, żeby mnie ktoś przytulił, wziął pod swoje skrzydła, odciążył. W tym momencie dobiega do mnie dziewczyna z warkoczem, otacza ramieniem i mówi, że my kobiety musimy się trzymać razem. Odpowiadam, że ja już nie mogę i lekko odpycham wołając: "Leć, leć!" Mój Anioł odbiega, a ja biorę się w garść, z grymasem najcięższego bólu na twarzy wypijam dwa łyki wody i ruszyłam na moje ostatnie dwa kilometry z haczykiem. Droga prowadzi w dół, więc łatwo zbiegam wyprzedzając Mojego Anioła i jeszcze jakiegoś biegacza. Zaczyna się bruk. Uważnie stawiam stopy. Jakaś kapela przygrywa, daje dobry rytm, uwalnia mnie od lenistwa, za chwilę jakiaś kapela jazzowa, wyprzedza mnie biegacz, staram się go gonić, widzę bramę mety, finiszuję. Słyszę, że Wasyl mówi o mnie, o moim ubiegłorocznym Rzeźniku. Medal.

Pytają mnie czy dobrze się czuję. Czuję się nieźle, ale po finiszu ciężko oddycham i muszę odpocząć. Pan wręczający mi medal nakazuje jakiemuś młodszemu zaprowadzić mnie do namiotu medycznego. Ten chwyta mnie pod ramię tak, że prawie niesie. Kładę się na leżankę, ufff... jak dobrze. Mierzą mi tętno, chyba już spada. Ciśnienie jak zwykle 90/60. Mierzą cukier - 129 czegoś tam - pani doktor uważa, że jak na powysiłkowy to raczej poziom wysoki. Tadek rozwiązuje mi but i zdejmuje chipa. Wszyscy są tacy troskliwi, a ja zupełnie nie protestuję. Zwyczajnie i naturalnie przyjmuję wszelkie objawy zainteresowania moją własną osobą. Po tym rozżaleniu jakie kilkanaście minut wcześniej sama nad sobą urządziłam teraz czuję, że mi się to należy. Ale nie chcę za długo zajmować miejsca, chce mi się pić, wstaję. Sebastian daje mi bukiet tulipanów. W kolejce do masażu znów ogarnia mnie senność przerywana rwącym bólem kilku skurczów w dole brzucha. Po masażu czuję się już zupełnie dobrze. Grochówka, pogaduchy ze znajomymi - celebra ich sukcesów, sok pomidorowy, kefir - jakiś dziwny wstręt do piwa mnie ogarnął. Powrót do domu. Wielkie zmęczenie. Wielki maratoński kac - zachowałam się jak debiutantka, nie ma co. Ale to przecież mój pierwszy maraton! W tym w roku...

~~

PS. Nie było tak upalnie jak rok temu, gdy też na tej trasie czołgałam się do mety. Ale przyznaję uczciwie - był to pierwszy gorący dzień. Jeszcze w tym sezonie nie miałam okazji zrobić żadnego treningu przy takiej temperaturze. Organizm się nie nauczył. Zaskoczyłam go i prawdopodobnie stąd te kryzysy.

fot. finisz - Dorota Świderska (www.maratonczyk.pl)

Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora







 Ostatnio zalogowani
smszpyrka
14:40
Admin
14:29
kmajna
14:27
krych26
14:23
Chyży
14:04
Wojciech
13:52
zwojtys
13:46
arco75
13:37
dejwid13
13:28
anielskooki
13:19
Biela
13:12
1223
13:12
Marek2112
13:08
młodyorzech
12:55
ab
12:47
mirekzkk
12:13
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |