2008-07-10
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Środa, godz. 7.00 Pierwszy trening (czytano: 405 razy)

Środa godz. 7.00
[Hotel Slavuticz położony jest na lewym brzegu Dniepru - największej bodajże rzeki Europy. W jej bezpośredniej bliskości. Minęło trochę czasu, zanim przyzwyczaiłem się, że lewobrzeżny w wypadku tej rzeki to znaczy bardziej na wschód, czyli na prawo patrząc w atlasie. Rzeka należy do zlewiska Morza Czarnego więc spływa na południe.
Samą rzeką byłem trochę (tylko troszeczkę) rozczarowany. Z opowiadań słyszałem, że jest ogromna. Może i jest, ale Wisła w Toruniu, czyli w swej najszerszej części wcale nie wypada w porównaniu z Dnieprem mizernie...]
Poranny chłodek, ale słońce już operowało dość wysoko, prawie bezchmurnie.
Po krótkiej rozgrzewce wybiegłem ze swojego hotelu kierując się na najbliższy most przez Dniepr - most Patona. Łagodny podbieg wzdłuż ślimaków drogowych zajął mi jakieś 3 minuty.
Przy wejściu na most przywitały mnie dwie potężne kolumny z sierpem i młotem - pozostałości wcale nie tak odległych czasów - a także patrol policji drogowej. Z uwag Jacka zapamiętałem by nie ruszać się z hotelu bez paszportu dla swojego własnego bezpieczeństwa. Pod bluzą treningową dyndała więc saszetka z dokumentami oraz kilkoma hrywnami. Zapomniałem zrobić dnia poprzedniego zakupy i wybiegłem na głodnego kupując tylko w hotelowym barku małą butelkę wody 0,25 za całe 7 hrywien (straszne zdzierstwo; w sklepie za taką cenę miałem naprawdę porządne piwo); wracając planowałem kupić coś do picia.
MOST PATONA jest jedną z kilku przepraw przez rzekę, ponoć najdłuższy, nieco ponad 1,5 km... Szeroki. Po trzy, czy cztery pasy ruchu w każdą stronę. Ścieżki piesze po obu stronach, asfaltowe. Przestrzegając przepisów ruchu drogowego pod czujnym okiem władzy przebiegłem uważnie przez przejścia dla pieszych, minąłem kolumny i już byłem na moście. Poranny ruch był już naprawdę spory, ale świeża bryza znad rzeki skutecznie przewiewała wszystkie uliczne smrody.
Rzut oka przez barierkę - wysoko. Brzeg piaszczysty, rzeka (z wyjątkiem zapór wodnych i potężnego zalewu przed Kijowem) w zasadzie chyba nie regulowana z szerokimi plażami, na których pojawiali sie już pierwsi mieszkańcy miasta. Na rzece kilka pontonów (!!) z wędkarzami. Z mostu wyglądały jak łupinki orzecha.
W 1/3 długości most przecinał południową cześć jednej z wysp na rzece zwaną Wenecjańską. mnóstwo zieleni, wyglądała na niezagospodarowaną, ale z mapy wynika, że w jej północnej części znajduje się kompleks Hydroparku.
Od momentu wyjścia z hotelu znajdowałem się pod czujnym okiem "Matki Ojczyzny", posąg której góruje nad całym Kijowem zwrócony właśnie w stronę lewego brzegu Dniepru. Pomnik Matki Ojczyzny odsłaniał w 1981 r. sam Breżniew. Ma 108 metrów wysokości, waży 530 ton i zbudowany jest z nierdzewnej stali. Naprawdę. Jej postać wraz z uniesionymi rękami z mieczem i tarczą w porannym słońcu skrzyła się bardziej niż kopuły cerkwi pobliskiej Ławry Pieczerskiej. Z każdym krokiem posąg rósł dosłownie w oczach. Pod koniec mostu musiałem zadzierać już wysoko głowę by objąć ją swym wzrokiem.
Pokonanie mostu zajęło mi ok. 10 minut. Biorąc pod uwagę niewielkie tempo biegu (spacerowe) i wybitnie krajoznawczy charakter biegu było to zadowalające tempo. Z mostu zbieg ślimakiem, przejście podziemne i już byłem pod parkiem gdzie znajdowało się Muzeum Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, na szczycie której znalazł się rzeczony pomnik Matki Ojczyzny. No to czas na siłę...
Postanowiłem wbiec na wzgórze i z bliska spojrzeć na posąg. Wybrałem wersję łagodniejszą czyli podbieg asfaltową drogą dla samochodów, która prowadziła gdzieś do połowy wzgórza oplatając je swoją wstążką. (wersja ekstremalna - schody prowadzące chyba bezpośrednio na wzgórze; nie sprawdzałem). Ścieżka niemal pusta, kilka spacerujących osób i o dziwo brak psów (no może nie całkowity, ale czułem się naprawdę pewniej w porównaniu ze Lwowem). Droga zakończyła się placem, z którego odchodziło kilka dróżek; jedna z nich prowadziła chyba w kierunku Ławry (sprawdzę następnym razem). Przede mną zostały tylko szerokie schody (kilkadziesiąt) na wzgórze. Przeskakując po dwa stopnie wykonałem ostatni etap treningu siłowego i stanąłem na placu. Pomnik był już tuż tuż, ale jeszcze trzeba było przebiec pod betonową bramą stylizowaną chyba na zapory przeciwczołgowe lub rozbite bunkry, wzdłuż których w ekspresyjnych pozach prężyły się dziesiątki nadludzkiej wielkości postaci żołnierzy - gierojów. Naprawdę robi wrażenie. Polecam każdemu.
Minąwszy bramę w końcu dobiegłem na plac przed Muzeum znajdujące się w nasypie pod pomnikiem. Plac duży, postać przeogromna, błyszcząca, bez zauważalnych śladów rdzy czy nawet śniedzi. Bezpośredni dostęp do niej niestety zabroniony, obiec też się nie da, bo z tyłu znajduje się zamknięte zaplecze muzeum. Na placu jeszcze dwa czołgi T-34 (takie jak Rudy 102) zwrócone do siebie lufami, pomalowane kolorowo, ale nie wiem przez kogo. Wyglądało to na graffiti, ale pewności nie miałem.
W chwili gdy ja wbiegałem przez bramę, z drogiej strony po schodkach wbiegła jeszcze dziewczyna, amatorka porannych biegów po mieście ze słuchawkami w uszach. Nie przejęła się, nie machnęła ręką, olała i pobiegła dalej... Zrobiłem kółeczko po placu i powrót.
Zbieg po schodach potem szosą i już byłem na dole szukając przejścia podziemnego by rzucić się z powrotem drugą stroną mostu. Chwilę to trwało, było już coraz cieplej, a ja powoli odczuwałem efekty odwodnienia. Niestety wszystkie punkty sprzedaży w pobliżu jeszcze zamknięte, pamiętałem jednak, że po mojej stronie Dniepru był kiosk z gazetami, duperelami i napojami i miałem nadzieję tam dotrzeć. Puściłem się mostem. W połowie długości spotkałem innego biegacza. Mężczyzna, ok. 50 lat, krótkie spodenki, biała krótka koszulka, uśmiech na twarzy i przyjazne machnięcie ręką. W końcu normalnie. Most się skończył, po drugiej stronie policja jeszcze stała więc grzecznie szukając przejść dla pieszych pokonałem ostatnie zjazdy z mostu (ślimaki) i puściłem się pędem do kiosku by kupić wodę... a tu karteczka: "Chwilowo zamknięte". Z rozpaczą w oczach wbiegłem w osiedle szukając sklepów spożywczych, ale nic nie znalazłem. Przejściem podziemnym wróciłem na swoją stronę szosy i skierowałem się w stronę hotelu. Tam jeszcze krótkie przebieżki w poszukiwaniu sklepów. Były, jasne że były, ale otwarte dopiero od 10.00. Zrezygnowany wróciłem do Hotelu kupując kolejną małą butelkę wody za 7 hrywien.
Czas treningu 1 godz. 5min.
Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicyDodaj komentarz do wpisu |