2008-06-03
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Biegiem przez Lwów (czytano: 709 razy)

Swego czasu rzuciłem na forum pytanie o możliwość swobodnego biegu po Lwowie, do którego za kilka tygodni się wybierałem. Interesowały mnie ciekawe trasy biegowe i ogólne warunki obiektywne i subiektywne. Niestety odzew na tak zadane pytanie okazał się minimalny, zapewne z braku doświadczeń własnych innych biegaczy, którzy nie mieli okazji i przyjemności biegania u naszych wschodnich sąsiadów, po mieście jakże bliskim sporej jeszcze grupie naszego społeczeństwa. W końcu pobiegłem sam. Ale od początku.
We Lwowie zameldowałem się rankiem 26 maja po całonocnej podróży autobusem i kilkugodzinnym postoju na granicy UE. I od razu zderzenie cywilizacyjne. Dworzec Stryjski – miejsce gdzie we Lwowie zatrzymują się wszystkie dalekobieżne międzynarodowe autokary. Niezbyt duży, zdecydowanie zaniedbany (jak się później okazało nie tylko on), obstawiony dość nachalnymi taksówkarzami i bliżej nieokreślonymi pośrednikami oferującymi rozmaite usługi z noclegiem włącznie, oraz po raz pierwszy – psy. Na szczęście wcześniej dość dokładnie przestudiowałem mapę miasta i kilka portali internetowych, więc byłem nieźle zorientowany - jak na pierwszy raz - w topografii i mądrzejszy o kilka cennych rad udzielonych przez osoby tu bywałe.
Zadaniem głównym było dostanie się z podmiejskiego dworca na południu (dworzec znajduje się na skraju miasta w miejscu, którego nie uwzględniają polskie mapy dostępne do kupienia w kraju) na prawie drugi koniec miasta. Z marszu wraz z kolegą złapaliśmy marszrutkę (niewielki, prywatny? autobus krążący na wytyczonych trasach; we Lwowie zastępują autobusy i nieliczne trolejbusy i tramwaje; generalnie główny środek transportu mieszkańców miasta) do centrum, a stamtąd przesiedliśmy się do tramwaju linii 7, który wywiózł nas pod nasz hotel Nton zlokalizowany w północno-wschodniej robotniczej dzielnicy przy jednym z głównych traktów – ulicy Szewczenki (na mapach polskich też go nie ma). Dzień upłynął nam na załatwianiu własnych spraw z celem pobytu, wstępnym zwiedzaniu, próbowaniu lokalnego piwa (najsmaczniejsze białe pszeniczne, niepasteryzowane) oraz obmyślaniu trasy.
Za namową znajomego, po południu postanowiliśmy wrócić pieszo z centrum do naszego hotelu, no i miałem już nad czym myśleć. Wspinając się ulicą Szewczenki w kierunku hotelu pod górę, przypomniałem sobie co nieco o Lwowie, a przede wszystkim, że jest to miasto na siedmiu wzgórzach; naprawdę dość sporych. Jak się okazało większość obmyślonej przeze mnie trasy miała biec pod górkę lub z górki. Około 4-kilometrowy marsz w skwarze (były to pierwsze dni upałów w Polsce, ale i we Lwowie również) - z czego jakieś 3 kilometry to było właśnie wzniesienie, po którym biegła ulica Szewczenki - trochę mnie zmartwił, tym bardziej, że rzeczona ulica okazała się potwornie tłoczną. Dwa pasy jezdni rozdzielone torowiskiem tramwaju linii 7 tak naprawdę zamieniły się w ulicę czteropasmową. Samochody nic nie robiły sobie z - wydawać by się mogło - pojazdów uprzywilejowanych jakim są tramwaje. I te, podobnie jak i pozostałe Łady, Ziły, BMW, Daewoo i Bóg wie jeszcze jakie inne wielokrotnie składane i remontowane wehikuły kolektywnie musiały stać w jednym wielkim korku. Smog, hałas i upierdliwe klaksony nad wyraz często używane przez autochtonów. Martwiła też nawierzchnia chodnika. W centrum kostka brukowa, na Szewczenki płyty chodnikowe lub ślady po nich przypominające raczej prace odkrywkowe archeologów niż trakt pieszy. No i psy. Po pierwszym z nimi spotkaniu na Stryjskim, kolejne stado spotkałem w okolicach cmentarza Świętojańskiego (szczyt wzgórza na ul. Szewczenki, która wcześniej nazywała się zresztą Świętojańską ze względu właśnie na cmentarz). Krzywdy nie robiły, było raczej leniwe, co najwyżej podchodziły do ludzi i obwąchiwały. Po myślałem sobie – „nu ładna” - i poszedłem dalej.
W hotelu ponownie siadłem do zakupionej już tu na miejscu mapy całego w końcu miasta by zweryfikować trasę – ale się nie dało. Ulica Szewczenki była jedyną prowadzącą do centrum z tego miejsca. Wyboru nie było. Czas było odespać podróż i lwowskie piwo.
data: 27-05-2008, godz. 7:00
miejsce: Lwów, Hotel Nton; szer.geogr. 49°51'16.36"N, dł. geogr. 23°59'4.18"E
Wstałem nieco przed 7 rano, lekkie rozciąganie, spodenki, buty, bluza, czapka na głowę i jazda. Wyszedłem z hotelu – zimno – chyba poniżej 10 stopni, ale słoneczko, rześko. Ulice prawie puste, ani śladu po wczorajszym korku, pomyślałem - „będzie dobrze” – i puściłem się lekkim truchtem na drugą stronę ulicy. Jak się puściłem, tak natychmiast wróciłem. Zaraz po postawieniu nogi na chodniku podskoczyły do mnie trzy psy (z nieznanej do tej pory sfory) rezydujące przy hotelu za siatką w pobliżu torowiska kolejowego. Niby siatka chroniła, ale jak się później przyjrzałem, 20 metrów dalej była niezamykająca się furtka. Bezpiecznie wróciłem więc na swoją stronę ulicy i nie ryzykując już bliższego spotkania powoli i ostrożnie pobiegłem do pętli tramwajowej skąd rozpoczynałem bieg ulicą Szewczenki.
ULICA SZEWCZENKI: pierwszy kilometr to podbieg do szczytu wzgórza z cmentarzem Świętojańskim. Chodnik szerokości ok. 2,5 m. wyłożony w większości płytkami (z wyjątkiem miejsc gdzie tych płytek nie było), niekiedy ślady asfaltu. Budynki i rosnące wzdłuż ulicy drzewa dawały przyjemny cień. Ludzi niewiele, kilka staruszek, które pieczołowicie zamiatały niesamowicie zakurzone fragmenty chodnika, zbierając brudy dnia poprzedniego. Niestety nic sobie nie robiły z przechodniów. Zamiast smogu z samego rana zafundowano mi burzę piaskową. Tuż przed cmentarzem znana już z dnia wczorajszego sfora. Około 10 psów rozstawionych po pięć z każdej strony ulicy. Minąć się nie dało. Zwolniłem, przeszedłem w marsz. Popatrzyły i zignorowały. Okolica samego cmentarza świeżo wybrukowana betonową kostką. Zadbana, świeżo zamieciona (tu kobitki pucowały chyba wcześniej), nieco więcej ludzi skupionych wokół przystanku tramwajowego oraz staruszki rozstawiające swoje tekturowe stanowiska z kwiatami i drobiazgami na cmentarz. Już tylko kilkanaście metrów do szczytu wzgórza i około dwukilometrowy zbieg. Nawierzchnia już niestety zdecydowanie gorsza. Trzeba było uważać by nie skręcić nogi. Oczywiście następne zamiatające babcie, trochę więcej ludzi. Ulicą Szewczenki zbiegłem niemal do samego centrum. W okolicy kościoła Św. Anny przebiegłem na drugą stronę ulicy by następnie skręcić w krótką ulicę Ogienka.
CENTRUM: rzeczona ulica prowadzi prosto do urokliwego niewielkiego parku Iwana Franki położonego naprzeciw Uniwersytetu Lwowskiego. Bardzo przyjemne miejsce z wytyczonymi żwirowymi i asfaltowymi alejkami. W centralnym miejscu parku murowana altana w kształcie rotundy. Okolica niestety nosiła ślady ciężkich walk wręcz prowadzonych dnia poprzedniego przez niezmordowane ochotnicze oddziały współczesnych młodocianych „tryzubów” lwowskich. Wszędzie wkoło walały się butelki i puszki po piwie oraz sterty innych śmieci. Szkoda. Z parku I. Franki ulicą Słowackiego, wzdłuż budynku poczty głównej na cichą i spokojną ulicę Stefanyka. Na jej końcu wśród drzew mieści się Biblioteka Ukraińskiej Akademii Nauk im. Stefanyka – dawne polskie Ossolineum po wojnie ewakuowane w znacznej części do Wrocławia. Tuż za Biblioteką skręt w lewo w ulicę Czajkowskiego, która prowadzi bezpośrednio do centrum miasta. (Dla uważnych zwiedzających, a biegacze niestety do nich nie należą. Można na elewacjach domów na tej ulicy znaleźć kilka pozostałości przedwojennych reklam polskich wychodzących spod współczesnej farby). Czajkowskiego kończy się na Prospekcie Szewczenki (nie mylić z ulicą Szewczenki). Tu znów skręt w lewo i po kilkudziesięciu metrach znalazłem się przed jednym z najsłynniejszych hoteli lwowskich – Hotelem George (Żorż) z widokiem na wspaniały pomnik Adama Mickiewicza na placu nazwanym imieniem wieszcza. Tu też zaczynał się (lub kończył) główny trakt centrum – Prospekt Swobody, na końcu którego stoi Teatr Narodowy.
POWRÓT: Przebiegłszy cały trakt szykowałem się do powrotu. Skręciłem więc ponownie w lewo w bulwar Grodzka, na końcu którego stał mijany już przeze mnie kościół Św. Anny. Tu też zaczynała się ulica Szewczenki i podbieg - tym razem 2 kilometry podbiegu i ok. 1 kilometr zbiegu. Niestety zaczął się już poranny ruch uliczny, a i na chodniku zrobiło się tłoczno. Wystarczyła zaledwie 20 minutowa pętla po centrum, by spokojna wcześniej ulica Szewczenki zmieniła się ryczący silnikami wąż pojazdów. Znany z dnia poprzedniego dnia smog, kurz z zamiatanego chodnika (babcie jeszcze nie skończyły pucować), oraz wymagający podbieg dały się mocno we znaki. W hotelu zameldowałem się zlany potem i lekko podduszony. Kumpel jeszcze spał więc skorzystałem z okazji i wskoczyłem pod prysznic..
I tu jeszcze uwaga na temat wody we Lwowie. Generalnie podobno jest to ogromy problem. Są całe dzielnice, które mają wodę tylko rano i wieczorem. Niekoniecznie ciepłą. Przez Lwów nie płynie żadna rzeka. W jego najbliższym otoczeniu nie ma też żadnych większych zbiorników i cieków. Doprawdy nie wiem, skąd to miasto czerpie wodę. Ja w hotelu na szczęście miałem jej bez ograniczeń, w czystej i przestronnej łazience. Ale nie jest to regułą.
Bieg trwał ok. 55 minut, wg Google Earth pokonałem trasę ok. 8,5 km (wcześniej podana długość okazała się źle wymierzona i przesadzona), niestety nie mam informacji o przewyższeniach. W samym centrum było płasko. Trasę pokonałem jeszcze raz dwa dni później. Wybiegłem jednak pół godziny wcześniej. Co prawda udało mi się prawie uniknąć smrodu samochodów przy powrocie, ale na samej ulicy było znacznie mnie ludzi, za to psy były bardziej aktywne i z braku innych dwunogów zainteresowane samotnie biegnącym gościem. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze. Należy dobrze skalkulować co kto bardziej lubi – kontakt z psami czy smog. Ja nie lubię ani jednego ani drugiego.
PODSUMOWANIE. Bieg oczywiście zaliczyłem i jestem z tego zadowolony. Trasę i opisane miejsca możecie zobaczyć zresztą na zamieszczonych zdjęciach. Natomiast sama trasa, nie była zbyt szczęśliwą i wymarzoną. Zdeterminowana została jednak lokalizacją hotelu. Pod koniec swojego pobytu we Lwowie zawitałem we wschodnich dzielnicach miasta, a przede wszystkim na Łyczakowie. Nie przy cmentarzu, ale wyżej - w okolicach „mądralina” – dzielnicy akademickiej i wyżej w skansenie. Skansen zresztą leży na skraju parku krajobrazowego, który ciągnie się na północ od ścisłego centrum niemalże do wzgórza zamkowego. Z tego co widziałem przez park prowadzi szeroka asfaltowa aleja wzdłuż sporych drzew. Nie brakuje oczywiście górek. Szczerze mówiąc, dla mnie byłoby to wymarzone miejsce do biegania, ale bardzo ustronne. W normalnych warunkach poczytywałbym sobie na plus, biorąc jednak pod uwagę naprawdę sporą liczbę bezpańskich psów…
Może ktoś sprawdzi?
PS.
W lipcu jadę do Kijowa. Tam też zamierzam biegać.
Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicyDodaj komentarz do wpisu |