2010-06-15
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Korycin (czytano: 70 razy)

to były ledwie dwa dni a kiedy wchodziłam do domu w niedzielę wieczorem czułam się prawie jak po tygodniu wakacji.
Wyjechaliśmy wcześnie rano, droga zleciała jak z przysłowiowego bicza strzelił. To w całości zasługa przemiłego A. Dobrały się dwie gaduły i buzie nie zamykały się nam prawie przez cały wyjazd.
To był wyjazd na półmaraton, ale połączony ze zwiedzaniem okolicy. A. przygotował się jak prawdziwy przewodnik :)
Widziałam Tyczyn, zwiedzaliśmy barokowy kościół i synagogę, dowiedziałam się co to mezuza, byliśmy w Kiermuzach, potem jeszcze zwiedzanie okolicznych fortyfikacji z początku XX wieku...Program jak na kilka dni :)
Podlasie jest przepiękne. Lekko pofałdowany teren, wiosna w pełnym rozkwicie, pola chabrów, kameralne, zadbane wioski...
W niedzielę przed startem złapała mnie trema. Zdałam sobie sprawę, że prócz polskich biegaczy jest też mocna grupa z zagranicy. Półmaraton w Korycinie miał być dla mnie po prostu długim wybieganiem przed Visegradem, ale pomyślałam, ze nie chcę przybiec ostatnia. Siądzie mi "psyche" i będzie po sprawie...
Start..poszło. Powoli, tylko powoli... Przecież wiem, że jest dużo podbiegów...
Na piątym km uspokoił się krok, serce i ...żołądek ;)
Mocne słońce przysłaniały chmury a wiatr chłodził ciało.
Łypnęłam do tyłu- dobra nasza jakieś 10 osób, nie będę na końcu. Powolutku...Podbiegi jak na Agrykoli, zbiegi tak, żeby wypocząć... równym rytmem, cały czas.
na punktach woda na głowę i kark, i dwa łyki.
Rundka wokół rynku Janowca i powrót. Koło 16km usłyszałam " już jest blisko, złapiesz ją.." Nie tak łatwo było powstrzymać się na wodzy, żeby nie przyspieszać. Minął mnie trener z podopiecznym. Ale tylko na chwilkę- powolutku, po 10 cm odrobiłam dystans na podbiegu i dalej poszło z górki. Nawet dosłownie :) meta była po długim zbiegu. Mało się nie rozkleiłam, czułam już dobrze przebiegnięte kilometry...
Na końcówce dobiegł mnie znajomy głos "dawaj, dawaj- do 2 godzin jeszcze ze 3 minuty" Tym razem to była motywacja dla mnie ;) Oddech i sprint do mety...
Potem już tylko ogromna radość :))) Stanowczo to nie było "długie wybieganie" :))) Bieganie rekreacyjne na zawodach po prostu jakoś mi nie wychodzi ;)
Potem rozmowy, dyplom i róża od burmistrza...
Potem jeszcze wycieczka do pani Ali o której życiu można by książkę napisać. Ugościła nas serdecznie i ciepło, po chwili czułam się jak w gościnie u babci...
W powrotnej drodze dopadło mnie zmęczenie i błogi półsen...
Wiem na pewno. Niezwykłe towarzystwo, atmosfera, wymagająca trasa, przepiękna okolica sprawiła, że Korycin będzie corocznym, stałym punktem w miom kalendarzu biegowym. Wyczekiwanym i wspominanym z radością :)Już od dziś :)
Autor zablokował możliwość komentowania swojego Bloga |