2007-04-23
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Maraton okiełznany :-))) (czytano: 140 razy)

Przyznam się, że obawiałem sie startu we wczorajszym XXV Maratonie Wrocław juz od paru dni, raz że nie udawało mi się w pełni realizować planu treningowego, a dwa to kiepskie samopoczucie w ostatnich dniach i przeziebienie, które zreszta czuję cały czas. Nie było jednak Ľle, wstałem około 5.20 żeby wszystko spakować do wyjazdu, bo wcze¶niej oczywi¶cie nie znalazłem na to czasu :-), wsunęlismy z Fenixem ¶niadanko i przed siódm± rano wyruszyli¶my na Wrocek. Po rozgrzewce i wchłonieciu przedstartowych odrzywek (baton energy bar popity izo) zaczołem się miotać z pasem na odrzywki, który prawie przed samym startem postanowiłem zostawić w biurze maratonu, bo doszedłem do wniosku, że będzie mi tylko przeszkadzał. Dwa Carbo żele i dwa batony energy bar postanowiłem holować w ręku. Przez to zamieszanie z pasem na starcie stanęli¶my niemal w ostatniej chwili, jakie¶ 2 minuty przed strzałem startera. Spiker mówił co¶ o legendatnym NRD-owskim biegaczu Waldemarze Cierpińskim - dwukrotnym złotym medali¶cie olimpijskim w maratonie, który o ile dobrze usłyszałem pełnił rolę startera. Po wystrzale ruszyli¶my z Fenixem bardzo spokojnie może wręcz za spokojnie jak na planowane tępo, pierwszy kilometr wyszedł w 5'30", przyspieszyli¶my więc lekko i nastepne kilometry były już po około 5'/km. Pamiętaj±c o błędach popełnionych w Poznaniu - nie harcowałem staraj±c się biec równym tempem z tyłu grupy biegn±cej na 3:30 i tak było mniej więcej do półmetka, od tego momentu utrzymanie grupy zaczęło powodować wzrost tętna, cos mi podpowiadało, że do mety nie dasz stary rady na takich obrotach kręcić przez 20 kilosów, zwolniłem więc lekko do około 5'15"/km. Dzięki rozs±dkowi który pierwszy raz u mnie przeważył, dobiegłem do mety bez żadnego poważniejszego kryzysu, stać mnie było nawet na lekkie przyspieszenie na ostatnich kilku kilometrach oraz na kilkusetmetrowy finisz pobiegnięty na maxa :-)
Wynik końcowy nie jest żadn± rewelacj± 3:35:15 brutto i 3:35:01 netto, nie połamałem więc nawet 3:30, ale bardzo mnie cieszy, że wytrzymałem cały dystans bez, jak to mawia Jurek Skarżyński, "karnej rundy" czyli przymusowego marszu przeplatanego truchtem na ostatnich kilometrach. Dzięki temu mam poczucie, że zaczynam po mału kiełznać ten dystans i nie jest on dla mnie już taki straszny jak po rundach karnych w dwóch pierwszych startach tj. latem ubiegłego roku w Gdyni i jesienia w Poznaniu. Jest jeszcze wiele do zrobienia w kwestii taktyki biegu, bo jak by nie było druga połówka woniejsza od pierwszej prawie o pięć minut, poza tym mam jeszcze problemy na punktach odrzywczych - biegn±c w dużej grupie praktycznie nie można liczyc na sprawna obsługę. Ogólnie jest jednak postęp - zdecydowanie mniej popełnionych błędów na trasie, jest więc z czego się cieszyć :-)))
Fotka obok to moment przebiegania przez rynek zaraz po połówce maratonu.
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora |