Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

 

  WIZYTÓWKA  GALERIA [30]  PRZYJAC. [148]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
MEL.
Pamiętnik internetowy
Życie na krawędzi... pięciolinii

Basia Muzyka
Urodzony: 1970-12-03
Miejsce zamieszkania: Warszawa
151 / 192


2008-03-30

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
3. Półmaraton Warszawski (czytano: 603 razy)

 

Znów to samo. Budzę się o godz. 4 (wg starego czasu o godz. 3). I to wcale nie jest jakiś stres przedstartowy, tylko zwyczajny efekt nadmiernego nawadniania sie przed zawodami. Gdy już wstanę się wysikać, to potem nie zasnę. Może jakimś rozwiązaniem byłoby zakładanie jednorazowej pieluchy, ale nie zamierzam tego testować. Leżę. Przynajmniej do godz. 7 sobie leżę. Potem zwykłe czynności przedbiegowe - toaleta, śniadanie, ubieranie, przypinanie agrafkami numeru startowego, zaparzanie herbaty do termosu, pakowanie. Gdy idę, czuję, ze boli mnie prawe kolano i w ogóle chyba jakieś zakwasy mam po wczorajszych przebieżkach. Nic to, rozrusza się. Na miejsce dochodzimy z Marzenką i Michałem kilkanaście minut przed startem. Mam czas na to, żeby się rozebrać, stanąć w długaśnej kolejce do toi-toiki (przy okazji pogadać z zuczkiem) i zrobić symboliczne rozciąganie. Na rozgrzewkę nie ma czasu - już wystrzał startu. Ja gdzieś z tyłu. OK. Nie mam żadnych celów, założeń. Jeszcze przed Świętami byłam w dobrej formie i liczyłam na wynik w granicach 1:50-1:55, ale po chorobie niczego nie jestem pewna, dlatego chcę biec wyłącznie dla przyjemności. Zaczynam w gęstym tłumie bardzo wolno. Pierwszy kilometr 5:50 - o rany! Po chwili robi się trochę luźniej, mogę delikatnie przyspieszyć, przynajmniej na tyle, żeby nie marznąć. Słońce mocno świeci. Dobrze, że mam okulary przeciwsłoneczne. Fajnie w tym tłumie, co chwila ktoś znajomy, pozdrawiamy się, krótkie pogaduchy. Ani się spodzieję, a już bramka na 5 km. Szybko to poszło, tempo mi wzrosło do 5:20, luz totalny, tak się czaję z ta prędkością, jakbym miała zamiar przebiec maraton. Nie wzrusza mnie nawet to, że mija mnie zuczek, choć wiem, że startowała z samego końca i teraz leci jak lokomotywa. Może gdyby biegła wolniej, to dołączyłabym do niej, ale tak szybko, to mi się nie chce. W końcu dobiegamy do Mostu Gdańskiego, przed którym dostrzegam przed sobą 3 biegnące panie i mały podbieg. No to ja tym paniom pokażę, jak się podbiega. Pod górę ruszam żwawiej, wyprzedzam je na luziku. Tempo mi odpowiada, a widzę, że ze mną ten manewr wykonał biegacz z butelką. Co prawda nie lubię jak mi coś chlupocze podczas biegu, ale przyklejam się facetowi do ramienia i teraz suniemy już razem. Tak, już za mną jakieś 8-9 kilometrów, więc warto zacząć wyciągać nogi do przodu, bo niewiele zostało. I tak mijamy Most Gdański, potem Wybrzeże Szczecińskie, Most Świętokrzyski, ulicę Dobrą, Ludną i wkraczamy na ulicę Rozbrat. A tam trochę mi Marek (imię sprawdziłam po numerze startowym) zaczyna z kolegą Piotrem w żółtej koszulce odjeżdżać. Jeszcze staram się trochę za nimi trzymać, ale na Myśliwieckiej przy zamieszaniu na punkcie odżywczym tracę ich z oczu. Ta mała porcja napoju (jakże potrzebna) jednak na chwilę wybija mnie z rytmu i dopiero przy mijance na Solcu odzyskuję parę i lecę fantastycznie. Czuję się wyśmienicie, bo cały czas wyprzedzam. Patrzę z zachwytem na mój cień na asfalcie i czuję się jak dobrze naoliwiona maszyna, która ma tylko jedno zadanie - poruszać się do przodu. Asfalt wydaje mi się idealną nawierzchnią, zupełnie mnie nie męczy, jest taki gładki. Chłodny wietrzyk owiewa mi czoło i szyję, a słońce delikatnie przygrzewa w plecy - mam czarną koszulkę, więc czuję się, jakbym miała na sobie baterie słoneczne, które pchają mnie wciąż do przodu prawie zupełnie bez zaangażowania z mojej strony, ja tylko przebieram nogami...
W pewnym momencie mijając dwu biegaczy słyszę ich rozmowę: "Który to kilometr?" - pyta pierwszy. "Nie wiem" - rezolutnie odpowiada drugi. "Siedemnasty" - podpowiadam. "Który???" - pyta ponownie ten pierwszy. "Właśnie minęliśmy SIE-DEM-NA-STY" - tym razem pełnym zdaniem odpowiadam. Słyszę własny głos i pojmuję sens swoich własnych słów. Jejku, już tak blisko do mety a ja nie mam zadyszki, to chyba trzeba w końcu przyspieszyć, powalczyć. Ale teraz właśnie widzę leżącego na asfalcie biegacza, który wygląda, jakby spał. Obok kręcą się jacyś wolontariusze. No to nie przyspieszam. Przecież biegnę całkiem dobrze, wciąż wyprzedzam, nie mam zamiaru "lecieć w trupa" i jak trup skończyć, jest tak przyjemnie! I jakiś kibic dzwoni dzwonkiem. A tymczasem nowa atrakcja - tunel. Zdejmuję okulary, robi się chłodniej, słychać okrzyki, potem śpiewający chór. Obok mnie para dzieciaków na rowerach. O mało nie doszło między nimi do kolizji. Strasznie mnie to przestraszyło, bo moje dzieci w podobnym wieku. Trochę przez to gubię rytm, zresztą zaraz podbieg - trochę zwalniam, ale staram się wykorzystać nowo nabytą umiejętność pokonywania górki drobnym kroczkiem z lekko rozstawionymi stopami. Jest dobrze, bo nawet tu kogoś wyprzedzam. Tuż przed szczytem wydłużam krok i mocniej odbijam się do nawierzchni. To już 20 km, zaczynam grzać do mety. Wiem ile mi zostało, przecież parę dni temu robiłam kilometrówki. Staram się trzymać tempo, ale jest problem - robi się ciasno, a ja wciąż muszę wyprzedzać. Przeciskam się między biegaczami, słyszę doping znajomych. Chce mi się krzyczeć do ludzi "przyspieszcie, do mety tylko 2 minuty", ale już dyszę ciężko i wciąż wypatruję którędy kogo wyprzedzić. Ostatni zakręt, widzę bramę i daję na maksa, walczę o swoją pozycję, wciąż jeszcze wyprzedzam. Jestem na mecie. Medal, napoje, folia. Zapominam wyłączyć stoper, robię to dopiero po chwili, ale i tak widzę, że złamałam 1:50, czyli jest nowa życiówka. pogaduchy ze znajomymi, długo stoję w kolejce na masaż, wracam do domu, tam sprawdzam - mam 1:49:36. Jestem strasznie szczęśliwa. Już nawet nie tym nowym rekordem, co wspaniałym biegiem, który udało mi się rozegrać jako książkowy BNP, radość z mijania kolejnych osób (między 5 km a metą wyprzedziłam 351 startujących) wypełniała mnie po brzegi, czułam się bardzo przyjemnie, bez żadnego kryzysu. Dziwi mnie to tym bardziej, że ostatni rekord na tym dystansie udało mi się ustanowić przy wadze o 5-6 kg mniejszej niż obecnie i podczas ciężkich treningów dedykowanych pod maraton, a teraz robię wyłącznie długie wybiegania i trochę nieforsownych podbiegów. Niech żyje siła i wytrzymałość!

~~

PS. Wieczorem jeszcze na moment nachodzi mnie myśl, że może gdybym od razu nastawiła się na dobry wynik, na walkę o życiówkę i zaczęłabym szybciej, to być może udałoby się urwać tę minutę, półtorej, może nawet dwie z wyniku, ale z pewnością niezależnie od tego, jak on by był jeśli miałabym na trasie kryzysy, choćby minimalne, to wyrzucałabym sobie, że za szybko zaczęłam i gdybałabym nad tym, co by było, gdyby na początku biec wolniej. Nawet w przypadku życiówki o wiele lepszej, nie byłoby takiego szczęścia, jakie czuję teraz i dobrych perspektyw na następne biegi.

fot. Doris (www.maratonczyk.pl)

Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora







 Ostatnio zalogowani
maraton56
18:04
TomekSz
17:59
kmajna
17:57
edgar24
17:52
ozzy
17:40
Krzysiek_biega
17:20
Wojciech
16:58
inka
16:48
uro69
16:35
anielskooki
16:33
dejwid13
15:57
Januszz
15:43
Dawid_B
15:36
bogaw
14:51
jaro109
14:30
biegacz54
14:25
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |