2008-03-16
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Spontaniczne Kabackie Ściganie - Dyszymy i DwuDyszymy (czytano: 331 razy)

Miewam znów kłopoty ze spaniem, więc wieczorem wygrzebuję gdzieś ze starych zapasów tabletkę melatoniny, bo tę noc chcę przespać w całości - należy mi się po Falenicy przed Kabacką DwuDychą.
O godz. 2 budzi mnie Maurycy - cały w gorączce pakuje się do mojego łóżka. Wstaję, daję mu sok, mierzę temperaturę. Kładę sie obok, widzę, że męczy się strasznie, sen jest przerywany, niespokojny. Z mojego spania już nici. Zastanawiam się, co zrobię rano, bo przecież obiecywałam zawodnikom, że postawię przy starcie auto jako szatnię. Czy zostawić Mau'ego na chwilę i jechać na miejsce wszystkim zarządzić, czy jednak do rana będzie się czuł lepiej i uda mi się pobiec? Przed godz. 7 jeszcze udaje mi się chwilke zdrzemnąć, ale jednak wstaję bardzo wcześnie, bo niepokoi mnie stan Maurycego, który zaczyna majaczyć. Daję mu czopek z paracetamolem i wiem, że dzięki temu będzie mógł spać spokojnie. Ja tymczasem szykuję się do wyjścia.
W lesie jestem kilka minut przed startem pierwszych zawodników, wieszam zegar. Okazuje się, że będzie to trójka zawodniczek, ruszają o godz. 8.30. Pojawiają się bracia Michał i Paweł, z których jeden zajmie się wypuszczaniem zawodników, a drugi będzie robił dokumentację fotograficzną. Trochę kręcę się jeszcze z aparatem przy starcie, w końcu sama przebieram się do biegu. Ruszam z grupą na 1:52, choć właściwie miałam ochotę spróbować 1:50. Ze mną jest Marzena, scarabeus, Konsul, Ojla nie zdążyła dołączyć po swojej rozgrzewce, więc wystartuje trochę później, po chwili dołącza do nas jeszcze Michał. Po dwóch kilometrach mała przerwa techniczna, bo rozwiązał mi się but - szkoda, bo lubię wpadać w ten swoisty trans równego tempa, ale po chwili doganiam moją grupkę, która i tak po chwili zaczyna się rozdzielać: Marzena robi tempówki, Konsul i Michał grzeją z nią, mnie i scarabeusa dogania już jakaś kolejna grupa, chyba na 1:50 i tak lecimy sobie w tej dość zwartej grupce do naszego półmetka. Bardzo miłe jest mijanie po drodze tych, którzy już zaczęli swoją drugą dychę lub ruszyli do biegu 10 km. Trzeba będzie ich gonić. Za mijanką na ławeczce jest zorganizowany spontaniczny punkt regeneracyjny, na którym stoi moja butelka z wodą gazowaną i sokiem. Na szczęście stoi na skraju, więc bez zatrzymania sięgam po nią i ruszam dalej. Jeszcze jakiś czas biegnie mi się całkiem dobrze, ale jestem sama, moja grupka się rozpadła. Zupełnie nie mogę się zorientować w tempie. Mijają mnie już szybsi, dopingują, więc wydaje mi się, że tempo mi spadło i jestem już w niedoczasie. Na 16-tym kilometrze mam w związku z tym kryzys, muszę na parę metrów przejść do marszu, bo nie umiem utrzymać tego tempa. Nawet nie mam ochoty skorzystać z butelki, którą przekazałam Benkowi na punkt odżywczy w tym miejscu - a tam pięknie jest, widzę, że koledzy raczą się czekoladkami i zupełnie im nigdzie niespieszno. Ja jednak ruszam, bo nachodzą mnie myśli o tych, którzy mają ubrania zamknięte w moim aucie i nie wypada się tak bardzo spóźnić na metę. Jeszcze kawałek biegnę dobrym tempem, gdy nagle dzwoni mój telefon. W biegu próbuję rozsunąć zamek błyskawiczny w kieszeni, ale coś się blokuje, szarpię się z tym zamkiem, bo jestem pewna, ze to dzieci dzwonią w ważnej potrzebie i muszę ten cholerny telefon szybko odebrać. W końcu staję i krzyczę coś niecenzuralnego. Szczęście mi sprzyja, bo właśnie mijają mnie Konsul i Szycha, więc na spokojnie rozsuwają zamek i uwalniają mój telefon, po czym okazuje się, że to nie dzwoniły dzieci, tylko koleżanka. Z wielką ulgą, ale także i z poczuciem zmarnowania czasu ruszam na swoje ostatni 3 kilometry i staram się przegonić tych, którzy mnie wyprzedzili podczas szarpaniny z ubraniem. W końcu dociera do mnie, że nie jestem na metę jeszcze spóźniona, że mogę jeszcze zdążyć. Ostatnie 2 kilometry biegnę bardzo przyzwoicie i metę osiągam w czasie 1:51:12.
Na miejscu rozdanie medali, wspólne fotki, a ja cały czas w mokrym ubraniu, strasznie spragniona. Gdy towarzystwo już się rozeszło na dobre mogę się w końcu przebrać w suche, ciepłe ciuszki, napić się słodkiej herbaty, wrócić do domu, zobaczyć co z Maurycym.
Gdy wróciłam Maurycy w dobrej formie, widać, że lekarstwo działa, więc teraz dopiero mogę mu złożyć życzenia z okazji 10 urodzin, wręczyć prezent. Nie trwa to jednak długo, gorączka po paru godzinach wraca.
Wieczorem jeszcze tradycyjna imprezka z Laskami Kabackimi, czyli popołudniówka, podczas której Filip ujawnia swoje talenta kulinarne i okupuje moją kuchnię przyrządzając makaron oblepiony sosem maślanym z grzybami. Dobrze, że ja nie muszę nic szykować, bo jestem zmęczona.
fot. Czarny321 & Cieslaq (www.sps.waw.pl)
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora |