2008-03-15
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Warszawskie Biegi Górskie 5/2008 w Falenicy (czytano: 273 razy)

Do cyklu biegów w Falenicy liczone są trzy najlepsze starty. Ja już mam trzy, z których jeden, ten ostatni, wcale taki najlepszy nie jest, ale od biedy może zostać. Ponieważ niespodziewanie wypadają dzieciom zajęcia na basenie, to okazuje się, że mogę do Falenicy pojechać i zrobić sobie solidny trening siłowy.
Na miejscu mniej osób niż zwykle, pogoda bardzo dobra, nic nie pada, nie jest bardzo zimno, ani też zbyt ciepło.
Ruszamy. Na pierwszym okrążeniu staram się nie zajechać, tak jak to drzewiej bywało. Za mną ciągnie BiBka, więc tylko tak minimalnie staram się utrzymać prowadzenie. Po pierwszym okrążeniu Małgosia krzyczy "17 minut". Rzeczywiście. Gdy ostatnio wyszła mi tu życiówka to na pierwszym miałam 17:30. Czuję, że mam szansę zrobić kolejną życiówkę, byle się tylko nie zajechać na drugim okrążeniu. Wiem, że mam półminutowy margines, więc lekko odpuszczam tempo, tym bardziej, że BiBka się gdzieś straciła i nie naciska. Drugie okrążenie kosztuje mnie 17:46. Kalkuluję, że w tym tempie jestem w stanie zrobić megażyciówkę, bo trzecie kółko musi być najmocniejsze. Ale sił już trochę brakuje. Pod górę ciągnę strasznie ciężko, czuję swój ogromny ciężar, piach na szczycie wydmy upokarza mnie jeszcze bardziej, bo zagrzebuję się w nim potwornie. Chyba musiałam przysnąć, bo w połowie kółka mija mnie z radosnym okrzykiem Darek i jakby na nowo budzi do życia, do biegu, do rywalizacji. Spoglądam na zegarek próbując się połapać, czy mam jeszcze tę szansę na życiówkę czy nie. Jeszcze trzy zbiegi i dwa podbiegi na 5 minut, powinnam zdążyć. Zaczynam walkę. Darka nie ma szans dogonić, ale o swój wynik walczę, o czas. Na metę wpadam z wynikiem 52:35, co jest moim nowym rekordem życiowym na tej trasie, ale ze zdziwieniem obliczam, że jednak mimo szybkiego finiszu było to kółko najwolniejsze i o to mam do siebie niemały żal.
Nie robię już żadnych dodatkowych kilometrów, bo spieszę do domu, żeby trochę posprzątać chatę przed wizytą gości Maurycego, który nazajutrz skończy 10 lat.
Wieczorem po dziecięcej imprezce jedziemy z Anią do lasu wieszać tasiemki i tablice kilometrowe na jutrzejszy bieg. Ciemno, chłodno, mokro, ale w towarzystwie dużo szybciej i przyjemniej leci czas.
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora |