2008-03-08
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Grand Prix Warszawy 3/2008 - list do trenera (czytano: 388 razy)

Pokrótce jak było na trasie dzisiejszego wyścigu:
- Ala daje sygnał do startu, a ja patrzę na zegarek - zanim robię pierwszy krok mija 7 sekund, a potem jeszcze kawałek truchtam, zanim wydobywam się z tłumu, który jest przede mną;
- jakieś 700 m od startu mam już przed sobą luz, bierze mnie Mazurek, na 1,2 km ja biorę zuczka, ale zauważam, że tuż za mną BiBka;
- 2,0 km przeganiamy (już razem z BiBką, która jest obok) ester, ester jeszcze walczy, wybiega przed nas, ale ja równym tempem i tak ją zjadam (razem z BiBką);
- 2,5 km bierzemy Rudą, ale Ruda zaraz odskakuje przed nas;
- 3,5 km dotychczas jechałam z BiBką ramię w ramię, ale puszczam ją przodem, bo nie daję rady w tym tempie jeszcze taki kawał drogi;
- 4,0 km widzę przed sobą jak BiBka bierze Rudą, (są w tej samej kategorii wiekowej, młodszej od mojej);
- 6,0 km dochodzę do Rudej na odległość 5 m, ale mi znów odjeżdża;
- 8,0 walczę z jakąś młodziutką, biorę ją, ona przede mnie, ale zaraz ja znów ją (równym, ale zdecydowanym tempem), jednocześnie dochodzę do Rudej;
- 8,5 km (zakręt) wyprzedzam Rudą i już teraz cały czas czuję jej oddech na plecach, BiBka jest daleko już poza zasięgiem, Mazurka też już nie dojrzę;
- 9,0 km wciąż czuję oddech Rudej, ale chyba się jakoś mobilizuję i jeszcze przyspieszam, oddycham coraz ciężej;
- 9,5 km dołącza szkielet, dyszę przeraźliwie, nic nie słyszę co do mnie mówi, widzę podskakującego z radości jaszczurka (maż Rudej), więc myślę, że Ruda mnie zaraz przegoni, bardzo chcę przyspieszyć, wiem że już czas na superfinisz, mam moc w nogach, ale brakuje mi oddechu, nic nie widzę dookoła i nic nie słyszę poza własnym sapaniem i jękami;
- 9,8 km wyprzedza mnie jakiś wariat tuż przed metą, bardzo chcę walczyć, ale nie daję rady, razem wpadamy na linię, ale jednak on trochę przede mną;
- w leju nie mogę złapać oddechu;
- pierwsze słowa jakie słyszę, zanim jeszcze spojrzałam na zegarek, to "no i nie ma życiówki" Zulusa
- spoglądam na zegarek i widzę 47:42, czyli lepiej niż miesiąc temu o 2 sekundy, szkieleta nie widzę, idę kawałek dalej, żeby odpocząć,
- w wynikach mam 47:43, ale to żadna różnica.
Wiem, że ten brak oddechu to wynik braku treningu szybkości. Trudno, Rzeźnik priorytetem. Na cholerę mi szybkość skoro mam się kilkanaście godzin włóczyć po górach?
Dzięki!
Pozdrawiam,
Basia
fot. Darek Prądzyński
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora |