2008-03-07
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| bez zmiłowania (czytano: 319 razy)

...lekko przerażona swoim stanem piszę rozpaczliwego mejla do mojego trenera, który w październiku prowadził ze mną eksperyment przygotowujący mnie do pobicia życiówki na 10 km. Życiówki nie pobiłam, ale zabawa była przednia! W mejlu piszę o tym, że mimo stosowania treningu własnego autorstwa (pod Rzeźnika) ostatnio złapałam dobrą formę, co poskutkowało zbliżeniem się do rekordu życiowego w biegu na Kabatach oraz nowej życiówki w Falenicy, jednakże w ten weekend poszło mi znacznie gorzej, czuję się słaba i wzniecam obawy, że to może przetrenowanie, pytam, co uważa za stosowne, czy lepiej odpuścić sobie trochę, żeby nie nabawić się czegoś gorszego, czy może jednak realizować swoje plany nadal, bo w końcu Rzeźnik sam się nie pobiegnie, a i na najbliższych Kabatach wypaść jak ostatnia ofiara losu nie chcę.
I co na to mój trener? Czy pogłaszcze mnie po główce i napisze - odpocznij sobie, dziecinko? Czy może napisze - rób dalej to co robisz, ale trochę mniej/lżej i uważaj - zdrowie najważniejsze? A może po prostu stwierdzi, że każdemu zdarzają się gorsze chwile, ale to nie znaczy żeby rezygnować z narzuconego rytmu przygotowań?
Nie. Mój trener w odpowiedzi przysłał mi indywidualny plan treningowy na najbliższe 5 dni. Chociaż w sobotę walczyłam na górkach w Falenicy, a w niedzielę zrobiłam długie wybieganie, to nic. Na poniedziałek zaplanował dla mnie podbiegi+skipy, na wtorek wybieganie, na środę interwały.
We czwartek mam odpocząć, a w piątek rozruch z minutówkami. W sobotę - walka.
Nożkurdę! Pierwszym odruchu miałam ochotę monitor wyrzucić przez okno. Co on sobie myśli? Ja jestem tylko biedną, słabą, wykończoną życiem i treningami kobietką, a nie jakimś cyborgiem, którego wystarczy zaprogramować i będzie robił to co mu zadano. Ja mam organizm, żywy organizm, który domaga się odpoczynku, życzliwego traktowania, czułości, a nie podbiegów, skipów, interwałów, przebieżek.
Monitora nie wyrzuciłam. Zabrałam się za odpisanie temu wrednemu typowi co myślę o nim i jego planie treningowym. Jeszcze raz dokładnie przeczytałam tekst, żeby dobrać jak najbardziej jadowite słowa, które jasno i dobitnie okażą mojemu adwersarzowi, w jakim jestem stanie psychicznym i fizycznym się znajduję.
I tak czytając i pisząc dopierając słowa, ważąc każde wyszedł mi całkiem przyjemny liścik, w którym dziękuję mu za poświęcony mi czas i pomysły, że nie obiecuję, że uda mi się to wykonać, ale jeśli-gdybym-ewentualnie-załóżmy próbowała to robić, to czy nie uważa, że jednak lepiej, abym pobiegała we czwartek, a w piątek zrobiła sobie luz, żeby mieć przedstartową świeżość, a nie umęczenie.
Na to mój trener napisał do mnie tak:
Po wielu tygodniach zastanawiania się nad twoimi treningami i wynikami z jesieni, mam przekonanie, że ty biegasz szybko wtedy, kiedy nie odpuszczasz treningów przed zawodami. Jak zrobisz sobie wyluzowanie przez pół tygodnia, a ostatnie dwa dni w ogóle bez biegania - to jest do niczego.
(...)
Ale pobiegaj w piątek. Ty jesteś taki typ, że musisz się zarzynać. Ty tracisz "czucie mięśniowe" natychmiast, jak trochę odpuszczasz. Więc dawaj mocno, koniecznie z fajnym treningiem w piątek.
Coś z tym czuciem mięśniowym chyba rzeczywiście jest. Pamiętam, że kiedyś po dłuższej przerwie poszłam na sesję jogi, to moje ciało aż wyło z zachwytu, że znów powracam do tych pozycji, które lubi, tyle razy robiło, gdzieś tam jeszcze je pamięta i oddaje mi to przemiłe uczucie w postaci radości, jakby znów przede mną rozsypano pudło z klockami i pozwolono się bawić jak kiedyś w czasach przedszkolnych.
Plan (o dziwo) zrealizowałam. Jestem ciekawa wyniku tego eksperymentu. Jutro ma być walka!
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora |