2016-04-08
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Nie do pary. (czytano: 394 razy)

Jak to w życiu bywa, nie wszystko idzie w parze. Powiem więcej, nie wszystko biegnie w parze. Jak jedno gra, to drugie gdzieś się zapodziewa, i na odwrót. Jak mówił Boy – Żeleński: „Z tym największy jest ambaras, żeby dwoje chciało naraz”. Wprawdzie cytat dotyczy miłości, relacji dwojga ludzi ale porównać się da.
Za mną kontrolna trzydziestka. Poszła słabo. Już po 20 km poddałem się i nie walczyłem o utrzymanie dobrego tempa. Dziwne, bo płuca wytrzymały, nogi wytrzymały (jedynie kolano od 23 km. strzykało ale po kilku następnych przestało), kręgosłup i barki nie bolały, i tylko siły nie miałem. W porównaniu do zeszłego roku, to teraz miałem nieco mocniejsze przygotowanie a czas wyszedł o wiele gorszy. Zaś obiad jadłem na raty, bo nie dałem rady nic (prócz napojów) zmieścić. Cóż, zostało mi jeszcze dziesięć kilosów w tym tygodniu, że nie wspomnę o interwałach, więc postanowiłem, że dyszkę zrobię w piątek a jak będę słaby, to w sobotę. O interwałach mogę zapomnieć, bo się przecież sponiewierałem. No i dzisiaj od rana burza w mózgu: pobiec, nie pobiec, zrobić interwały, nie zrobić, dzisiaj czy jutro? Jak się czegoś boję, to wychodzę strachowi naprzód, więc i teraz wyszedłem na bieg. Postanowiłem, że przebiegnę 2 km. jako rozgrzewkę, zakończę dwójką jako schłodzeniem, a w środku zrobię słabe interwały, jak się uda, to dziesięć, a jak nie, to odpuszczę, mam prawo, bo się sponiewierałem. Problem w tym, że byłem strasznie słaby, źle nastawiony. Jednak wsparcie mojego drugiego ja - tego co mówi odpuść - miałem duże, więc trwoga nieco odeszła. Po dwóch kilometrach przyspieszyłem – poszło nadzwyczaj dobrze. Następne interwały też nie najgorzej. Jedynie czas truchtania jakoś wyjątkowo szybko mi umykał. Przed nawrotem miałem dziewięć sprintów, więc po nawrocie miałem zrobić jeszcze jeden i spokój. Ale w powrotnej drodze było z góry, no to skorzystałem i dointerwałowałem do piętnastu. Już w trakcie pierwszej piątki czułem, że odzyskuję siły. Schładzające dwa kilometry wcale nie były powolne, tylko nieco przyśpieszane, w rezultacie czego przybyłem do domu trochę zmęczony ale z ponadplanowym wykonem, dobrym czasem i zdziwiony, że miałem tyle siły, skoro nie miałem jej przed wyjściem na trening. Gdybym się nie bał tego treningu, gdybym nie zmusił się do niego, to nie doświadczyłbym podwójnej osobowości mojej biegowej siły, nie dowiedziałbym się, że mogę, choć organizm mówi co innego. Powiedzenie mówi, że: „Para poszła w gwizdek”. W moim przypadku nie miałem pary na gwizdek a znalazła się na silnik. Do tej pory byłem osobą, która wierzy jedynie sobie, teraz już nawet sobie nie wierzę.
Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicyDodaj komentarz do wpisu paulo (2016-04-09,20:18): Wiesz Marku, ja też mam często takie przypadłości. Też często wewnątrz siebie słyszę: "odpuść sobie", "nie dasz rady", "nie chce ci się, więc nie rób tego" itd, itd. Te moje przygotowania do trathlonu obfitują często w tego typu sytuacje. Choćby dzisiaj na pływalni; tak mi się nie chciało płynąc drugiego kilometra, ale gdy się zmusiłem na końcu miałem satysfakcję. Staram się więc być zdyscyplinowany i realizować to, co sobie zaplanowałem :) Ty też zresztą to czynisz, więc tak trzymajmy :) Mahor (2016-04-09,20:43): W sumie to my wszyscy jesteśmy pozytywnie podejrzani... Hung (2016-04-09,20:44): Aż trudno jest mi sobie wyobrazić, Pawle, że można tyle co Ty treningów wykonać a do tego dołożyć kilka innych dyscyplin, tak dla relaksu. Toż to wielobój. Dyscyplina jest najważniejsza i pomimo braku jakiegoś wielkiego wyniku działam nieprzerwanie, bo tak postanowiłem. Hung (2016-04-09,20:45): Mahor, o tak, jesteśmy pozytywni, ale dla niektórych z zewnątrz jawimy się jako dziwacy, nieszkodliwi ale dziwacy.
|