2016-04-03
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Schneider Electric Marathon de Paris (czytano: 393 razy)

Do Paryża przyjechaliśmy po części na zwiedzanie po części zaliczyć kolejny zagraniczny maraton.
Przywitała nas dość niska temperatura ale na szczęście przezornie wzięliśmy zimowe kurtki z Polski.
W sobotę pojechaliśmy po odbiór pakietów startowych do pawilonów wystawowych przy stacji metra Porte de Versailles gdzieś na południowych przedmieściach Paryża. Ze sobą mamy wymagany certyfikat zdrowia i przysłane mailem po zarejestrowaniu się potwierdzenie udziału w biegu.
Pomimo dużej frekwencji tłok jest tylko przy wejściu przy kontroli bezpieczeństwa, później w samej hali jest już luźno , czytelne objaśnienia pozwalają zorientować się w sytuacji. Najpierw kontrola certyfikatu zdrowia po jego akceptacji idziemy odebrać numery startowe a później suweniry od sponsorów. Z ciekawszych rzeczy jest plecak od głównego sponsora SE dość lichy ale za to kolorowy i z logo maratonu. Na szczęście nie kupiliśmy pamiątkowych koszulek za kilkadziesiąt euro bo są białe z nadrukami sponsorów czyli beznadzieja. Pasta party również płatna dodatkowo więc wolimy pójść do restauracji na prawdziwy obiad. W hali jest również ekspo, wielkie targi sportowych gadżetów. Niestety wszystko drogie jak na nasze warunki, można przynajmniej popatrzyć na ostatnie nowości i trendy mody sportowej. Z ciekawostek jest wystawa butów sportowych od modeli z lat 60-tech przypominających nasze pepegi, po słynne adidasy z trzema paskami z lat 80-tych aż po współczesne znane nam buty biegowe.
W niedzielę start. Budziki nastawione na 6:00, musimy zjeść wczesne śniadanie. O 6:00 budzi nas mail od organizatorów: ”A starting line, 42,195 km, 56999 runners and you! Getup! Todey, you’re going to be part of the Schneiderelectric Marathon de Parislegend”. No proszę, trochę to fantastycznie brzmi , a jednak to rzeczywistość.
Na start jedziemy metrem z Blanche na Charles de Gaule- Etoile pod Łukiem Triumfalnym. Musimy dostać się około 1 km na av. Foch gdzie jest depozyt. Znów kontrola bezpieczeństwa i duży tłok, ale po przejściu jest już luźno. Skomplikowany układ oznaczenia depozytu, przedostatnia cyfra numeru oznacza strefę depozytów a ostatnia box w tej strefie. Później wracamy pod Łuk i schodzimy znów w dół około 2 km w av. des Champs-Elysees do swoich sektorów startowych. Zorganizowane jest to w ten sposób, że po elicie , która startuje z pierwszej linii o godz. 8:45 wyznaczono sektory wg deklarowanego, spodziewanego czasu zakończenia biegu co 15 min. My startujemy z sektora fioletowego na 3:45. Jesteśmy ubrani na krótko + worki foliowe na start. Ale od razu robi się niesłychanie ciepło, po kilku dniach deszczowych i chłodnych dziś od rana jest prawdziwa lampa. Upał oceniam na 25 st.C. W dodatku pierwsze 14 km biegniemy prosto pod słońce. Z daleka słyszymy wrzawę przy starcie poszczególnych sektorów. Powoli przesuwamy się do przodu. Przychodzi pora na nasz sektor ale start odbywa się z jednej, prawej połowy av. des Champs-Elysees, my na lewej jezdni czekamy jeszcze około 10 min. na swoją kolej.
W końcu ruszamy . Trasa jest niesłychanie czytelna, szeroka i prosta, prawie cały czas asfaltowa, w dużej części wzdłuż Sekwany. Najpierw biegniemy 8 pasami jezdni av. des Champs-Elysees, do placu de la Concorde, później równie szeroką Rue deRivoli na plac de la Bastilie. Bufety rozstawione są co 5 km i w połowie tego dystansu punkty z wodą w kuwetach do chłodzenia się. Początkowo biegnę tempem 5:20-5:30 min/km i chłodzę się gąbką ale już po 7 km muszę się po prostu polewać tak jest ciepło. Bufety dość dobrze zaopatrzone jest woda, pomarańcze, banany, rodzynki i cukier. Izotonik zauważyłem tylko na jednym reklamowym bufecie. Również raz widziałem batoniki. Ja raczej nie korzystam z tych smakołyków, umiarkowanie też piję. Na trasie gęsto rozstawione są zespoły grające, raz rockowe innym razem orkiestry dęte a czasem bębniarze. Gdy na 9 km wbiegamy do jakiegoś parku wita nas orkiestra grająca na trąbkach i rogach myśliwskich, jest to teren Bois de Vincennes coś w rodzaju terenów do jazdy konnej, tak przynajmniej mi się wydaje. Z lewej strony mijamy piękny pałac Chateau de Vincenes i skręcamy lekko w prawo. Na 15 km skręcamy w prawo mając teraz słońce w plecy. Av. De Gravelle znów wracamy do miasta między mieszczańskie kamienice. Na trasie tłumy kibiców pięknie nas dopingują. Półmetek mijam z przyzwoitym czasem 1:50 biegnąc dość równo i spokojnie. Na razie zmęczenie nie daje się we znaki, nadal mało piję. Cały czas biegniemy w dużym tłoku, jednak szerokie aleje pozwalają biec swobodnie, bez ścisku. Znów przebiegamy przez plac de la Bastilie i skręcamy na bulwary przy Sekwanie. Trasa robi się znaczne węższa na dwa pasy jezdni, w dodatku zaczynają się podbiegi i zbiegi pod wiadukty i mosty na Sekwanie. Nawierzchnia częściowo z kostki ale równa. Z lewej na przeciwnym brzegu na 25 km mijamy katedrę Notre-Dame de Paris a później Musee d’Orsay, na 29 km widać wieżę Tour Eiffel. Wbiegamy na Av. President Kennedy. Na razie czas poniżej 3 godz.
Na 30 km w poprzek drogi stoi „wybudowana” ściana z dykty, przez którą musimy przebiec. „Aluzju poniał”. Rzeczywiście jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zaczynają się kłopoty. Żołądek. Muszę przejść do marszu. Później powtarza się to na 36 km i 39 km, nie mogę już pić wody. Tymczasem na 33 km wbiegamy do słynnego Bois de Boulogne, biegniemy ocienionymi, dość szerokimi alejkami. W końcu dobiegamy do 40 km, to właściwy czas aby wyjąć polską flagę. Wbiegamy w av. Foch. Jak zwykle biegnę z rękami nad głową, to podnieca kibiców, słychać Polska, Poland, Pologne, Polonia lub po prostu „Jan go, go, go” a mnie dodaje adrenaliny, czuję już metę. 500m przed metą Kaśka z Magdą machają flagami ,podbiegam do nich i całuję, mija zmęczenie, jest tylko finisz, meta i głośny doping kibiców.
Przybiegam z marnym czasem 4:30:56 na miejscu 25443 na 41757 osób, które ukończyły maraton. Dał się we znaki brak długich wybiegań i pierwszy w tym roku upał. Janusz kończy bieg 43 minuty przede mną. Na mecie medal i koszulka techniczna finishera znacznie ładniejsza od tej z pakietu startowego, są owoce i woda do picia. Po mału przesuwamy się w górę ulicy w stronę Łuku Triumfolnego i depozytów, gdzie rano zostawiliśmy swoje rzeczy. Organizacja cały czas OK. Wychodzimy ze strzeżonej strefy mety i z niemałym trudem odnajdujemy się w tłumie z naszymi kibicami. Jeszcze kilka zdjęć z medalami i pora wracać do hotelu na Montmartre.
Wspaniała impreza, wzorowa organizacja i świetna trasa a w nogach 42,195 km, do tego piękna pogoda i Paryż. Co można więcej wymagać od życia?
Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicyDodaj komentarz do wpisu paulo (2016-04-08,08:53): myślę, ze czas jest drugorzędny, ale za to zafundowałeś sobie wspaniałą przygodę :) Gratuluję.
|