2016-02-12
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Pękanie. (czytano: 434 razy)

Myślę, że większość biegaczy, to ludzie typu gniotsa – nie łamiotsa. Czyli ugną się pod ciężarem treningów lub zawodów ale nie złamią się. Krótko mówiąc nie pękają nawet, gdy nadmiar wilgoci i zimny wiatr próbują przetrzepać ich kręgosłupy na wylot. Nie chwaląc się, też uważam się za takiego. No, może w swojej skali. Każdy jest dobry w swojej skali.
Kilka czynników: listopadowa choroba, zima i duszności astmatyczne, spowodowały, że nie mogę dojść do siebie. W każdym kolejnym treningu pobijałem rekordy złych czasów. Zawsze można to uznać za plus, przebiec dystans znowu wolniej, choć wcale się tego nie chce. Te wspomniane wcześniej czynniki, plus wyniki, trochę mnie przygniatały. Sam siebie pytałem: pęknę czy nie? Któregoś dnia przeczytałem wpis blogowy Pawła (Paulo), w którym wspomina o powrocie (też po chorobie) do konkretnych treningów. A jednym z takich konkretów są interwały. Ja, ostatni raz robiłem je … nie pamiętam kiedy. Na pewno w zeszłym roku, ale przed wakacjami czy jeszcze po?
Wprawdzie myślałem, że trzeba do nich powrócić ale jeszcze nie teraz, nie zimą, najpierw dojdę do siebie. Dojdę, bo z biegiem kiepsko. Ale ja taki głupi jestem, że jak się czegoś boję, to na złość sobie właśnie to zrobię. Pełny obaw o oddech i wstyd z ewentualnego wycofania się, w wypadku niemożności wykonania tych ćwiczeń, wyszedłem na asfalt. Piękna zimowa pogoda, jak na wiosnę, zachęcała. Wykonałem 20 powtórzeń podczas 10 km. Po pierwszych dziesięciu przyśpieszeniach mówiłem, że jeszcze tylko jeden i luz, kończę. Prawie mnie nie dusiło, bo w nocy brałem lekarstwa, więc jeszcze mnie chyba trzymały wśród oddychających. Czas niezły a ja zadowolony, jak rzadko kiedy. Wczoraj postanowiłem pobiec asfaltem 7 km. z założeniem utrzymania przyzwoitego tempa. Tak, tylko że: tu trzeba pojechać do miasta w ważnych sprawach, tu przyjechał kominiarz i dawaj go prowadzić na dach, tu dotarł transport z materiałami budowlanymi i trza przeładować … a kibel w pamięci, nawet nie ma co marzyć. Wreszcie obrobiony, bez chęci na trening, chcę wyjść … i jak na złość ważny telefon. Ale te przeciwności powodują, że tym bardziej wyjdę im mniej mi się chce. A na biegu? Super, czas piękny i pierwszy raz poczułem siłę. Dzisiaj miał być dziesięciokilometrowy truchcik po bezdrożach. Jednak, już po wyjściu z domu, po kilkuset metrach zdecydowałem robić mocniejsze akcenty podczas podbiegów ze spokojniejszym biegiem podczas wypłaszczeń. Przecież nie muszę tego robić cały czas, a tylko tyle, ile mi się zechce. Tak uczyniłem a czas był o kilka minut lepszy niż w poprzednim tygodniu. Tak, to ja biegać mogę.
Przeciwności - nie pierwszy to już raz – nie spowodowały mojego złamania a tylko mnie nieco przygniotły. Takie ich (złych czynników)prawo. Ważne, że się wyprostowałem pomimo bólu sportowego kręgosłupa. I – nawet – jeśli to było tylko tych kilka treningów w lepszej wydolności a później znowu byłby zastój, to warto było cały czas biegać i nie odpuszczać. Szkoda, że śnieg nie padał, przez co Mistrzostwa Polski w Biegu na Rakietach Śnieżnych zostały przeniesione na inny termin, bo pokazałbym w niedzielę jak włącza się rakietny bieg.
Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicyDodaj komentarz do wpisu paulo (2016-02-13,22:12): Marku, mam nadzieję, że nasze wzajemne motywowanie się będzie tylko nam na dobre wychodziło :) Hung (2016-02-13,22:17): Pawle, jedno małe zdanie może pomóc. Ważne też, by się przełamać a nie załamać.
|