2012-01-01
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| W zeszłym roku czyli wczoraj. (czytano: 197 razy)

Personal Best – pod tym hasłem wybierałem się do podbydgoskiej Brzozy, by wziąć udział w 5 Biegu Sylwestrowym AD 2011. Nie byłoby tego wyjazdu, gdyby nie Wojtek Krajewski – namówił mnie na to sylwestrowe szaleństwo – bo przecież zdecydowana większość normalsów tak właśnie postrzega tego typu przedsięwzięcia. No cóż – czas pokaże, może kiedyś będą mówić o nas jako o forpoczcie usportowionego, oddającego się radosnej motorycznej aktywności narodu. A co do rekordów – skuszony pewnymi objawami rosnącej formy, chciałem się wziąć za bary z jednym z najstarszych jakie sobie odnotowuję – w biegu na 10 km. Tak się jakoś składa, że w czasie kiedy „dyszki” się odbywają, albo nie mam kompletnie formy po zimowym opierdzielaniu, które najlepiej podsumować cytatem 2011 – „A ja natychmiast zasypiam, no i widocznie jakiś drobny element chrapania spowodował, że komuś to przeszkadzało” (oj zaczęło już wręcz dopiekać!), albo obowiązki służbowe nie pozwalają na wyjazd. Ubiegły (już) rok jednak „zrobił się” od wrześniowego Berlina zupełnie odmienny – nie przerwałem treningów, dalej się ruszam, do tego systematycznie wprowadziłem drobne wprawki na siłowni (mm NN), a i kochana młodzież z 2I zmobilizowała mnie poprzez gierki na pilskim Orliku do pracy. Wszystko to spowodowało, że w ostatni dzień roku postanowiłem podjąć próbę zmierzenia się z rekordem, który w odróżnieniu od innych –z pewnością pozostaje w moim zasięgu. Mijagi potraktował start treningowo – towarzysko, a trzeci z naszej ekipy – Krzysiek Karwasz chciał zejść poniżej godziny i uczynić kolejny krok w drodze do odbudowania pełnej sprawności po ciężkiej kontuzji. Emocje zaczęły się gdy dotarło do nas, że nie obejdzie się bez dubli – to zawsze jest niemiłe uczucie. Na starcie powitała nas miejscowa szlachta, ksiądz z pobliskiej parafii, a wśród zawodników mieliśmy mnóstwo przebierańców (pokłosie konkursu na najlepszy kostium) – dla mnie najbardziej malownicza była para więzień – policjant. Jeszcze konfetti, „We Will Rock You”, mały pokaz sztucznych ogni i zaczęło się. Zgodnie z planem musiałem ruszyć ostro i trzymać wysokie tempo od startu do mety. Po kilkuset metrach okazało się, że biegnę w zacnym towarzystwie – parę metrów za mną biegła rekordzistka Polski w maratonie, Małgorzata Sobańska. Wszyscy mocno ją dopingowali, a to dopingowało z kolei mnie, by uciekać przed utytułowanym rywalem. Sytuacja idealna by gnać ile sił – tym bardziej, że i pogoda była super, Piła żegnała nas deszczem, w Brzozie zaświeciło słoneczko i zrobiło się wiosennie. Wszystko było OK do około 6 kilometra, kiedy to na przedostatnim kółku zdublowała mnie czteroosobowa czołówka biegu. Zabrakło pary w płucach i wiedziałem już, że z „życiówki” raczej nici. Trzeba było postawić sobie kolejny cel – pułap 41 minut, ten tak zawładnął mym umysłem (albo byłem już tak „zjechany”), że nie zauważyłem nawet, kiedy minąłem Krzyśka, a na mecie zdębiałem, gdy uśmiechała się do mnie pani Małgosia – byłem pewny, że wciąż biegnie za mną – ot taki cud noworoczny. Ostatecznie czas 40:54 i 18 sekund za moją rówieśniczką. Pobiegłem szybko po krzyśkowego Canona – tak by strzelić chłopakom kilka fotek. Wkrótce przybiegł Wojtek (47:02), chwilę dłużej czekaliśmy na Krzyśka (55:39 – cel osiągnięty!), ciepła herbatka, kąpiel i zmykaliśmy do domu, tak by jeszcze obejrzeć w akcji Justynę i dać coś z siebie wieczorem członkom naszych rodzin. Co to był za rok - w styczniu nic nie wskazywało, że będzie rekordowy pod pewnymi względami – zaliczyłem 11 imprez (jak na mnie – mnóstwo), w tym kilka odjechanych (sztafeta 24 – godzinna, półŚCIEMA), w których pokonałem 234 km, mamy przełom roku, a ja nadal biegam i planuję kolejne starty. Jak na byłego piłkarza, który z braku laku zaczął biegać – to chyba nieźle. A co dla mnie było najważniejszego w mijających 12 miesiącach? Tragedia Japończyków z początku roku? Arabska „Wiosna Ludów”? Bunty greckich pracusiów z wakacji? Remont kuchni może? Chciane i niechciane „zejścia” wielkich tego świata (Kadafi, Havel)? Może ślub tego angielskiego wymoczka z Buckingham z Pippą (ja tam wolę Pippi…)? Cóż może kogoś zaskoczę, na pewno nie tych, którzy trochę mnie znają – najważniejszym wydarzeniem roku było zaliczenie Testu Turinga przez program komputerowy Cleverbot – ale o tym może w innej bajce… Zostały jeszcze życzenia – czas wszakże sprzyja tej czynności. Posłużę się ponownie cytatem jednego z moich ulubionych złotoustych (wiecie kto?) - "Życzę kibicom, żeby zostawili dużo zdrowia na Euro 2012, żeby pomogli nam w każdym spotkaniu i żebyśmy się wszyscy zjednoczyli nie tylko jak po jakiejś katastrofie, ale... przed tragedią, przed katastrofą". Tak, niewąskie słowa, to ja życzę jeszcze Gregorowi Summer (nie mylić z Gordon Sumner…) – „działajcie tak by wyjść z grupy i nie trafić do ciupy”. Czego i Państwu życzę…
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora |