2011-12-05
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| 1720 Mikołajów i …jeden Renifer! (czytano: 353 razy)

Tegoroczna – IX edycja Półmaratonu Św. Mikołajów w Toruniu nie mogła by się odbyć bez przedstawicieli pilskiego biegania amatorskiego. I nie dlatego, że lecą tam (zwykle saniami, tym razem Ford Focus 2,0 TDI combi z technikiem obsługi naziemnej za sterami) tylko w celu zaliczenia kolejnej imprezy – podstawowym powodem jest chęć uczestnictwa w jednym z najbarwniejszych i najlepiej zorganizowanych biegów w kraju. Wyzwania tego (i przyjemności) podjęli się: Wiesiek Połeć, Sławek Orzełek, Wojtek Krajewski i narrator niżej podpisany. Miał z nami jechać również Maciek „Szybki” Reinke – ale niestety zmogła go zmora biegaczy, podstępna kontuzja (szybkiego powrotu do zdrowia Macias!). Ten kto miał już satysfakcję z grudniowego biegania w stolicy pierników, nie zastanawiał się czy warto. Z naszej czwórki po raz pierwszy startowali Wiechu i Sikor – ten pierwszy biega od niecałych dwóch lat, a już ma na koncie więcej zaliczonych biegów niż drugi. Obaj całą drogę zastanawiali się co takiego nowego spotka ich na starcie, a wszyscy podsumowywali sezon startów 2011. Wojtek skrupulatnie policzył, że właśnie pokona dwutysięczny kilometr w tym roku (z tego ponad 500 w wyścigach!), Sławek przekroczył 3 tys. km, Wiesiek liczył tegoroczne półmaratony, a Sikor mógł tylko w tym towarzystwie milczeć… Ustalaliśmy też taktykę na czekający nas event – a ta jak wiadomo wśród facetów - jest podstawą (pamiętacie Wojtka Łazarka – „Drugą połowę wygraliśmy 1–0”, wynik 1 – 4?). Ostatecznie podzieliliśmy się na pary: Sikor chciał dotrzymać kroku Sławkowi, a Wojtek – Wieśkowi. Autobusy przetransportowały nas na toruńską starówkę, gdzie na Rynku Staromiejskim czekał na nas Mikołaj Kopernik – dumnie wypięty eksponując nr 1 na klacie i czerwoną czapkę na głowie. Po starcie honorowym przeciskaliśmy się przez tłum Mikołajów na ten właściwy – ostry. I zaczęło się ostro, normalne „polsilver” made by PRL w wydaniu hardcore, wersja 1.1 – tzw. „Orzełek”. Chłop w tych swoich DNA na nogach ruszył tak żwawo, że mi się sznurówki rozplątały… Na szczęście w crossowej części biegu zwolnił i wtedy mogłem się już bez przeszkód napawać urokami wspaniale usytuowanej trasy i podziwiać urok osobisty Śnieżynek, które w podejrzanie dużej ilości zaczęły nas wymijać.
A widok tłumu czerwonych Mikołajów był niesamowity: koszulki, czapki, szaliki, dodatkowe gadżety – brakowało tylko śniegu i choć kilku stopni mrozu (to moje osobiste zdanie). Według postronnych obserwatorów natomiast - pogoda biegaczom dopisała - było ciepło, bez opadów, sucho, a nawet chwilami wychodziło słoneczko. Tak bardziej marcowo niż grudniowo… Tempo nam siadło, ale jako wyznawcom filozofii rekreacji – wcale nam to nie przeszkadzało. Tylko Sikor trochę nerwowo się kręcił – czy tam aby Wiesiek nie czai się gdzieś za plecami. Taka porażka mogłaby mieć potężne skutki wizerunkowe – Wiechu dałby ogłoszenie do pilskich tygodników ze zdjęciem „Wygrałem z Sikorem”, plus 15 sekundowe wstawki w TV ASTA NET, a Jacek pewnie stracił by pracę (cały czas powtarza, ze został wicedyrektorem w szkole – bo biega najszybciej z wuefistów….). Na 19 kilometrze dogonił nas Renifer – nie dzieci, nie Rudolf, tamten miał czerwony nos – ten czarną kozią bródkę, pochodził z Sarnowa (to nie żart!!!), a stojący przy trasie kolarze krzyczeli na niego – „teee, jeleń!” (a podobno to piłkarze mają najbardziej ciasne mózgi…). Osobiście postanowiłem wtedy, że wpadnę na metę - jak w każdej porządnej bajce – zaraz za Reniferem. Ten jednak (serdeczne pozdrowienia dla Artura Olszewskiego – „on ci to”) biegł raz wolniej, raz szybciej co spowodowało z kolei, że Sławek raz był za nami, raz przed nami, a ostatecznie podzieliło nas wszystkich kilkanaście sekund, bo „rogaty” popisał się takim sprintem na końcówce, że nie dałem mu rady dotrzymać kroku. Ostatecznie czas 1:41,15 i 326 miejsce wśród stawki 1720 Św. Mikołajów, których powitano ciepło na mecie. Sławek był tuż za mną – 334 miejsce i 1:41,27. Od razu udaliśmy się do namiotu, by skorzystać z gościnności krasnoludków, które przygotowały dla mniej i bardziej zmęczonych biegaczy – wspaniałą ucztę. A tam: grochówka z pieczywem, chlebek ze smalcem i ogórkiem, kawa lub herbata, powerade i piwko, pączek lub drożdżówka – nie chciało się stamtąd wychodzić (może organizatorzy pilskiego półmaratonu – a zasługują na miano „ściemniaczy” bardziej niż Ci
z Koszalina – wybrali by się i zobaczyli, że można traktować brać biegaczy poważnie..). A jeszcze cieplutkie powietrze sączące się gdzieś spod ław – aż się nam medale porozgrzewały! Wieśka i Wojtka spotkaliśmy już po uczcie, okazało się, że ten pierwszy „uszedł” w przód już w okolicy 10 km (podobno było mu „za wolno” !), na mecie zameldował się na 597 miejscu z czasem 1 godz. 48 minut i sekund 59 – tak więc jak się wyraził „dołożył” Wojtkowi całe kosmiczne 23 sekundy. Oczywiście było jak zawsze dużo śmiechu, dogadywania i dzielenia się emocjami – ale przecież to jest właśnie serum specjalistów od pokonywania dużej ilości kilometrów. Czas rekordów już minął, przynajmniej dla mnie, byłem tylko zszokowany w jak świetnej formie ukończyłem toruńskie „pierniczenie” w stroju Mikołaja. Spokojnie mogłem połamać 1:35 – ale po co? Ostatnie starty upodabniają mnie do „Zeliga” Woody Allena (kto widział, ten wie…) - super biegło się ze Sławkiem teraz, doskonale z Wojtkiem w półŚCIEMIE. W trakcie prób bicia „życiówek” nie ma takiej frajdy i przyjemności, trzeba wyciskać ostatnie soki i pilnować każdego szczegółu – nie ma więc już wiele miejsca na pełną radość z biegu. I dlatego tak bardzo lubię te ostatnie starty w sezonie – wspominamy to co było i już planujemy kolejne przedsięwzięcia. Wygląda na to, ze zakończymy 2011 rok w podbydgoskiej Brzozie i wtedy będzie czas na podsumowanie sezonu – o czym Wam drodzy czytelnicy z pewnością doniesiemy.
Jacek Sikorski
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora |