Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

 

  WIZYTÓWKA  GALERIA [16]  PRZYJAC. [15]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
sikoras
Pamiętnik internetowy
"Jak się jest takim pesymistą jak ja, to można się tylko śmiać" S. Tym

Jacek Sikorski
Urodzony: ---
Miejsce zamieszkania: Piła
2 / 47


2011-10-30

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
Nadmorskie półŚCIEMNIANIE (czytano: 203 razy)

 

Nie ma to jak dobry pomysł – a wydawało się, że ludzie związani z organizowaniem rozmaitych biegów, nie są w stanie już nic nowego wymyślić. A tu proszę – znowu okazuje się, że najlepsze są najprostsze rozwiązania – filozofię pod imprezę, którą mieliśmy przyjemność zaliczyć, zbudowało nasze stare, dobre polskie „ściemnianie”. W przypadku Wojtkowym i moim możemy nawet stwierdzić, że „półściemnianie”. Kombinowanie jako nasza narodowa przypadłość, w moim przypadku zakończyło się tym, że zamiast odwiedzić w zeszłym tygodniu Szamotuły, trafiłem tydzień później do Koszalina. I to kiedy?!
W magiczną jesienną noc, w czasie której 99% populacji normalnych, zdrowych na umyśle ludzi, z uczuciem wygranej na loterii, zasypia – wiedząc, że spotka ich premia od losu. W wolnym tłumaczeniu – pokimają dłużej niż zwykle. I w taki czas pozostały 1% freak’ów postanawia sobie pobiegać maraton lub jego uboższego krewnego, który w naszym przypadku przyjął miano „półNOCNEJ ŚCIEMY”. Brzmi intrygująco, nieprawdaż? I tak to wyglądało na stadionie Gwardii Koszalin, który czynił swą gospodarską powinność i gdzie z emfazą biło serce nocnej imprezy. Dojechaliśmy na miejsce trochę zbyt szybko (przyjęcie czasowej poprawki na doskonałe warunki podróżowania po polskich szlakach + ewentualna mgła – nie zawiedliśmy się, nie zabrakło ani jednego ani drugiego), pobraliśmy pakieciki startowe i podjęliśmy heroiczną próbę oddania się w objęcia Morfeusza. Niestety, nie pozwolił na to „Krzyczący
w Ciemności” (to chyba cytat z Kata – mam nadzieję, że kolega W.M. wybaczy mi ten nagły skręt w niebezpieczne ideowo rejony polskiej sceny muzycznej) – popularnie, w szerokich kręgach zwany spikerem. Czynił swe obowiązki z gorliwością Pana w Czerni i skutecznie ograniczył hipotetyczną możliwość zaspania na start. A tam można było zaobserwować różne dziwne postaci, co nie powinno dziwić, jeśli weźmiemy pod uwagę bliskość jakże polskiego w swych korzeniach święta jakim jest Helloween. Nie zabrakło strzyg, wampirów i innych maszkaronów – ale gwoli uspokojenia wyborców „takich bardziej na prawo” – w tej gmatwaninie znalazło się również miejsce dla poczciwego biskupa, który zresztą długo deptał nam po piętach na trasie biegu. Pogoda nam sprzyjała, nie padało, nie wiało, było w miarę ciepło (zainteresowani przyszłoroczną edycja biegu Hiszpanie, Włosi z Neapolu i pracowici mieszkańcy wysp Grecji muszą wziąć na te słowa pewną poprawkę), widoczność na tyle dobra (?), że nie było widać jak daleko do końca – co pozwalało na optymistyczne rozwinięcie ponadprzeciętnej szybkości. Wojtek zaskoczył mnie swoją regularnością i stwierdziłem, że takie tempo na tę porę nocy jest w zupełności satysfakcjonujące. Profil trasy dosyć ciężki: albo pod górę, albo z górki – tak więc trudno było utrzymać normalną dla siebie równowagę fizjologiczną. Biegliśmy praktycznie od startu do mety w jednym tempie
i zameldowaliśmy się na 25 i 26 miejscu z czasem, który trudno będzie poprawić naszym kolegom po fachu, którzy nie zdecydowali się na start w „ściemie”. Policzcie sobie zresztą sami – to nic trudnego: wystartowaliśmy równo o 2.00 w nocy, na mecie po przebiegnięciu 21,097 km powitano nas o 2.43,37! Zawsze mówiłem, że morskie powietrze czyni cuda, ale że aż tak…. To dodatkowy argument za tym, by wystartować w sierpniowym maratonie po plaży. Przecież to kolejna pewna „życiówka” w biegowym dossier. Już po biegu, po kąpieli, gdy oddawaliśmy się posiłkowi regeneracyjnemu na stołówce zlokalizowanej malowniczo
w najodpowiedniejszym z możliwych miejsc (stadionowa siłownia!) – miało miejsce zdarzenie osobliwe dla mnie personalnie. Otóż spotkałem swojego byłego ucznia, którego miałem przyjemność wspominać kilka dni wcześniej w jednej z rozmów z koleżeństwem z „Mechanika” – Artura Paczesnego. Artur nigdy nie był fanem jakiegokolwiek wysiłku, który obserwatorzy obiektywnie mogliby uznać za fizyczny – co powodowało mniejsze lub większe kontrowersje między nami. A teraz spotykam go w środku nocy, na stadionie,
w trakcie odjechanej imprezy dla poszukujących dziwnych wyzwań. No prędzej bym się go na ringu spodziewał! Jak się okazało, jego również pogięło – z miłości – przybył tu by towarzyszyć swojej wybrance. Owocem naszego spotkania jest zaplanowane na połowę listopada tego roku spotkanie w sali pilskiego PDK, gdzie Artur (obecnie aktor Bałtyckiego Teatru Dramatycznego w Koszalinie, absolwent min.: PWST w Krakowie) przybędzie ze sztuką Doroty Masłowskiej „Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku”. Spotkanie to wpisuje się doskonale w tę dziwną, koszalińską noc, którą będę jeszcze długo mile wspominał. Po kilkugodzinnym oczekiwaniu na tylnym siedzeniu Alfy 147 na zakończenie imprezy – udaliśmy się do hali sportowej, gdzie zakończono „ściemnianie”. Było wiele nagród, losowanie upominków (wylosowałem pakiet Citroena – niestety nie kluczyki do C5), wszyscy dostaliśmy imienne dyplomy i wreszcie mogliśmy udać się do domu. Jeśli udało mi się powyżej oddać choć w odrobinie charakter biegu – to super, jeśli macie wątpliwości, zaprzestańcie o małej wiary ludzie – na koszalińskie nocne Polaków rozmowy warto pojechać i zapraszam Was tam za rok!


Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora







 Ostatnio zalogowani
martinn1980
07:19
Januszz
06:45
Bartuś
06:43
przemek300
06:33
42.195
06:25
grzedym
06:02
Piotr100
04:31
1999442
02:28
iwa
23:31
Ziuju
22:54
lukasz.tatys
21:59
Namor 13
21:54
Wojciech
21:54
romangla
21:42
rys-tas
21:31
Stonechip
21:13
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |