Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

 

  WIZYTÓWKA  GALERIA [16]  PRZYJAC. [15]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
sikoras
Pamiętnik internetowy
"Jak się jest takim pesymistą jak ja, to można się tylko śmiać" S. Tym

Jacek Sikorski
Urodzony: ---
Miejsce zamieszkania: Piła
1 / 47


2011-09-30

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
Stąd do Berlina (czytano: 383 razy)

 

38. BMW Berlin - Marathon

Zabierałem się do tematu jak pies do jeża. Początek to wyobraźnia – tłumy na starcie, jeszcze większe na trasie – to coś co chciałem raz w „biegowym” życiu przeżyć. Jeszcze
w październiku 2010 roku, w busie Marka Jaroszewskiego, wracając z maratonu w Dębnie snuliśmy plany o zagranicznym występie: Wojtek Krajewski, Tomek Ciepły, Janek Polcyn
i ja. Najpierw miała być Praga, potem Berlin. Z uwagi na zawrotne kwoty wpisowego do startów – trzeba było wszystko zaplanować wiele miesięcy wcześniej – Tomek i Janek zachowali się jak prawdziwi mężczyźni z definicji iejakiego L. Millera z Łodzi, przekuwając słowa w czyn – mnie i Wojtkowi poszło znacznie gorzej. Osobiście jest to dla mnie zbyt duże wyzwanie – planować starty na 8 – 9 miesięcy do przodu. Wkoło praca, obowiązki, niepewne zdrowie, mój specyficzny sezon przygotowań i startów, który trwa zwykle od końcówki maja do połowy października – to wszystko nie pomagało w podjęciu decyzji. I w najbardziej nieoczekiwanym momencie, na przełomie lipca i sierpnia pojawiła się szansa na wyjazd. Zwolniło się miejsce w ekipie organizatora pilskiego półmaratonu, pana Henryka Paskala – z czego pozwoliłem sobie skorzystać. A decyzję podjąłem po w miarę udanym starcie w Wieleniu, kiedy to zmęczony ale zadowolony, wraz z kolegami „reanimowałem” się po biegu w posiadłości nieocenionego Marcina Orzechowskiego. Jeszcze tego samego dnia kilka telefonów, maili i po dwóch dniach byłem na liście uczestników 38 maratonu berlińskiego. Po drodze zaliczyłem kilka startów (Osiek n/Wisłą, Szczecin, Piła), a już końcówkę przygotowań przed Berlinem postanowiłem zrealizować nieco inaczej niż zwykle. Biegałem rzadziej, więcej wypoczywałem, jeśli tempówki – to tylko kilka. Sam byłem ciekaw jaki skutek to przyniesie.
Cała ekipa Henryka Paskala, który był głównym organizatorem pilskiej grupy – zebrała się w piątek 23 września, o godzinie 23.45. Ruszyliśmy na Berlin po północy ale pod miasto dotarliśmy nad ranem (postoje, przerwy dla kierowcy) – tak by jako jedni z pierwszych zameldować się w biurze zawodów na lotnisku Tempelhof. Od tej chwili wszystko miało już być ogromne. Takiego biura zawodów w Polsce nie uświadczysz: hektary przestrzeni, błyskawiczna obsługa, miasteczko dla biegaczy, rodzin i sympatyków, biegi dla dzieci po placu manewrowym lotniska, konkursy etc. I setki mieszkańców miasta używających własnych nóg, rowerów, rolek, modeli latających na uwięzi i bez, latawców – by zrelaksować się w sobotni poranek. Ach, żeby tak u nas… Po odebraniu pakietów i kilkugodzinnym pobycie w strefie biura zawodów, udaliśmy się do Poczdamu, gdzie mieliśmy zarezerwowany hostel. Mimo piętrowych łóżek, znaleźliśmy tam wszystko, czego potrzebuje człowiek by odpocząć po nieprzespanej nocy a przed czekającymi 42 km biegu.
Rano pobudka o 5.45, śniadanie i wyjazd do parku Tiergarten, gdzie usytuowana została strefa dla zawodników. Jeszcze kilka dni temu wydawało się nam, że bez pomocy organizatorów pilskiej wycieczki nie dalibyśmy sobie rady – nic bardziej mylnego. Strefa została tak zaplanowana, że średnio rozgarnięty szympans bez kłopotu trafiłby na miejsce startu, po dokonaniu wszystkich potrzebnych zabiegów. I około 8.45 znaleźliśmy się już w odpowiednim miejscu (bloki według zgłoszonych czasów) na starcie. Nerwowe potupywanie, ostatnie rozciąganie, „Eye of the Tiger” z głośników, latające helikoptery nad ulicą, powitanie wielkich biegu: Irina Mikitienko, Paula Radcliffe, Heile Gebrselassie i sygnał do startu. Chciałbym tu napisać „i ruszyliśmy” – jednak przez dobre 1,5 minuty staliśmy w miejscu, po 2 ruszyliśmy, by po blisko 3 minutach od startu przekroczyć wreszcie linię startową. Ruszyliśmy mając za plecami Bramę Brandenburską a przed sobą Kolumnę Zwycięstwa, do niedawna miejsce gdzie odbywały się słynne Love Parade. Zatoczyliśmy kółko wokół Tiergarten, ruszając na wschód Berlina w kierunku Fernsehturm – wieży telewizyjnej. Później skręt na południe, w kierunku dzielnicy Neukolln, a po 6 km na zachód przez Schoneberg, by po minięciu 28 km w Zehlendorf zawrócić ponownie w kierunku centrum. I cały czas tłum: przed, obok, za nami - biegacze, a po obu stronach trasy dopingujący non stop - kibice (podobno ok. 1,2 mln osób!) – pomagający słabnącym z każdym kolejnym kilometrem zawodnikom. Pogoda dopisała – było słonecznie ale nie za ciepło, a trasa została tak usytuowana, że przebiegała w cieniu berlińskiej architektury, bądź zacienionymi alejkami. Na trasie niczego nam nie zabrakło: była woda, izotoniki, batoniki, banany, zraszacze z wodą a nawet dla chętnych…piwo! Moje plany osiągnięcia czasu
w okolicach „życiówki” legły w gruzach na ok. 22 km – na połówce miałem jeszcze 1 godz. 36 minut z groszami, a zadecydowała o tym nieprzewidywalna fizjologia (mniejsza o brutalne jej szczegóły). Mimo to nadal biegło się nieźle i był przynajmniej czas na podziwianie kibiców, muzykujących zespołów i wspaniałej berlińskiej architektury. Na 37 km przyszedł jeszcze ostry ból łąkotki i mięśnia dwugłowego, który ostatecznie spowodował (konieczność chwilowego marszu), że na ostatnich 5 km wyprzedziło mnie co najmniej kilkaset osób (sic!). Pilnowałem już tylko, żeby zakończyć bieg z czasem poniżej 3 godz. i 30 minut, czego do końca pewny nie byłem. Po wbiegnięciu na ostatnią prostą – Unter Den Linden, pokazała się ponownie Brama Brandenburska, usytuowana na 42 km i widok ten podziałał na mnie jak łyk Tigera. Udało się jeszcze podkręcić tempo, wznieść na ostatnich metrach ręce w górę i zakończyć swój jubileuszowy – 10 maraton. Po biegu na strudzonych śmiałków czekało wszystko co potrzebne, by szybko wrócić do formy: wolontariusze rozglądający się za biegaczami, którzy mogli mieć problem ze zdrowiem na ostatnich metrach; woda, powerbary, owoce, batoniki, piwo (bezalkoholowe – dowolne ilości do wchłonięcia), natrysk, masaże (jedno takie stanowisko to obszar ok. 60 x 40 m, na którym stały łóżka, jedno przy drugim, a przy nich dwójka masażystów) folie ochronne, które wykorzystałem by zrobić sobie i kolegom - na których czekałem – miejsce do odpoczynku na trawie.
Przysłowiowy niemiecki ordnung: 40 tysięcy biegaczy i wszystko dla wszystkich na czas i jeszcze z uśmiechem na twarzy! Nawet pokolenie „Czterech pancernych i Szarika” doceniłoby to poświęcenie i pomogłoby zakopać polsko – niemiecki dół uprzedzeń i historycznych swar. Tak – trzeba oddać Cesarzowi, co cesarskie. Czas mijał mi szybko, przy przekręcaniu się z boku na bok kuły tylko w d…ę niemieckie łupiny po kasztanach – co było jedynym minusem odpoczynku na trawnikach Tiergarten a jednocześnie widomym znakiem nadchodzącej jesieni. Po około godzince dołączyli do mnie Janek z Tomkiem i mogliśmy już powspominać i pośmiać się z własnych sukcesików i słabości. Chłopacy pobiegli rewelacyjnie: Janek „zrobił” 3:49,20 i był 142 wśród 386 Polaków, którzy zawitali do Berlina, Tomek – 3:56,22 i to dzięki niemu Jan osiągnął doskonały wynik. Tomasz był dla kolegi peacemakerem przez 28 km, powstrzymywał go przed zbyt wczesnym podkręcaniem tempa, a na koniec pobłogosławił na ostatnie kilometry trasy i wypchnął przed siebie. Wracając do autobusu wiedzieliśmy już, że byliśmy uczestnikami historycznego, najszybszego biegu maratońskiego: zwycięzca Patrick Makau uzyskał czas 2 godziny 3 minuty i 38 sekund! Do 27 km dotrzymywał mu kroku poprzedni „wielki” berlińskich potyczek gigantów światowego biegania – Heile Gebrselassie, jednak widać było, że Etiopczyk przeżywa koszmarne kłopoty. Najwspanialszy długodystansowiec w historii miał kłopoty z oddechem, w pewnym momencie nawet stanął, trzymając się za piersi, jeszcze na chwilę się przemógł, ruszył ponownie, by ostatecznie kilka kilometrów dalej zejść z trasy. Wśród pań wygrała ta „trzecia”: nie faworyzowane - Paula Radcliffe czy Irina Mikitienko – tylko Kenijka Florence Kiplagat z czasem 2:19:44. 38 BMW Berlin – Maraton już za nami, pozostanie na pewno na długo w pamięci jako piękna przygoda, doskonale przygotowana przez organizatorów. Wszystkim, którzy się wahają mogę tylko polecić ten „event” – warto zapłacić wysokie wpisowe, by po latach jeszcze, spoglądając na pamiątkowy medal – wracać na gościnne berlińskie ulice.


Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora







 Ostatnio zalogowani
42.195
17:09
bartekmus
17:05
BOP55
16:47
eldorox
16:45
Mikesz
16:38
bogaw
16:37
mieszek12a
16:15
biegacz54
16:10
Jawi63
15:54
mariuszkurlej1968@gmail.c
15:38
SzyMen
15:23
Wojciech
15:20
arco75
15:01
Admin
14:59
chris_cros
13:31
czewis3
13:02
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |