2011-03-27
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Szaleństwo? (czytano: 552 razy)

Ktoś mi kiedyś powiedział: ”Jak nie masz już czasu na nic, to zacznij się uczyć nowego języka”. Nie, nie zamierzam teraz zaczynać nauki nowego języka, choć nie powiem, przydałoby się odświeżyć zupełnie już zapomniany, a tak lubiany przeze mnie, hiszpański, którego uczyłem się na studiach. Chodzi tu o to, że zawsze można zastanowić się nad organizacją swojego czasu, a po za tym, gdy mamy go mniej, to mniej go marnujemy i stajemy się bardziej efektywni w działaniach. Po głowie chodzi mi inny zwariowany pomysł, choć może wcale nie taki nierealny jakby można przypuszczać... Einstein kiedyś powiedział (nie wiem czy dokładnie tak, ale sens był następujący), że wszyscy wiedzą że to jest niemożliwe, ale kiedyś przyjdzie ten co nie wie, że to jest niemożliwe i on właśnie to zrobi. To co mi chodzi po głowie, wcale nie jest niemożliwe i udowodniło już to wiele osób, ale do łatwych na pewno nie należy. A o co chodzi? Ano o triathlon, a konkretniej o pełnego ironmana...
Czy zrobienie ironmana jest w moim zasięgu? Oczywiście, że tak! W zeszłym roku udało mi się zrobić klasyk szwedzki, gdzie w przeciągu roku było do zrobienia 60km na nartach biegowych (zima), 300km na rowerze (późna wiosna), 3km pływania w rzece 2km z lekkim prądem i 1km pod prąd (lato) i 30km biegu przełajowego (jesień). Był też maraton w Dębnie, więc właściwie wszystkie składowe osobno już jestem wstanie pokonać. Teraz trzeba konsekwencji, systematyczności i rozważnego treningu. A kiedy miałoby to nastapić? W mojej głowie widzę to najwsześniej na jesieni 2012 roku, więc czasu jest dość dużo. Teoretycznie.
W związku z pojawieniem się Huberta w naszej rodzinie, zacząłem się zastanawiać jak pogodzić obowiązki domowe z trenowaniem, ale tak by odbywało się to jak najmniejszym kosztem rodziny i czasu dla niej. Przez ostatnie dwa tygodnie w przerwach między gotowaniem, sprzątaniem, praniem i zabawami z Olgą czytam bardzo ciekawą książkę Joe Friel’a „Triathlon – biblia treningu”. Chcę się dowiedzieć w jaki sposób najefektywniej wykorzystywać czas jakim będę dysponował i jak to wszystko połączyć do kupy. Cóż, na pewno łatwo nie będzie. W jednym z pierwszych rozdziałów jest mowa o potrzebie odpowiedniego, długiego i niczym niezakłóconego snu. No cóż, to niestety nie będzie możliwe w najbliższym czasie, a to oznacza, że i treningi nie mogą być zbyt obciążające. Ale przynajmniej wiem, na co mam uważać.
W książce jest pokazany przykładowy tryb dnia triathlonistów trenujących pod okiem Joe’a. Przytracza on go by pokazać, jak można sobie zorganizować dzień aby mieć czas na treningi w wersji normalnej – jeden trening dziennie i w wersji hardcorowej – dwa treningi dziennie, a do tego pracować i mieć czas na życie osobiste. Nie będę przepisywał tu całej tabelki, ale wypiszę tylko kilka moich wniosków.
1. Triatloniści nie gotują – posiłki mają podawane od razu. W schemacie dnia jest tylko po 30 minut na posiłki, więc o przygotowaniu ich nie ma mowy, a już przynajmniej obiadu. Chyba, żeby gotować wieczorem na następny dzień, ale tego czau też nie wiedzę, bo o 21 lulu do łóżeczka i spanie do 6 rano.
2. Praca triathlonistów trwa 7 efektywnych godzin dziennie i między 12:00 a 12:30 można się w niej zdrzemnąć. Rozumiem jakim dobrodziejstwem dla regeneracji organizmu jest sen, ale jakoś trudno mi to sobie wyobrazić bym w pracy na pół godziny wygodnie się rozłożył na jakieś kozetce (jeśli by taka była), bo przecież nie o sen w fotelu tu chodzi. Chyba żeby wytłumaczyć pracodawcy, że po takim śnie moja praca jest efektywniejsza?
3. W dzień powszedni zostaje tyle czasu na rzeczy osobiste co na toaletę po treningach (to w tej wersji z dwoma treningami dziennie). Hmm w moim odczuciu taka wersja schematu dnia odpada. Dzieci zapomniałyby, jak wygląda tata, rachunki by się piętrzyły itp.
Ale generalnie opcja z jednym treningiem dziennie wydaje się być jakoś bardziej zjadliwa choć może tylko przez porównanie? A jakby jeszcze treningi ograniczyć do realniejszych pięciu razy w tygodniu? No zaczyna być realne. Doszedłem do może mało odkrywczego wniosku, że jedyny sposób to... trenować rano, przed pracą i wcześniej się kłaść spać. Tak też to było pokazane w planie dnia z jednym treningiem dziennie. Dla wielu to pewnie oczywiste, ale dla mnie wcale takie nie było. Do tej pory trenowałem raczej wieczorem po położeniu dzieci spać, po całym dniu, generalnie zmęczony. Kładłem się dość późno i wstawałem w ostatniej możliwej chwili. Więc taka zmiana będzie dla mnie dużą modyfikacją dnia. Ale wydaje się być rozsądnym rozwiązaniem.
Moja firma daje mi możliwość darmowego chodzenia na basen, który otwiera się już o 6:30. Wyjeżdżając z domu o 6 mogę być na pływalni równo z otwarciem i jeszcze przed 8 być w pracy po zaliczonym treningu. Ponadto mogę przecież do pracy dojeżdżać rowerem. Do pracy mam jakieś 26km – też około godzinki luźnej jazdy (a jak przycisnę to około 45). Tam i z powrotem to już 52km. Jedni na to patrzą, że to przecież prawie 2 godziny, a ja to widzę jako oszczędność około 40min kiedy bym siedział bezczynnie w samochodzie. Redukując niektóre przerwy w pracy (które mamy niewliczane w czas pracy) mogę w domu być około 20 minut później niż dotychczas mając już za sobą dwie godziny treningu rowerowego! Oczywiście nie codziennie, ale kilka razy w tygodniu w zależności od fazy przygotowań. Jest jeszcze jeden plus tego rozwiązania – zostawiam żonie samochód i ułatwiam Magdzie załatwianie różnych domowych spraw jak zakupy, a tak pewnie skończyłoby się na kupnie drugiego samochodu (za to kupię nowy rower :P) Co dwa tygodnie w sobotę muszę jechać do Geteborga. To około 80km na rowerze. Tu również mogę od czasu do czasu zrobić dłuższą jazdę na rowerze nie marnując czasu na ponad godzinną jazdę samochodem. Już to kiedyś robiłem, wiec szlak jest przetarty. Jak poradzić sobie z bieganiem? W weekendy z samego rana lub po południu pchając wózek dziecięcy, albo wspólne rodzinne wycieczki rowerowe, albo Magda na rowerze, a ja biegiem? Coś się wymyśli. W końcu Magda też chce się przygotowywać do półmaratonu rudawskiego. Wieczory mają być dla rodziny i na sprawy domowe.
Od sierpnia planowaliśmy, że wezmę urlop tacierzyński do lutego 2012. Wtedy Magda wróci do pracy, a ja przejmę opiekę nad domem i małym Hubertem. To będzie w większości okres zimowy, okres budowania podstaw formy. Jeszcze nie wiem jak to rozwiążę, ale pewnie na zewnątrz będę musiał trenować przed Magdy wyjściem do pracy, a treningi rowerowe zastąpię trenażerem w salonie czy kuchni. Co by nie było, wszystko zaczyna mi się układać w mojej głowie w jakąś całość i nabierać realnych kształtów. Mam motywację. Ustawiam sobie odległy cel. I wydaje mi się on być realny. Aby wszystko było jeszcze bardziej realne i by nie zabrakło motywacji, dołączyłem do stowarzyszenia Darka Sidora IM 2010. Oni również będą się przygotowywać gremialnie do startu w zawodach ironman w 2012 roku. A nie znam osobiście nikogo innego takiego jak Darek, który by tak bezinteresownie służył innym pomocą w dąrzeniu do urealnienia marzeń o ukończeniu ironmana. Wielokrotnie mi już doradzał w różnych sprawach związanych z triathlonem. Po za tym juz od dawna bardzo mi się ta grupa i mam tam kilkoro znajomych, ale nie dołączałem do niej dopóki ironman nie nabrał realniejszych kształtów w mojej głowie.
Jako cele pośrednie ustaliłem sobie start w Wińcu i próbę obrony tytułu, ale wiem, że nie będzie to łatwe, bo widzę na liście startowej kilka nazwisk dużo lepszych triathlonistów ode mnie. „Nikt nie powiedział, że będzie lekko i słowa dotrzymał” – jak mawia mój Tata, ale jeśli uzyskam lepsze międzyczasy niż rok temu to będę zadowolony, nawet jeśli będę daleko za czołówką. A drugi cel na ten rok to ukończenie połowy ironmana, która to sztuka nie udała mi się w zeszłym roku z przyczyn losowych.
Powiedziałem dziś Magdzie o tym co mi chodzi po głowie. Popatrzyła na mnie z politowaniem i powiedziała, że jestem szalony, ale nie powiedziała „Wybij to sobie z głowy!, Nigdy w życiu!, Odbiło ci?” czy coś w tym rodzaju, więc jest dobrze :)). A to, że jest we mnie coś z wariata, to wiadomo nie od dziś. Z resztą Magda zna mnie jak nikt inny i wie ile dla mnie znaczy rodzina, wie jakie są moje marzenia i wie, że dla mnie cel nie uświęca środków.
Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicyDodaj komentarz do wpisu shadoke (2011-03-28,06:33): Ta Twoja Magda to prawdziwy Skarb! Trzeba nie bać się marzeń i nowych wyzwań:) Jasiek (2011-03-28,08:30): Może i jesteś szalony, ale czym byłoby nasze życie bez odrobiny szaleństwa?... Życzę Ci Tomku całym serduchem abyś dopiął swego! :) Hepatica (2011-03-28,09:54): Tomek jak na wariata, to całkiem dobrze kombinujesz:))). UDA CI SIĘ!!! POWODZENIA:))) tdrapella (2011-03-29,11:02): dzięki wszystkim za ciepłe słowa :) Tr (2011-03-29,17:18): Tomek trzymam kciuki żeby Ci się udało ale sam na pewno wiesz, że nie będzie to łatwe. Oby Hubert spał snem kamiennym. :) Czego Ci życzę serdecznie. :) tdrapella (2011-03-29,19:47): Iza, wiem o tym, że nie będzie to łatwe. Nie stawiam tego jako plan numer jeden pod który dopasuję rodzinę i wszystko inne. Zobaczymy czy się uda. Na razie Hubert śpi wręcz odwrotnie niż kamiennym snem i na razie cieżko wypracować jakiś schemat dnia, ale zobaczymy jak będzie. Przynajmniej jest jakiś cel. Jak się nie uda w 212 to trudno,. Musi się udać kiedy indziej. Ale znów jak dzieci będą starsze i chodziły do szkoły to chcę się zająć więcej ich rozwojem sportowym niż swoim :) ddrapella (2011-04-04,22:08): Jakoś jestem spokojny, o to że dasz radę i popieram takie ambitne plany (jak zawsze), Pewnie też muszę sobie jakiś ciekawy cel "sportowy" ustalić....Trzymaj się Tomku, masz duże wsparcie przyjaciół, a to daje kopa.
|