2009-05-23
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Tylna straż czyli mokry kros wawerski (czytano: 231 razy)

O Wawerskim Krosie już kiedyś pisałam. Taki towarzyski spontan, niemniej jednak z mierzeniem czasu i miejscami :) ale z drugiej strony genialny jako długi i w miarę szybki trening. W miarę szybki pisze celowo, bo po pierwsze przy 25 km szybkość reguluje się mniej więcej na 15., a poza tym - Kros to Kros, więc górek po drodze dostatek.
Do tej pory byłam na wszystkich edycjach - i jestem jedyną kobietą, która zaliczyła wszystkie edycje ;) Po prostu w pierwszej edycji byłam jedyną kobietą. Dziś zresztą też niewiele brakowało.
Ale po kolei. Całą noc lało. Rano - kropiło. Pogoda syfiasta, że psa z domu nie wygnasz. Ale możesz wygnać się sam. No to się wygnałam. W legginsach, koszulce z krótkim, koszulce bez, kurtce i buciorach trialowych (Brooks Cascadia, polecam na piach i górki). Pojechałam do Falenicy. Przepchać się w sobotę rano przez tamtejszy bazarek to osobna bonanza, ale jakoś się udało.
Okazało się, że oprócz mnie jest Dżastin, biegający organizator Michał oraz Wojtek (syn) i Andrzej (ojciec). W ciągu 10 minut dojechało jeszcze kilka osób, także nasz niezawodny support i opiekun odżywkowy - peacemaker zwany czasami maniakiem1984 :) - i tak stanęliśmy na starcie w 10. Po 200 m nastąpił pierwszy podbieg i ustaliła się pewna kolejność. Inaczej - od razu zostałyśmy z Dżastin z tyłu. I widać było, że jeżeli nikt się nie zgubi - dobiegniemy ostatnie. Ale nam to nie przeszkadzało. Przez pierwszych kilkaset metrów starałyśmy się trzymać wzrokowy kontakt z ogonem męskiej częsci stawki, ale na żółtym szlaku już sobie odpuściłyśmy, bo w sumie oprócz Michała i Andrzeja to ja najlepiej znam resztę trasy. Biegłyśmy więc w miarę równym tempem - przepięknymi zakolami nad Mienią, potem nowym kawałkiem trasy z ostrym podbiegiem, potem niebieskim szlakiem, czerwonym.
Deszcz cały czas siąpił albo kropił, do tego z liści od czasu do czasu zlewała się zebrana tam woda. Po 18 km zrobiło się naprawdę ciężko. Co prawda dzięki deszczowi nie zakopywałyśmy się po kostki w piachu, ale z kolei buty stawały się coraz cięższe. Na kazdym podbiegu próbowałam policzyć, ile jeszcze do konca. Niestety, trasa dawała się we znaki o wiele bardziej niż na Wesołej Stówie, na dodatek tu przerw nie było.
Kiedy po 22,5 km wybiegłyśmy na prostą drogę do Falenicy, drogę, która już była w miarę utwardzona - ledwo przebierałyśmy nogami. Przynajmniej tak mi się wydwało. GPS twierdzi, że wtedy przyspieszyłyśmy. Możliwe. Byłam już w zasadzie cała mokra, tylko buty miałam suche. Dobiegłyśmy do mety. Oczywiście, ostatnie. Ja w 2:28:39, Dżastin - 10 sekund później. Mokre, zmęczone, ale zadowolone. Tak po prostu. Jeszcze na mecie lunęło na nas rzęsiście. I jak tylko wsiadłam do samochodu - wyszło słońce :)
A na fotce - inny deszcz, czyli bieg mój urodzinowy - 6.05.2009 r. godz. 17.30. Gdzieś pod Przasnyszem... Zdjęcie by skawka (dzięki!!!)
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora jacdzi (2009-05-24,20:26): Zawzieta zawodniczka. Ja wczoraj z powodu pogody odpuscilem, dopiero dzis to nadrobilem.
|