2008-06-12
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| cz.7 (czytano: 521 razy)

Ruszam dalej,mam chyba wciąż 4 kółka przewagi nad Trebikiem,ale w ogólnej klasyfikacji spadłem znacznie.Łydka ok,gorzej sutki i tu z pomącą przychodzi Ewa Bo,która nam dzielnie kibicuje,chłopaki mają plastry,nigdy tego nie stosowałem,ale tonący brzytwy się chwyta,daję się okleić,nawet ktoś to filmuje,perwersyjny ten bieg,nie ma co.Klaudynka ogląda filmik na forum będąc w Grecji,zabawne.Jest lepiej.Ale spanie znów przychodzi potężną falą,motywacja spada do zera,zanosi się na deszczową noc.Schodzę.Piszę do Klaudynki,że postanowiłem zrezygnować,mam 95 km,brakujące do kwalifikacji 5 odkładam na rano,na pożegnanie.Tak będzie lepiej.Kładę się spać.Zjawia się LauraLi z saksofonem,każe się budzić,gdy będzie grać,to wtedy,gdy nadbiegnie Trebi,ale tego wieczora nie odważyła sie na występ.W końcu zwłóczę się sam,wychodzę na dwór,znów padało.Biorę piwo z pakietu.Wypijam i nawet mam zamiar się przebiec.Ale czuję się po nim lekko wstawiony.Stoję niezdecydowany i wtedy Magda rzuca hasło,że obok ma wolne miejsce.Nęcąca perspektywa,w moim poprzednim kącie było jakoś nieprzytulnie.Wbijam się w śpiwór,w dodatku znów słyszę ulewę.Potem znów i znów i znów.Rano okazało się,że była tylko jedna,reszta to kran za ścianką,który budził mnie szumem wodospadu ilekroć ktoś go odkręcał.Jurek parokrotnie próbuje nas mobilizować,ale nic z tego.W końcu jednak wyspałem się,łącznie aż 8 godzin.Ale świt to moja ulubiona pora,po piątej wybijam,trzeba dokończyć dzieła,odebrać medal i jechać do domu.Jest mokro,ale ciepło i przyjemnie.Proponują mi ciepły posiłek,nie zasłużyłem sobie jeszcze,kara za spanie musi być.Wyruszam tuż przed szóstą.Szybko łapie mnie kolka,tochę biegnę,trochę idę.Na mecie tojtojka,Teraz skuszę się na to ciepłe danie,zresztą chyba ostatni talerz.Pyszna zupka z mięsem,dobrze mi to robi.Zostało mi 1.5 km,ale może tak do równych 30-u kółek?Nie muszę się śpieszyć.Nie musze biec,ale czuję,że mogę,nawet dobrym tempem,skoro to finisz.30,ale tak fajnie mi się biega.W dodatku mijam zdemolowanych rywali,Rusłan ma zaledwie 130 km,Piotrek Kuryło wygląda jak po zderzeniu z pociągiem,dubluję nawet lidera.Na każdym kółku dopinguje mnie AnKa.Do 11-ej marne cztery godziny,skoro zrobiłem 30 kólek,rośnie apetyt na 40,Trebi miał 41 gdy wstawałem,ale do Janusza brakuje mi tylko dwa.Ciągnę,a nawet rzekłbym,zapieprzam.Szkoda,że tak długo spałem,moc jest ze mną.Piję,choć nie muszę,nie muszę też jeść,teraz czerpię energie z kosmosu.Z Magdą żartujemy,że śpiąc obok,wyssałem nocą energię z niej.Nie wiedziała,że zuluscy szamani to potrafią?W końcówce spotykam spacerujących Ewę i Trebika,jedno kółko im towarzyszę.Zastanawiamy sie,jak jest z tym zatrzymaniem o 11-ej,gwizdka w odleglejszych rejonach nie będzie słychać.Pojawia sie szansa na złamanie 150 km,ale czasu cholernie mało,Ruszam na ostatnie kółko,w połowie znów spotykam Ewę,idzie przez Błonia z gwizdkiem,czyli porozsyłali ludzi na trasę.Dobra,postaram się zrobić to kółko i jeszcze do niej dobiec.Na początku okrążenia wyprzedził mnie Marinero,nieźle gnał,ciekawe czy wytrzymał całe okrążenie?Kiedy kończę podają czas-zostało 18 minut,hmm,to tylko 3.5 km.OK,włączam dopalacz,teraz to aż żal kończyć,nie muszę się oszczędzać,na mecie mam jeszcze 2 minuty zapasu,czyli leciałem 16.Dołącza Jer_zy i ciągnie mnie jeszcze prawie do końca ulicy.Gwizdek.Ufff.Fajnie było!
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora |