2011-09-01
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| (czytano: 445 razy)

(oryginał na http://tatromaniak.blog.pl)
2011-08-31 10:54:22 >>
bez tytułu
"Ciężkie czasy" rzekł sowiecki żołnierz ściągając zegar z wieży kościelnej; taki dowcip swego czasu opowiadano. Dla mnie być może tylko pozornie czas stał się ciężki. Po raz drugi w ciągu dwóch ostatnich lat walczyłem z boreliozą, jeszcze z "głupoty" opóźniłem walkę z chorobą o tydzień, rumień pojawił się prawie tydzień przed najważniejszym biegiem tego roku, przed Rzeźnikiem. Chcąc przebiec nie mogłem łykać antybiotyków, zresztą nie łykałem a i tak nie przebiegłem. Jest postęp, w tamtym roku przebiegłem około 33 km w tym roku prawie 56, w dodatku zaliczyłem najtrudniejszy i najdłuższy odcinek.Tradycji stało się zadość, mój start w biegu górskim musi łączyć się z deszczem i tak też było tym razem. Co prawda pogoda nas trochę oszczędziła, nie było tak jak w tamtym roku ale padało bardzo mocno. Zastanawiam się tylko czy startować w przyszłym roku, czy zrobić sobie rok przerwy. Jeśli zdecyduję się na start to muszę się do niego przygotować, inaczej niż w tym roku. Co prawda przygotowywując się do Cracowia maratonu zrealizowałem mniej więcej 60-70% planu treningowego a i tak w efekcie ustanowiłem nowy rekord życiowy w maratonie. W ramach przygotowań muszę przebiec bieg kilkunastogodzinny, np Kaliska setkę. A jaki los jest złośliwy świadczy również kolano stłuczone 5 dni przed Rzeźnikiem, przecież jeszcze w noc poprzedzającą start obkładałem kolano lodem.
3 tygodnie łykania antybiotyku. Efekt? W tamtym roku "wybiegłem" na Pilsko w półtorej godziny, w tym roku dzień po zakończeniu kuracji antybiotykowej dołożyłem 40 minut. Pozornie pewnie ważyłem 150 a może więcej kg. Takie odnosiłem wrażenie, każdy krok to walka ze swoja słabością.
Był nawet moment, po raz pierwszy odkąd biegam, w którym zacząłem się zastanawiać nad sensem biegania,powtarzałem zawsze, nic ostatnie miejsca , najważniejsze to ta radość czerpana z biegania. A tu zero radości tylko męka.
Myślę, że jednak znów wygrałem, a że tylko z sobą?
W sierpniu nie powinienem startować w Maratonie Karkonoskim, ale niestety decyzja była podjęta wczesna wiosną, kiedy byłem silny jak nigdy dotąd, urywałem przecież na każdym biegu kilka do kilkunastu minut, szczytem był przecież Cracowia Maraton na którym urwałem prawie 35 minut. Pojechałem. Pobiegłem. Myślę, że gdyby nie poczucie odpowiedzialności to ukończyłbym ten Maraton. Dobiegłem (czy bardziej prawidłowo raz szedłem raz biegłem) do Domu Śląskiego pod Śnieżką, więc można powiedzieć, że odpuściłem tylko 1,5 km z 42, ale to tylko albo aż. Pod Ślaskim Domem stwierdziłem, że muszę wracać bez wybiegnięcia na Śnieżkę, inaczej nie zdążę na ostatni wyciąg i wyjazd do domu opóźni się o kilka godzin. A wiozłem jeszcze 3 osoby. Trudno za rok powalczę. I o ile nie jestem do końca przekonany czy zmierzą się w przyszłym roku z Rzeźnikiem, to w Karkonosze pojadę na 100%.
Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicyDodaj komentarz do wpisu jacdzi (2011-09-21,12:08): Gory to prawdziwe wyzwanie dla biegacza. Mysle ze ich nie zdradzisz nigdy, a w przyszlym roku w czerwcu Rzeznika zakonczysz po 78km.
|