2010-04-16
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Rotterdam – trochę dziwny i bardzo szybki maraton… (czytano: 524 razy)

Mógłbym powiedzieć jak starożytni Rzymianie: veni, vidi, vici (przybyłem, zobaczyłem, zwyciężyłem), gdyby nie to, że: w sobotę rano w hotelu pod Amsterdamem dowiedziałem się o katastrofie prezydenckiego samolotu…, że nazajutrz, w dzień maratonu był potworny zi±b (rano przed startem było zaledwie 6 stopni !), że w czasie samego maratonu był wiatr jak jasna cholera, i że...od strony logistycznej okazał się to być jeden z moich, najtrudniejszych maratonów.
Od soboty rano czułem się chyba tak samo jak wszyscy Polacy – z trudem mogłem my¶leć o czymkolwiek innym niż o smoleńskiej katastrofie… Dzień startu zacz±ł się dziwnie – nie było żadnych worków na rzeczy osobiste, które należało po prostu zostawić na podłodze w sali gimnastycznej, jednej dla wszystkich startuj±cych – mężczyzn i kobiet. Mimo ogólnego luzu i holenderskiej tolerancji, kobiety-maratonki były nieco zakłopotane widokiem kompletnie nagich facetów paraduj±cych w kierunku pryszniców. .. Zi±b przed startem był przeokropny, więc czekałem z rozebraniem do ostatniej chwili. Potem szybko wmieszałem się w tłum swojego sektora startuj±cych, dzięki czemu byłem w stanie przetrwać porywy przenikliwie zimnego wiatru. W czasie biegu było już lepiej, choć na pierwszych kilometrach zbytnio się nie zgrzałem. Na szczę¶cie założenie było takie, abym zacz±ł wolno. I zacz±łem, ale tak wolno, że po pierwszych 5 km po prostu się przeraziłem: prawie 28 minut ! Zacz±łem dodawać gazu oraz gonić baloniki pacemakerów… Pierwszy, zielony z napisem „4 godziny” dogoniłem na 8-ym kilometrze, drugi – fioletowy „na 3:45” dopadłem około 15-ego kilometra. Dalej, plan był taki, żeby uciekać jak najdalej od fioletowego balonika, w pogoni za tym na „3:30”... O ile pierwsze się udało, to drugie już nie. Mimo to, skończyłem Fortis Rotterdam Maraton z nowym rekordem życiowym, poprawionym o 7,5 minuty, ale też i z pewnym niedosytem, że gdyby nie - psychiczna degrengolada spowodowana smoleńsk± katastrof±..., gdyby nie cholerny wiatr oraz przenikliwe zimno to mogło być jeszcze lepiej… Zwłaszcza, że tym razem nie było żadnej „¶ciany” ! Moc opu¶ciła mnie dopiero na 40 km, gdy już wiedziałem, że nawet jak pójdę piechot± to i tak życiówkę zrobię ! W sumie, wyszło nieĽle, choć po cichu liczyłem na ciut więcej. .. Natomiast logistyczn± pomyłk± był sam nocleg w Rotterdamie (dzień przed startem), gdyż start maratonu jest o godz. 11-tej, a poci±g z Amsterdamu dojeżdża do stacji Central Station Rotterdam (tuż obok miejsca startu) w zaledwie 40 minut. Co jest o tyle istotne, że oferta hotelowa oraz urok obu miast s± po prostu nieporównywalne ( z bezdyskusyjn± przewag± Amsterdamu…). PóĽniej, już na mecie okazało się, że wzi±łem udział w jednym z najszybszych maratonów ¶wiata ostatnich lat, którego zwycięzca – Patrick Makau (Kenia) uzyskał czas 2:04:48, czyli wynik o niecał± minutę gorszy od rekordu ¶wiata w maratonie ! W efekcie, sam maraton serdecznie polecam, choć z przy lepszej pogodzie i noclegu w przeddzień zawodów w pobliskim Amsterdamie…
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora |