2009-04-21
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| 36 Maraton Dębno (czytano: 640 razy)

36 Maraton Dębno przeszedł do historii.
Jechałam tam z wielkimi obawami, strachem i niepewnością.... Tak, jak w debiucie maratońskim stresowałam się tym, ze mogę nie złamać 4h, tak teraz miałam obawy czy w ogóle uda mi się pokonać dystans 42km.
Byłam nieprzygotowana – tak sądziłam i nadal sądzę.
Od początku....
Do Dębna przyjechaliśmy wesołą gromadką w sobotę. Po przyjeździe standardzik – zameldowanie się w pokoju, zaliczenie sklepu spożywczego i apteki, a później wycieczka do biura zawodów, pogaduchy, miłe spotkania, no i makaron :)
Wieczorem przygotowanie stroju startowego (i związane z tym dylematy – w co mam się ubrać), odżywek i takie tam...
Wszystko szło zgodnie z planem, do czasu jak położyliśmy się z mężem spać...
Za nic w świecie nie mogłam zasnąć – łóżko było niewygodne, poduszki do bani, kołdra za mała....walczyłam ze 2h, a później usłyszałam mysz w belce na suficie....no i koniec spania... Skrobała uparcie, a ja bałam się, że dodrapie się do pokoju i wtedy zacznie się uczta – zje mi odżywki, batony energetyczne i białkowego, który miałam w planie zjeść po maratonie. A jak już się naładuje tym wszystkim to nas zagryzie.... W końcu ze zmęczenia zasnęłam, ale efekt tej nocy był taki, że obudziłam się połamana i z bólem głowy.... W nocy krzyczałam też, że wracamy do domu i nigdy więcej żadnych maratonów... dobrze, że rano mi przeszło ;)
No i wystartowaliśmy....w zimne, słoneczne i wietrzne niedzielne przedpołudnie. Do 8km miotałam się sama ze sobą – rwałam tempo, gadałam z wszystkimi naokoło, było mi gorąco, bo w rezultacie za ciepło się ubrałam i w ogóle jakoś tak dziwnie było, bo byłam na samym końcu (no prawie). Zrobiło mi się nawet smutno.
Na szczęście na ok. 8km, na punkcie odżywczym rozebrałam się z warstwy z długim rękawem i postanowiłam „wziąć się za siebie”. Ustabilizowałam oddech, tętno, pilnowałam, aby nie biec za szybko. Nogi mnie niosły, aż miło, ale biegłam bardzo, aż za bardzo asekuracyjnie. Cały czas miałam w głowie fakt, że nie przebiegałam żadnej 30-tki, ledwie 2 razy po ok. 25km w marcu.
Kilometry leciały, kibice dopingowali, na punktach miałam swoje buteleczki z Vitargo, a przy sobie 2 żele – byłam spokojna. Podziwiałam piękno dębińskiej przyrody, malowniczość trasy, kwiatki, zielone krzaczki i piękne bagna...i tak do 29km.
Po 30km nadal biegło mi się świetnie...ciało trochę dawało znać, ze jest zmęczone, ale gąbki i chłodny wiaterek fajnie odświeżały :) Mijałam kolejnych biegaczy – tych, którzy na początku wyprzedzali mnie, a teraz coraz bardziej zwalniali. Cały czas kontrolowałam tętno, bo czułam, że tak będzie najrozsądniej – nie miałam żadnego planu na ten maraton, żadnego pomysłu jak go biec, ale wiedziałam, jaki poziom tętna (chyba) zagwarantuje mi dobiegnięcie do mety. Po 30km pozwoliłam sobie na podwyższanie tętna i tym samym na szybszy bieg. Kolejni wyprzedzani biegacze, którzy teraz już w dużej liczbie maszerowali dodawali mi wiary i ogromnej motywacji. Ciało współpracowało, a ja żeby wygonić z głowy zmęczenie usilnie dalej podziwiałam przyrodę (3-4km przed Dębnej, po prawej stronie były urokliwe bagna hihi). Od 38 km biegła głowa....a od 41 km uciekałam przed jakoś kobietką, która mnie goniła...
Podsumowując....
Linię mety przekroczyłam, gdy zegar pokazał 04:08:19, netto wyszło 04:07:41, czyli kilka minutek gorzej, niż życiówka.
Na trasie nie miałam żadnego kryzysu, ani skurczów, których bardzo się obawiałam, było po prostu ogromne zmęczenie organizmu... Skończyłam z zapasem sił i w niezłej formie, bo miałam jeszcze energię poskakać sobie na mecie z radości :) Czuję, że mogłam pobiec lepiej, ale w sumie kto wie....może delikatnie większa prędkość na całej trasie jednak byłaby zgubna...tego się już nie dowiem, ale na jesienny maraton przygotuję się solidniej :)
Najbardziej cieszę się z tego, że drugą połowę przebiegłam szybciej niż pierwszą :)
Dziś czuję się świetnie, choć mięśnie jeszcze zmęczone. Nie zmasakrowałam sobie kolan ani kostki, co miało miejsce po poznańskim maratonie. I co najważniejsze – mam ochotę biegać, a po poznaniu nie miałam wcale.
Dziś jeszcze dam ciału odpocząć, ale jutro nie ma zmiłuj....chociaż parę km truchciku plażą i klifami :)
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora Tom (2009-04-21,10:37): Tak trzymaj Aga. :) AgaR. (2009-04-21,10:42): Noooo, chyba jeszcze będą ze mnie ludzie...tzn. maratończycy :) Tzn. maratonka prawdziwa :) piter82 (2009-04-21,10:50): no no Aga gratulacje maratończyku :-) do zobaczenia na jesień na jakimś maratoniku :-) piter82 (2009-04-21,10:51): co do stroju to "a nie mówiłem" hehe
Pozdrawiam Rufi (2009-04-21,10:56): Gratulacje Aga! Pewnie kiedyś też tego zasmakuje :-) firearrow (2009-04-21,11:00): ależ Ty już dawno jesteś "maratonka prawdziwa" ! gratuluję, świetny występ ! (2009-04-21,11:20): Aga wielkie gratulacje,a strój niczego sobie.:))) AgaR. (2009-04-21,11:33): Iza - to byłaś Ty?!?!?! Jeśli tak, to ja Ciebie wcale nie poznałam buuu :( Ale goniłaś kochana, goniłaś, bo ja przyspieszałam, a Ty ciągle siedziałaś mi na ogonie :)) AgaR. (2009-04-21,11:36): No i we wpisie miało być "...która mnie goniła", a nie "...która nie goniła", "m" mi się zjadło ;)) ale już poprawiłam gapa. dario_7 (2009-04-21,11:37): Aga - GRATULACJE! Jesteś prawdziwą maratonką! :) jmm (2009-04-21,11:41): Ach te maratońskie ''białe myszy'':-))) Aga, nawet nie pamietam czy odezwałem się do Ciebie jak mnie dogoniłaś i zagadałaś. Byłem już sakramencko zmęczony. Gratuluję Tobie dobrego biegu. Marysieńka (2009-04-21,11:48): Aga...ja zawsze bez planu maraton biegam..nie ciaży na mnie żadna presja...choć nie ukrywam..staram się bic jak najszybciej...Gratuluję, raz jeszcze:)))) Marfackib (2009-04-21,12:08): Bardzo wielkie gratulacje !!! Ja kompletnie bez formy biegowej zrezygnowałem z Dębna, zamiennie pojechałem na maraton MTB do Wrocławia - ODLOT !!! Aga ... Twoja ksywka MTB do czegoś Cię zobowiązuje i mam nadzieję, że się spotkamy na trasie rowerowe. AgaR. (2009-04-21,12:13): Marku - cieszy mnie ten ODLOT, bardzo mnie cieszy, bo trzeba robić to, co się kocha:)) A ja....w najbliższy weekend startuję (rekreacyjnie) w VI Leśnym Maratonie Rowerowym :)) czyli 44 albo 66 km po wejherowskich lasach :)) Czyli....mocne podjazdy, szybkie zjazdy, korzenie, kamienie, piach...wrrrrr będzie się działo :D suchy (2009-04-21,12:26): Szłaś jak przecinak :) Gratulacje :) Grażyna W. (2009-04-21,13:06): Widzisz Agusiu, mówiłam, że sobie poradzisz. Uważam, że poszło Ci bardzo dobrze, jesteś dzielna. Teraz przekonałaś się, że niekoniecznie trzeba biegać 30 tki przed maratonem. Gratuluję efektywnego rozłożenia sił :) Moja druga połówka jest prawie zawsze wolniejsza od pierwszej.
Jeszcze raz BRAWO !!! :)))
kokrobite (2009-04-21,21:32): Brawo! To instruktaż dla tych, którzy nie potrafią należycie rozkładać sił. Na przykład dla mnie :-) Dlatego jutro przeczytam ten wpis jeszcze raz :-)) jacdzi (2009-04-22,08:46): Aga,gratuluje. A ta myszka to b yla na szczescie.
|