Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

 

  WIZYTÓWKA  GALERIA [51]  PRZYJAC. [27]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
tygrisos
Pamiętnik internetowy
Cel - triathlon

John Bravo
Urodzony: 1984-05-12
Miejsce zamieszkania: Poznań
40 / 83


2010-07-30

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
Dopóki piłka w grze... ;) (czytano: 549 razy)

 

Bieżący rok będzie mi się kojarzył z chaosem w moim życiu sportowym. Miał to być rok rowerowy - takie były założenia. Zimą był spinning, począwszy od pierwszego tygodnia w nowym roku, który z resztą bardzo mi sie spodobał. Stopniowo zwiększałem obciążenie, żeby w kwietniu rozpocząć juz normalne treningi rowerowe. Uwieńczeniem pierwszego etapu przygotowań był w maju obóz w Bieszczadach, gdzie grupa zapaleńców jeździ od 17 lat po okolicach Ustrzyk Górnych. Zaczęło sie mocno - w pierwszy dzień przejechaliśmy 90 km ;) Atmosfera była doskonała pomimo temperatury poniżej 10 st. i wiecznie (czyli every day )padającego deszczu. W dzień jeżdżenie, wieczorami wyśmienite kolacje i jak ktoś chciał, to zakrapiane piwem i nalewkami własnej roboty. Były też nieoczekiwane imprezy, któregoś razu mocno przemarznięci wpadliśmy do "Wilczej Jamy" w Mucznem, w której natychmiast rozpalono kominek i podano nam gorącą herbatę z 50-tką żurawinówki. Godpodyni - młoda atrakcyjna studentka którejś ze Szkół Teatralnych z wrodzonym sobie wdziękiem mającym wsparcie w nabywanej profesji umilała nam czas najlepiej, jak potrafiła. Po pewnym czasie część ruszyła dalej a ta mniejsza część postanowiła jeszcze zostać degustując ze smakiem pyszne nalewki wszelakiej maści. Postanowiłem zostać ;) I to był strzał w 10-tke, bowiem, jak dobrze wiadomo wszystkim sympatykom Dionizosa, najlepsze sa imprezy spontaniczne. Gospodyni z upływem czasu rozkręcała się coraz bardziej nie uchylając sie bynajmniej od wznoszonych toastów, pomimo swoich obowiązków. Zaczęła śpiewać ludowe piosenki, a że rodowód w dodatku miała ukraiński, zrobiło sie międzynarodowo i folklorystycznie :) W końcu gospodarz zaproponował na wypad do bali, jak w tamtych stronach nazywają saunę opalaną drzewem. Z wielką ochotą skorzystaliśmy z propozycji, zwłaszcza, że prosto z bali było wyjście do rwącego strumienia, w którym temperatura nie przekraczała z pewnością 5 stopni. Ów strumień miał te jeszcze zaletę, że obfitował w przepyszne pstrągi, które wylądowały ostatecznie na naszych talerzach. Jeden z uczestników wyprawy osobiście je wyławiał / nie jestem pewny, czy to dobre słowo / a reszta, mocno już rozweselona wygrzewała się w saunie i schładzała w strumieniu. Największą atrakcją wszakże, był osobisty udział naszej gospodyni, która znając, rzecz jasna, obyczaje fińskie, czy też może aktorskie ?, korzystała z niej, ku uciesze pozostałych, tak, jak ją Pan Bóg stworzył :) Przy czym tryskała również humorem prosząc męża swego, a naszego gospodarza, żeby "dołożył do pieca bo płomienie gasną" :D Balowaliśmy do północy, po czym wsadzono nas z rowerami w Vivaro i pojechaliśmy do hotelu. Ranek niech pozostanie milczeniem, które nie zawsze, jednak w tym przypadku na pewno jest złotem...:)))
Głownym jednak celem wyprawy było zdobywanie wytrzymałości i siły kolarskiej. W ostatni dzień pobytu był m.in. wjazd na - nazywaną przez corocznych bywalców majowych wypraw bieszczadzkich - Golgotę. Sprawiło mi nieukrywaną radość, że wjechałem tam pierwszy, co zajęło mi niespełna 20 min a naprawde było pod góre. Przez cały czas tętno waliło pow 190 i dało się jechać tylko na najmniejszej z najmniejszych przerzutek. Ale prznajmniej nie było zimno ! :)
Zaczeli wjeżdżać pozostali a trzeci chyba z rzędu kolega wpadł na pomysł by pozostałym robić zdjęcia, bowiem sceneria była świetna. Wyglądało to tak, jakby nagle z chmur wyłaniała się sylwetka ciężko pracującego kolarza, co przy odpowiednim zoomie dawało wspaniały efekt. Ponieważ też chciałem mieć pamiątkę, zjechałem troche w dół aby miec zdjęcie. I tutaj skończył mi sie dobry humor, ponieważ ze zmęczenia a może przez zwykłą głupote ruszając z powrotem pod górę wpiąłem jedną nogą w pedał, ale niestety drugą, z powodu dużego nachylenia, nie zdołałem zakręcić. I oczywiście przechyliło mnie w tę stronę, po której byłem wpięty. Przewróciłem się na rękę, ale tak jakoś dziwnie, że z bólu zobaczyłem gwiazdy. Pierwszy raz w życiu zobaczyłem gwiazdy i wiem, że to nie jest przenośnia :)) Do tej pory nie wiem, jak ja zjechałem na dół, ale zjechałem. I to był koniec dla mnie z rowerem na ponad miesiąc, ale tez koniec moich planów rowerowych na ten rok, gdyż zwyczajnie mi sie odechciało. Nie przejadę zatem 180 km w przyzwoitym tempie, tak jak planowałem a wszystko przez, z pozoru niegroźny wypadek.
Wieczorem, w pokoju hotelowym, zastanawiałem się, jaki mam znaleźć pozytywny biegun w tym wydarzeniu. Zastanawiałem się, ponieważ nie tak dawno uświadomiłem sobie, na czym polega pozytywne myślenie. Ono nie polega na udawaniu, że wszystko jest w porządku, czy tworzeniu na siłę landrynkowo-różwej rzeczywistości. Moim zdaniem polega na przyjeciu tego, że cokolwiek się wydarza w życiu z akceptacją. Każde jedno wydarzenie, jakie nas spotyka, ma zawsze dwa bieguny - pozytywny i negatywny. Samo zdarzenie ze swej natury jest tylko wydarzeniem, ani złym, ani dobrym, a bieguny odkrywamy tylko poprzez własną interpretacje. I dlatego mamy wolny wybór :) Postanowiłem więc znaleźć ten pozytywny biegun dla siebie, ale ból ręki nie pozwalał na zbyt wiele. Rano dużo sie nie zmieniło, jednak coś wymyśliłem :) Może to nie było zbyt wiele - jak mi sie wydawało na początku - ale zawsze coś. Mianowicie zaczałem się cieszyć, że po raz pierwszy od chyba 7 lat bedę na ... zwolnieniu :D Pora fajna, czyli takie dodatkowe wakacje. Wiedząc z doświadczenia, że ręka w gipsie boli pare dni, a później można żyć, pomyślałem, że fajnie spędzę czas robiąc takie rzeczy, na które się zazwyczaj nie ma czasu. I tak sie stało - był to bardzo przyjemny okres i wierzę w to, że był dlatego przyjemny, iż znalazłem ten pozytywny biegun. Właśnie wtedy, m.in. przeczytałem książkę o Tarahumara, o której słyszałem wiele opinii, ale na mnie mocno wpłynęła, nie tylko ze względu na podjęte decyzje treningowe, ale również na ukrytą między wierszami pozytywną filozofie życia.
Piszę o tym dlatego, bo znów szukam pozytywnego bieguna, bowiem, jak wspomniałem na początku, w moim sportowym zyciu panuje chaos ;) W tym roku przynajmniej. Jakiś 2 tygodnie temu przyszła do mnie fajna inspiracja, że na Mazurach odbywa sie triatlon. Zupełnie nie miałem zamiaru startować w tym roku w triatlonie - ale spontan to jest spontan. Podjąłem szybko decyzje, pomimo zupełnego braku przygotowania biegowego, do tej pory najdłuższym dystansem jaki przebiegłem po zmianie stylu i obuwia to ... 7,5 km. I wiecej nie dałem rady, żeby nie przeciążać achillesów. Mało tego, nie miałem pojęcia, jak będę sie czuł w wodzie. Ale tu szybciutko rozwiałem wątpliwości, wchodząc podczas wakacji do najbliższego jeziora i przepływając spokojnie 1 km, czyli tyle ile będzie wynosił odcinek pływacki podczas tego triatlonu. Wczoraj juz na luzie przepłynąłem 3, także spoko. Rower siłą rozpędu - tez spoko, gdyż zaczałem jeździć jak tylko mogłem utrzymac kierownice w ręku, czyli pod koniec czerwca. Pomimo braku przygotowania biegowego postanowiłem pojechać, potraktowałem to jako przygode, w dodatku wakacyyjną, fajne otoczenie, wiadomo Mazury.
I w miniony weekend stłukłem sobie kostke w nodze :))) O bieganiu nie mam mowy, nawet podczas pływania boli, na rowerze również. Robie, co mogę, bo ja lubie przygody i chciałbym zobaczyć jak to jest w tym triatlonie, ale na dziś nie przebiegne 10 metrów. Pozytywny biegun ? Zabrałem sie do roboty takiej juz mocnej, przez ostatnie 14 dni zrobiłem 15 treningów biegowo - rowerowo - pływackich i jestem pomimo kolejnego wypadku, naprawde zadowolony. Nie możesz biegać - pływaj, nie możesz jeździć na rowerze - biegaj. Mogłem się wkurzyyć i olać wszystko, bo znów jakis tam kolejny plan mi runął w tym roku, ale szukanie pozytywnych biegunów w tym, co przytrafia mi się zgoła nieprzyjemnego zaczyna mi sie podobać. Nie ma co liczyć, że zawsze wszystko będzie takie, jakie sie chce. Ale już interpretacja tego należy całkowicie do mnie i nie zawaham się jej użyć we własciwy sposób :D

Jednak dopóki piłka w grze... - może jeszcze mi sie polepszy i pojadę do tego Winieca :)))

Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicy

Dodaj komentarz do wpisu


jagódka (2010-07-30,12:14): pozytywne bieguny-świetna sprawa!:))trzymam kciuki:))
tygrisos (2010-07-30,13:15): Thx *
Gosiulek (2010-07-30,14:07): gdy jest źle to dobry znak, bo oznacza, że może być lepiej:))) zrealizowania planu Ci życzę i plusów tylko dodatnich:))))))))
Rufi (2010-07-30,14:23): licze na to ze jednak się spotkamy w Wińcu!
Kkasia (2010-07-30,15:41): stanie się to, co dla Ciebie najlepsze...jak nie wiesz dokąd iść - usiądź
tygrisos (2010-07-31,09:41): Gosiu, niech tak będzie, dzieki :)
tygrisos (2010-07-31,09:42): Rufi, ja za bardzo na to nie licze - w sensie, że to mało prawdopodobne, no ale.. może się uda :)
tygrisos (2010-07-31,09:45): Mój znajomy kiedyś mówił, że na początku był chaos a później z piany morskiej wyłoniła się .... i tu padało imie dziewczyny, która akurat wpadła mu w oko ;)
tygrisos (2010-07-31,09:46): Joy :) Dobra, siadam :)







 Ostatnio zalogowani
Citos
21:10
arco75
21:03
LiBart
20:53
Hari
19:46
prokopowicz87
19:43
ruski22
19:42
jaro kociewie
19:21
piotrhierowski
19:14
bobparis
19:09
mogebycostatnixd
18:22
kostekmar
18:12
romano071
17:52
gora1509
17:44
Admirał
17:42
chris_cros
17:41
42.195
17:09
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |