2010-06-15
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Tarahumara (czytano: 581 razy)

Zapomniałem o swoim blogu, ale cos spowodowało, że nie mogę milczeć :)
Zaciekawiony jednym z wpisów Wiecha zainteresowałem się polecaną przez niego książką pt. "Urodzeni biegacze" Dostałem ja w sobotę a na dziś wieczór zostawiłem sobie, niezwykle ciekawie zapowiadającą się, końcówkę.
Książka jest boska, jakbym mógł, to pewno przeczytałbym ją jednym tchem ! Prawdopodobnie pierwsze 50 stron może troszkę znudzić, ale po przekroczeniu tej bariery ktoś, dla kogo bieganie jest chociażby hobby, będzie czytał z wywieszonym jęzorem ;)
Przygotowując się do maratonu w zeszłym roku dośc mocno interesowałem się wszystkim, co dotyczy biegania, zwłaszcza długodystansowego. I tak teorię sprawdzałem w praktyce. Jednak ta książka wniosła do mojego biegania tyle nowości i inspiracji, że polecam ją serdecznie każdemu dla kogo bieganie, czy chociażby aktywny tryb życia, są bliskie.
Autor wykonał ogrom dobrej roboty łącząc swoja pasję poznania, własne doświadczenia biegowe, liczne portrety psychologiczne znakomitych biegaczy uatrakcyjnione ciekawymi detalami ich życia z nagimi faktami i dowodami ukazującymi, że prawda o bieganiu jest zupełnie inna niż nam się wydaje, a już zwłaszcza jak to się wydaje koncernom produkującym buty do biegania.
Okazuje się, ze zestawiając kilkanaście cech buta, treningu i samego biegacza, tylko jedna cecha jest skorelowana z występowaniem kontuzji. Nie waga zawodnika, nie ilosć przebiegniętych km, nie rodzaj podłoża po którym biegamy ma wpływ na częstość występowania kontuzji. Wpływa na nie ma ..... cena buta. Ale nie w taki sposób, jak powinna wpływać. Im wyższa cena buta, tym więcej kontuzji się przytrafia I to jedyna zależność, która wynika z badań !
Ale najciekawszy dla mnie był 40-stronicowy, chyba, rozdział pod koniec książki będący wykładem z ewolucji i anatomii człowieka, napisany w stylu najlepszego kryminału. Nie będę zdradzał szczegółów, powiem tylko, ze daje wiele do myślenia :)
Ponieważ, jeśli się na coś napalę, to szybko chcę to wypróbować w praktyce, wybrałem się do lasu pobiegać tak, jak biegają Indianie Tarahumara, jedni z bohaterów książki. Tak się złożyło, że mam idealne do tego sandały - o cienkiej
- 5-mm podeszwie i w sumie bez śladu bieżnika. W sumie wątpiłem szczerze, czy uda mi się przebiec więcej niz pareset metrów, bo co to za buty do biegania, w dodatku założone na gołą stopę ? Jeszcze ten las, nierówny teren, szyszki, piach itd. Zacząłem i zauważyłem, że całkiem przyjemnie sie biegnie, ale .... zupełnie inaczej. W jednym momencie informacje na temat butów do biegania, które zaczerpnąłem z lektury stały sie dla mnie jasne i oczywiste. W sandałach nie da się inaczej biec, niż lądując na przedniej cześci stopy, chyba, że ktoś jest masochistą i chce sobie odbić piętę. Biegnie się lekko i dużo ciekawiej, ponieważ biegając - przynajmniej w terenie - cały czas jest się skupionym, jak się biegnie, gdzie stawia się stopę itd itp.
Przebiegłem 10 km, w tym nawet 3 km na boso, bo przez jakiś czas były warunki i byłem bardzo zadowolony i zafascynowany tym wszystkim. I bardzo się cieszę, że nie wpadło mi do gowy przebiec dłuższego dystansu :))) Bowiem jest w tym wszystkim jeden haczyk. W ten sposób uruchamia się zupełnie inne mięśnie, głównie jeśli chodzi o łydkę a zwłaszcza jej połączenie z Achillesem. Dziś jest drugi dzień a jak wiadomo jeśli występują zakwasy, to na drugi dzień sa najbardziej odczuwalne. Dziś wiec umieram na łydki :)) - mam takie zakwasy, jakbym po prostu poszedł sobie pobiegać 10 km nigdy wcześniej nie pokonując więcej niż 100 metrów. Trzeba zacząć od takich dystansów, jakby się zaczynało biegać - ja w każdym razie mam ochotę zobaczyć co z tego wyjdzie :)
Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicyDodaj komentarz do wpisu |