2012-07-24
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Gwiazdy w Wałczu (czytano: 812 razy)

Z czym kojarzy się Wam Wałcz? Dla mnie pierwsze skojarzenie to jezioro Raduń i Centralny Ośrodek Przygotowań Olimpijskich położony na przepięknej Bukowinie. Oczywiście mam o wiele więcej screen’ów w pamięci (choćby widok nowego prezesa OZPN w Pile – Mariusza Markowskiego – pokonującego tereny wokół bukowych lasów w czasie zabawy biegowej, dochodząc do siebie na obozie pilskiej „Polonii”, po „służbie” w armii PRL – rok 1989, bezcenny…) ale tak czy inaczej - gdybym spotkał tam Tomasza Kaczora z Marcinem Grzybowskim, bądź też Julię Michalską z Magdą Fularczyk, to byłby widok zwykły i normalny, nieodległy od codziennej, wałeckiej rzeczywistości. Natomiast jeśli po uliczkach przechadzają się Marek Plawgo, Tomasz Czubak i Sebastian Chmara to musi oznaczać (od dwóch lat), że mamy wakacje, ściślej lipiec, a dokładnie kolejną edycję Biegu Filmowego organizowanego w związanym kiedyś z Piłą, a obecnie terytorialnie należącym do województwa zachodniopomorskiego – Wałczu. I to mimo tego, że nie są to gwiazdy szklanego czy wielkiego ekranu. Pomysł – ten trzeba mieć, żeby jakoś wyróżnić się w tłumie imprez organizowanych dla biegaczy – a trzeba to stwierdzić jasno, że mamy na tę formę aktywnej rekreacji prawdziwy boom. I oddajmy pomysłodawcom – takie spotkanie ponad podziałami, gdzie lud prosty i dziarski może przenikać się z gwiazdami sportu oraz ekranu, a dodatkowo czynić to w aurze imprezy dobroczynnej – to już klej na muchy pierwszej klasy. I moim zdaniem (choć nie znam szczegółów) zdecydowanie wygrał z półmaratonem w Okonku. Gospodarze przygotowali się dobrze: mieliśmy szeroką akcję promocyjną w necie (bardzo ładna i wyczerpująca temat strona www), program składający się z łącznie trzech biegów – na 1111 m (bieg „Tak dla transplantacji”), 3333 m (pierwsze Mistrzostwa Polski „Biegam Bo Lubię”) i 9999 m – tak zwany „główny” (szkoda, że nie było możliwości wystartowania np.: w dwóch z nich), kwartet smyczkowy A. Quartet (dwoje skrzypiec, altówka, wiolonczela), solidny pakiet startowy (koszulka niebawełniana ładna, czyli zwana od razu przez wszystkich „techniczna” lub kapelusz a la wczesny John Wayne; pomniejsze suweniry i nawilżacz pobiegowy z Czarnkowa oraz kawa…), piękne medale, konkurs na strój/przebranie i losowanie nagród dla uczestników. Jedno co należałoby poprawić to biuro zawodów – wydawanie pakietów szło zdecydowanie za wolno, a kolejka coraz bardziej nerwowych biegaczy nawiązywała długością do czasów, kiedy w sobotę oglądało się westerny. Może i o to chodziło? Dziewczyny dostarczały wrażeń niewątpliwie, robiły też co mogły, lecz było ich zdecydowanie za mało. Choć takie bogactwo może być też niebezpieczne, jak uczy historia. Na przykład Igrzyska Olimpijskie w 1900 roku w Paryżu połączono z Wystawą Światową – atrakcji było co niemiara, zawody trwały od maja do października, a zawodnicy częstokroć nie mieli pojęcia, że ich konkurencje są zaliczane do programu igrzysk… W tygodniu przedstartowym dochodziły do nas głosy, że pojedziemy w dość szerokim gronie, ostatecznie ekipa ruszyła w składzie identycznym jak rok temu, identycznie nastawiona do startu (jeden rekreacyjnie, drugi nie chce sobie zrobić krzywdy i zbyt zmęczyć, trzeci nie wie jak – bo jest po jednym treningu od ostatniego startu sprzed półtora miesiąca, czwarty idzie na rekord – przynajmniej przez pierwsze dwa kilometry), zmienił się tylko środek transportu – volvo zastąpiła vectra. Anka Skrzypczak nie dała się namówić, nadal chyba uważa, że nie jest w formie odpowiedniej żeby wygrywać. W czym zaczyna przypominać wiecznie „nieprzygotowanego” Maciasa. Ten z kolei skapitulował przed rodzinną „opozycją”. Po dotarciu na miejsce pierwsze kroki skierowaliśmy do wspomnianego biura zawodów i najlepsze było to, że pierwszy z pakietem w ręku pojawił się Idzik, który w ogóle nie zapisał się wcześniej do biegu! My spędziliśmy w sznurku dobrze ponad pół godziny i na pewno nie wpłynęło to na wzrost naszej dyspozycji biegowej, natomiast potrenowaliśmy trochę zagadnienia związane z angielskim humorem. Oczywiście jak już się przebraliśmy i udaliśmy na rozgrzewkę - dobre humory wróciły w 100% i spokojnie, przy doskonałej do biegania pogodzie mogliśmy zająć miejsca na starcie. Jego usytuowanie wskazywało, że trasa będzie prowadziła inną ścieżką i znalazło to wkrótce potwierdzenie w rzeczywistości. Na początku Idzik mocno depnął, przetarł mi szlak w tłumie biegaczy lecz gdzieś w okolicach pierwszego kilometra został za plecami. Mój plan ataku na „życiówkę” okazał się tradycyjnie na wyrost, ostatnie tygodnie sprzyjały raczej wytrzymałości, zabrakło zupełnie interwałów i elementów szybkościowych (w zasadzie w tym roku jeszcze nie zacząłem pracować nad tym elementem, o ile coś takiego posiadam…), mogłem liczyć jedynie na wytrzymałość po maratonie w Górach Stołowych i byłem ciekaw jaki da to efekt. A ten przez pierwsze 3 km był zdumiewający: 11:45, czyli duża szansa na osiągnięcie celu. Jednak przyszło mi zapłacić za ten zbyt szybki początek (i jedną bułkę za dużo na śniadanie) i kilometry czwarty, piąty oraz szósty to bezustanna walka ze słabościami. Na szczęście zmiana trasy wytyczonej obecnie w większym stopniu uroczymi ścieżkami wokół jeziora Raduń spowodowała, że znalazłem w sobie pokłady motywacji, by spróbować jeszcze zawalczyć. Po przebiegnięciu 85 metrów Mostu Kłosowskiego (jedyny w Polsce most wiszący przerzucony nad jeziorem) czekałem jeszcze na podbieg – wykończy mnie ostatecznie, czy też da żyć. I tu kolejna miła niespodzianka – nie doczekaliśmy się tej udręki, a trasa wiodła nas nieustannie wzdłuż brzegu jeziora. Siły wróciły, kryzys zażegnany i stwierdziłem, że jest szansa wrócić do tempa ok. 4,00 – 4,10 na kilometr i może uda się jeszcze zejść poniżej 41 minut. Końcówka była ciężka przez narzucone tempo, podbieg przed ostatnią prostą też samopoczucia nie poprawił ale to już był koniec – prawdziwie gwiazdorski, bo po czerwonym dywanie, bez Oskara w ręku, ale też rola nie do końca przecież mi „wyszła”. Za to po stronie plusów: mogę się już w miarę humanistycznie i bez efektów „gore” zarżnąć, zrobiłem drugi czas na tym dystansie w życiu bez podstawowych choćby przygotowań, zaliczyłem piękną trasę, do której chciałbym rokrocznie wracać. Kiedyś biegało się w Wałczu „dychę” siermiężną: 3 koła, po betonach i osiedlach – obecna impreza przerasta tamtą w każdym szczególe. Kto jeszcze nie był, musi koniecznie sprawdzić, naprawdę warto wybrać się na te parę godzin do naszych zachodnich sąsiadów. A jak poszło pozostałym gwiazdorom? Super poleciał proboszcz z „Antka” - Marek Skwarło dobiegł na 76 miejscu, z czasem 42:45. Wynik i zwłaszcza fizys księdza Marka wskazuje, że za chwilę może być jednym z moich stałych rywali. Po nim mieliśmy parę uczeń (były) i belfer: kolejno czerwony dywan zaliczyli Robert Ratajczyk (89 m. – 43:28) i Szymon Idzikowski (90 m. – 43:40). Zwłaszcza ten drugi to dla mnie fenomen – trenuje systematycznie raz na ok. trzy tygodnie, a potem bije bez problemu większość trenujących 3-4 x tydzień. No i jest prawdziwą gwiazdą – jakie ma mocne i zdecydowane „parcie na szkło”… Po nim mieliśmy Tomka Czubaka (członek słynnego teamu czterystumetrowców) – 125 miejsce i 46:43. A po podopiecznym trenera Lisowskiego para: Katarzyna Wrotecka z Ujścia i nasz znany Mijagi. Zajęli odpowiednio 146 i 147 miejsca, z czasami 47:50 oraz 47:52. Dla pani Kasi była to „życiówka”, dla Wojtka chwile spełnienia „inaczej” – od teraz wie jak to jest pomóc komuś w biciu życiowych barier. A na końcu z naszej paczki pojawił się Karol Skiba – 178 miejsce, czas 50:30, cel – brak widocznych oznak zmęczenia – osiągnięty. Zaczekaliśmy jeszcze chwilę na wręczenie nagród najlepszym i posłuszni dyrektywom Idzika – przyjechał tu po Garmina, jak twierdził – przeczekaliśmy jeszcze losowanie fantów. A Szymon miał dzień bo faktycznie wygrał w losowaniu, tyle, że nie zegarek a trzy bombki pod choinkę na pasku, wersja 2.1.1 dla biegaczy. Jak będzie biegał z gazem lżejszym od powietrza – będzie jeszcze szybszy. Na koniec – w końcu zbliżamy się do igrzyska w Lądku, eee… Londynie – mała historia z biegu maratońskiego w Saint Louis z 1904 roku. Tam dopiero działy się jaja: start się opóźnił, bo niejaki Felix Carvajal z Kuby, który na miejsce dotarł stopem (!!!) chciał biec w długich spodniach, koszuli z długim rękawem i berecie – w dniu zawodów zanotowano 32 stopnie. Trasa wiodła szutrową nawierzchnią, przez siedem wzgórz, a sędziowie w samochodach produkowali kosmiczne wręcz tumany kurzu. Pierwszy punkt z wodą był daleko za półmetkiem, więc też nie dziwota, ze faworyci padali jak muchy. Wspomniany już antenat Fidela Castro po drodze zjadał brzoskwinie i zielone jabłka, co wywołało małe problemy gastryczne. Czarnoskóry Jan Mashiani z Południowej Afryki stracił szansę na dobry czas, bo naginał w pole kukurydzy przed ścigającymi go psami… Jako pierwszy na metę wpadł po 3 godz. i 13 minutach (moja „życiówka” 3:11 – zawsze mówiłem, ze urodziłem się za późno…) Fred Lorz – ale okazało się, ze podjechał samochodem drobne 17 kilometrów… Wygrał więc Thomas Hicks, który był jednak dramatycznie wyczerpany, a skończył walkę dzięki trenerowi pojącemu go brandy i surowymi jajkami z dodatkiem strychniny. Za metą zasłabł, a na drugi dzień ogłosił, ze to koniec biegania w jego wykonaniu. A my narzekamy, ze coś nas tam boli… I wracając już do niedzielnego biegu – mogę za organizatorami stwierdzić, że „nie ma takiego filmu, który wszystkim jego aktorom gwarantowałaby gwiazdorską rolę. Ale jest taki bieg, w którym każdy z jego uczestników może poczuć się prawdziwą gwiazdą” i tak było ostatniej niedzieli Wałczu - mieście, które jak się okazuje nie tylko kajakarstwem stoi.
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora |