2012-07-10
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| 3 x Szczeliniec Wielki (czytano: 490 razy)

Na początku wszystko jest marzeniem. I tylko niektórym udaje się przekuć je potem w byty realne. Dla jednych to najwytrwalsi, obdarzeni żelaznym charakterem twardziele, dla drugich głupcy, którzy nie do końca wiedzą co czynią, ale Bóg łaskawy w swej dobroci daje im dotrwać do finiszu. Nie wiem jak tam Wojtek – mój tegoroczny partner biegowych wypraw – ale ja muszę się znajdować bliżej prawego końca tej skali. Przynajmniej tak podpowiada mi sumienie po trzydniowej eskapadzie w Góry Stołowe, w pierwszy weekend lipca. Mijagi miał już jakieś pojęcie na temat biegania po górach, dla mnie start w III Maratonie Górskim zaczynającym się z polany „na końcu świata” obok schroniska Pasterka – był absolutnym debiutem. Z pozoru wydawał się dla mnie doskonałym crossover’em – nie może być przecież nic piękniejszego jak połączenie biegania z wędrówką po górach, która od lat kilku jest pasją całej mojej rodziny (z Jędrzejem to może trochę przesadzam…). I w tym pretensjonalnym rozmarzeniu na bok zeszły kwestie techniczne, absolutnie pierwszorzędne w trakcie górskiego wyzwania. Przez mózg przelatywały jeszcze hasła o „najtrudniejszym maratonie górskim w Polsce” – ale przecież to - „na pewno przesada”, niemożliwym jest bowiem by tu mogło być najgorzej - a Tatry, a Sudety, a Karkonosze? Może tam – z pewnością nie tutaj, w wystających ledwie nad ziemię (dla niektórych) Górach Stołowych. Podróż zaczęliśmy w piątkowe przedpołudnie przejazdem do Poznania, gdzie czekała nas przesiadka i reszta ekipy: Zbigniew Baraniecki i Ewa Sobkowiak, para biegaczy, która przebijała nas doświadczeniem biegowym o lata świetlne. Bez większych przygód dotarliśmy do Pasterki, gdzie w Domu Wczasowym „Szczelinka” usytuowane było biuro zawodów. Ponieważ nie był to maraton w Warszawie, odbiór pakietu i wszelkie „sprawy” zajęły nam kilkanaście sekund i Wojtek już mógł robić to, co w takiej chwili najbardziej lubi - wsiąkać w niewielki tłumek kolegów po fachu, w poszukiwaniu znajomych. I oczywiście znalazł i to nie byle kogo – innego Wojciecha – Kasińskiego, uczestnika Camarades w RPA (90 kilometrów - w wersji light). A dzięki niemu z kolei dotarliśmy do Karłowa, skąd czekał nas już tylko spacer do miejsca noclegu. Ponieważ spacer ten jednak trudno porównać z tym po Śródmiejskiej w Pile, chwytaliśmy się niczym tonący brzytwy możliwości przekimania gdzieś w bardziej normalnym miejscu. Na szczęście (patrząc na to z obecnej perspektywy) nic nie znaleźliśmy i odprowadzeni jeszcze przez Wojtka „na skraj szaleństwa” udaliśmy się do celu odległego o jakieś 700 kroków. Tyle, że niemal w pionie - z torbą na ramieniu, karimatą pod jedną, śpiworem pod drugą pachą, z burzą z piorunami nad głową i lekką paniką w rozbieganych oczach. To był z pewnością jeden z moich najszybszych ataków „szczytowych” w historii, przeprowadzony w jednak dość komfortowych warunkach, bo po schodach wykonanych pod koniec XVIII w. przez sołtysa Karłowa Franza Pabela. I już byliśmy u celu piątkowej wyprawy - w „Szwajcarce” - powstałym w 1845 roku schronisku, w miejscu które wcześniej odwiedziło wielu znakomitych gości (w 1790 min.: dwaj następcy tronu austriackiego, król Fryderyk Wilhelm II wraz z 2 księżniczkami (tablica na Fotelu Dziadka), czy też Johann Wolfgang von Goethe) – w poczet których się dumnie włączyliśmy. Chwila higieny osobistej, przygotowanie stroju na ranek, parę już spokojniejszych spojrzeń z izotonikiem „for adult only” w ręku - z tarasu widokowego na burzę w niebiesiach i spać. Rankiem wszyscy zakwaterowani w naszym pokoju krzątali się już od najwcześniejszych godzin, a może przedstartowe Wojtkowe ADHD okazało się zakaźne? Jakby nie było, ja też skorzystałem – w prześlicznych okolicznościach przyrody (rozścielające się w dolinach dywany wstających mgieł) ładowałem w siebie porcjami śniadanie, tak by na bieg było z „górką” nomen – omen. I jeszcze postudiowałem wystawę zdjęć, których bohaterem był Andrzej Zawada – piękne stare fotosy… Punktualnie o godz. 9.00 ruszyliśmy większą grupą ze schroniska żółtym szlakiem w dół i już mi świtało w głowie, że tak może być miejscami na trasie. Zejście zajęło nam ok. pół godziny i spokojnie udaliśmy się w rejon startu usytuowanego przy schronisku Pasterka. Ostatnie poprawki przy butach i plecakach, uściski i życzenia od jakby nie patrzeć konkurencji, rady sędziego głównego zawodów i zaczęło się. Najpierw spokojnie w górę, potem mocno w dół i po skręcie na północ potężnie ku niebu. I tak już miało pozostać do mety, przynajmniej pierwsze 30 km wyglądało w ten sposób – prawdziwy rollercoaster. Do tego podłoże we wszelkich możliwych odmianach: żwir, piasek, kamienie, głazy, drewniane kładki, regularna skała, błoto, piasek, woda, trawa, korzenie, strumyk (rzadko) – trasa kręta, wijąca się między drzewami, roślinnością mniej i bardziej bujną, między ciasnymi skałkami, gdzie ledwie można było zmieścić się z plecakiem, pod i nad skałami, drzewami, wodą i urwiskami. Słowem techniczna katorga, gdzie uważać trzeba na niemal każdym kroku, bo jeden nieprzemyślany może oznaczać w lepszym przypadku koniec przygody w parze z jakąś traumatologiczną przypadłością. Na szczęście mimo temperatury ok. 26 – 29 stopni, szlak prowadził raczej w cieniu i dla mnie słońce nie było problemem, choć byli tacy co narzekali. Pot lał się strumieniami i wiedziałem, że muszę dużo pić, żeby nie paść gdzieś z odwodnienia. Największym zaskoczeniem był upływający czas, tutaj nie oznaczają kilometrów trasy – nie ta bajka – wiedziałem, że pierwszy punkt jest na 10 kilometrze i tyle. I z rosnącym przerażeniem spoglądałem na stoper: 55 minut, godzina, 1 godz. 10 minut i nic. Jak na wyświetlaczu zobaczyłem 1:20 z kawałkiem zacząłem się zastanawiać, czy przypadkiem nie przebiegłem obok punktu – szybko też wlałem wtedy w siebie trochę wody, bo takie myśli mogły oznaczać, że zaczyna mi odwalać ze zmęczenia. Wreszcie po 90 minutach od startu ujrzałem namioty, ale wcale mi nie ulżyło. Prosty rachunek wskazywał, że planowane 5 godzin z okładem to czysta fikcja – musiałem się już przestawiać na myślenie, że spędzę na trasie dobrze ponad 6 godzin – a to już nie przelewki. Swoje myślałem ale do nóg szły sygnały pozbawione wahań – one muszą być pewne, zdecydowane i wytrwałe. I jeszcze przypomniała mi się lektura z poprzedniego wieczora: „Innego nie będzie” Cezarego Zbierzchowskiego – traktująca o dość nietypowym, lecz jednak – końcu świata… Na 14 kilometrze kawałek strumienia z pięcioma (!) plastikowymi kubkami w charakterze punktu odświeżania – tego nawet mistrz Kafka by nie wymyślił. Za to obawy o zabłądzenie na trasie można było odstawić w kąt – szlak został perfekcyjnie oznakowany, a tam gdzie ktoś mógł mieć wątpliwości – stali oddani wolontariusze wskazujący drogę. W profilu nic się nie zmieniało, krążyliśmy po czeskiej stronie, biegnąc mniej więcej w stałym towarzystwie, moim „prześladowcą” okazał się poznany poprzedniego wieczora Wojtek Kasiński. Po raz pierwszy usłyszałem charakterystyczne stukotanie kijków gdzieś na 4 – 5 kilometrze, po chwili usłyszałem – „To ty Jacek?” – i przez kilkadziesiąt metrów biegliśmy razem. Tak bardzo chciałem wytrzymać jego tempo, że w rezultacie zgubiłem gdzieś Mijagiego, a tak naprawdę tu każdy walczył głównie ze sobą. Druga dycha „puściła” po 85 minutach i tu zaskoczenie – kilkaset metrów regularnego asfaltu za drugim punktem! Oczywiście pod górę, żeby nam nie odbiło z radości. Z trzeciego odcinka pamiętam głównie masakryczny, chyba 6 kilometrowy podbieg, z którego zbiegiem dotarliśmy z powrotem w okolice Pasterki, gdzie był ostatni regularny punkt odświeżania. Zanim tam dotarłem, oczywiście musiałem usłyszeć po raz kolejny pukanie „dzięcioła” – to znowu Wojtek dochodził mnie podnosząc jednocześnie na duchu swoim „ale jesteś mocny, no kurcze mocny jesteś, naprawdę”. A mnie pozostawało robić dobrą minę do nie najciekawszej już w moim wykonaniu gry. Trzecia dycha – ponownie 90 minut – w sumie 4 godz. 25 minut – płaskiego maratonu nigdy nie ukończyłem w takim czasie, a tutaj dopiero „trzydziecha” i ponoć cała zabawa miała się zacząć… Najpierw nasłonecznioną połoninką, potem regularne 6 km w górę pod Błędne Skały ale wcześniej jakże by inaczej – „odwiedziny” dzięcioła. Pod Skałami można się było ostatni raz napić wody i muszę przyznać, że solidnie to przećwiczyłem, na tyle, że tym razem Wojtek ruszył pierwszy a ja próbowałem dotrzymać mu tempa. To stało się dla mnie niewykonalne – stromo nie było, natomiast szlak wiódł przez Długie Mokradło, potem Krągłe Mokradło i charakteryzował się tym, że kompletnie nie wiedziałem jak się po tym czymś poruszać: czy po grzbietach głazów, czy po korzeniach, czy wodą wpław – bo całość znajdowała się w regularnym błotnym sosie przechodzącym czasami w strumyk. Dopiero po dotarciu do Lisiego Grzbietu zrobiło się bardziej sucho i można było ruszyć biegiem – choć zmaltretowane stopy i uda wołały: kończ waść! Jeszcze jeden samotny już zbieg i znalazłem się na asfalcie przed Karłowem, wiedząc doskonale po raz pierwszy w trakcie całego maratonu gdzie jestem i co mnie jeszcze czeka. Wykorzystałem krzyk nóg by w marszu napić się przed ostatnim wyzwaniem – już widziałem w oddali bramę wejściową do szlaku na Szczeliniec Wielki, z którym za moment miałem się spotkać po raz drugi. I tutaj chyba po raz pierwszy w życiu zdarzyło się, że dotarłem niemal na granicę sił fizycznych, mnie więcej w 1/3 od podnóża góry miałem po prostu nieodpartą ochotę, by dać sobie już z tym wszystkim spokój. I gdyby nie kibice, przypadkowi ludzie mijani na schodach – nie wiem jak by się to skończyło. Wreszcie końcowe wypłaszczenie, szlak z grubych dech między skałami, gdzie jeszcze znalazłem resztkę sił by uciekać przed dochodzącym mnie zawodnikiem, zakręt na rogu schroniska i wreszcie jest – META! W takim miejscu – taras widokowy - zupełnie odrealniona, jeszcze schowana za płaszczykiem wycieńczenia, a już pełna uśmiechów szczęśliwców, którzy znaleźli się tu przede mną. I niesłychanie prosty a jak skuteczny patent na nawilżenie się – arbuzy. Odtąd już zawsze będą mi się kojarzyć ze Szwajcarką na Szczelińcu. Przyjąłem pozycję, w której ból był najmniejszy i czekałem na resztę ekipy. Zgodnie z tym czego oczekiwałem po naszej zeszłodniowej samochodowej podróży, a w zasadzie rozmowach jakie w niej prowadziliśmy – na metę wdarła się jako pierwsza Ewa: czas 6 godz. 50 minut i 56 sekund oraz 243 miejsce. Chwilę później do arbuzowego „raju” dotarł Zbyszek: 252 miejsce i 1,5 minuty gorszy czas. Na Mijagiego musiałem czekać trochę dłużej, w czym pomogło mi duże „Książęce” – za to na metę dosłownie wpadł, w dobrej kondycji jako 321 zawodnik w czasie 7 godz. 26 min. i 48 sekund. W sumie metę osiągnęło, a w zasadzie wdrapało się na nią 360 sklasyfikowanych w limicie czasu, z 387 którzy wystartowali sobotniego ranka. Niespełna godzinę po zakończeniu naszej batalii już zbieraliśmy się z powrotem na dół, bo zakończenie imprezy miało być przy DW Szczelinka. I sam nie wiem jak, ale w laczuszkach, jak dwa lapsy spod Giewontu spokojnie, choć na lekko rozchybotanych kończynach zeszliśmy na dół. Impreza fajna bo nie anonimowa, po makaronie i jednym dużym przysiedliśmy się do dwójki ludzi, którzy wyglądali trochę jak Pat i Mat – a okazało się, że to Jan Pohl i Mirosław Hornych – odpowiednio siódmy i drugi zawodnik w rankingu na mecie. A jednak Czesi… Macias by ich rozpoznał pewnie z dwustu metrów – po ubiorze… Ja początkowo nie zajarzyłem, może to ambrozja, a może zmęczenie… W losowaniu bardzo fajnych fantów nic nie wygraliśmy, a uspokojeni przez organizatora, że zapewnia powrót do Karłowa w rozsądnych terminach usiedliśmy jeszcze w trójkę, by podelektować się wytworami okolicznych mistrzów hydrolizy skrobi i białek zawartych w ziarnach zbóż i poddanych fermentacji itd. I nie mogę zgodzić się tym razem z mistrzem Hemingway’em, że „inteligentni ludzie są często zmuszani do picia, by bezkonfliktowo spędzać czas z idiotami” – to była prawdziwie uczta duchowa. Wojtek „Dzięcioł” Kasiński wiódł prym – co nie dziwi, jego relacja z wyprawy do RPA zwracała uwagę nie tylko naszą. Niestety ostatni tramwaj mieliśmy za chwile, po kilkunastu minutach po raz przedostatni znaleźliśmy się w Karłowie, poznaliśmy małżonkę naszego towarzysza, ten ponownie odprowadził nas pod schody, na które ruszyliśmy po raz drugi tego dnia, a trzeci w ogóle – uprzednio wyściskawszy się dokładnie z Wojciechem z Pszczyny. Teraz to była czysta przyjemność i zadowolenie z poczucia dobrze spełnionego obowiązku. Daliśmy radę, a w przypadku tego biegu nie jest to takie oczywiste. Najwięksi twardziele i doświadczeni zawodnicy potwierdzali, że to najcięższy maraton górski w Polsce, że nie „Rzeźnik”, nie Maraton Bieszczadzki, ale właśnie spokojne, przyczajone Stołowe dają najbardziej w kość. Bob Dylan, ten nudny dziad o głosie starej kozy, zainspirował się kiedyś poematem Roberta Burnsa, gdzie był taki wyjątek: „Me serce jest w górach, me serce nie tu/Tam pnie się za sarną po skałach, po mchu!...” – po weekendowej imprezie „pod Szczelińcem” mogę spokojnie śpiewać razem z amerykańskim bardem… W niedzielny poranek już tylko śniadanko, pakowanko i czytanko – i schodziliśmy już do Karłowa, gdzie miała nas podjąć nasza sympatyczna para z Poznania. Ewa ze Zbyszkiem pojawili się punktualnie i resztę drogi spędziliśmy w doskonałej kompanii i świetnych humorach, z lekkim tylko czasami postękiwaniem – lecz zadowolenie górowało nad wszystkim. O bólach się szybko zapomina – tematem nr 1 były oczywiście kolejne starty. Nas z Mijagim czeka teraz All Star Movie Weekend w Wałczu, a potem zakończymy wakacje z drugiej strony Polski – na III Bałtyckim Maratonie po Plaży.
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora zibi58 (2012-07-10,21:40): Piękna opowieść Jacusiu ale..........z tymi latami świetlnymi to lekka przesada bo to był dopiero mój drugi górski maraton! Macias (2012-07-10,23:21): Czyżby sławne czeskie spodnie w kratę? sikoras (2012-07-11,12:23): Macias - spodnie nie w kratę ale od stylu konfekcji bił niezawodny, specyficzny "czeski" styl...
|