Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

 

  WIZYTÓWKA  GALERIA [48]  PRZYJAC. [172]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
raFAUL!
Pamiętnik internetowy
poalkoholowe bełkotliwe mądrości

Rafał Kowalczyk
Urodzony: 1978-01-26
Miejsce zamieszkania: Wrocław
181 / 217


2012-01-16

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
shin splints reaktywacja (czytano: 926 razy)



Zadano mi w dość ironiczny sposób pytanie: jaki właściwie ma cel startowanie w dwóch półmaratonach rozgrywanych w połowie stycznia i do tego dzień po dniu? Oczywiście chodziło o mój udział w Dwumaratonie Bydgoskim.
Jasnym jest, że szybkie bieganie o tej porze roku w naszym kraju, w tym dokładnie momencie cyklu przygotowawczego do wiosennego maratonu i w wyczerpującym układzie dwóch kolejnych dni nie powinno mieć miejsca. Jest to bowiem absolutnie bezsensowne z każdego punktu widzenia. Może poza traktowaniem tego, za dość wyrafinowaną formę rozrywki. Bo, znając specyfikę Dwumaratonu nie można przecież powiedzieć, że jest to usprawiedliwione na poziomie rywalizacji sportowej. Poziom półmaratonu jest względnie niski. Na takim dystansie startuje tam ledwie garstka osób, a kolejność jaką zajmują biegacze na mecie nie ma najmniejszego znaczenia, bo wyróżniani są i tak tylko maratończycy. Bezpodstawnym jest też mówienie o jakimkolwiek zysku treningowym czy sprawdzaniu się. Czemu niby mają służyć testy możliwości biegowych po zaledwie dwóch tygodniach treningów uzupełnionych o jednostki specjalne prędkościowe? Dodatkowo człowiek podczas tej imprezy nadmiernie eksploatuje swój organizm i mowa tu o ewidentnym wystawianiu się na kontuzje. Łatwo też się z oczywistych powodów rozchorować. Całkowicie pozbawione to sensu, nieprawdaż? A jednak kolejny rok z rzędu startuję na dystansie 21,1km przez oba dni drugiego styczniowego weekendu. Wytłumaczę jaki mam w tym cel. Chodzi mi o to, żeby sobie odpowiednio poukładać w główce przed wszystkimi następnymi startami całego sezonu. Wynik nie jest tak bardzo istotny, bo Dwumaraton ma dla mnie szczególne znaczenie - PSYCHOLOGICZNE. Raz, że przy tym niewygórowanym poziomie półmaratonu zawsze bywam w czołówce tej imprezy i to daje sporą dawkę optymizmu i wiary w swoje umiejętności; dwa, że jest to idealna chwila, żeby popracować nad strategią startową. Mamy przecież dwa półmaratony, w tym samym miejscu i na tej samej trasie, z tymi samymi rywalami. To idealna okazja, żeby pobiec te połówki na dwa różne sposoby i ponownie przekonać się, że wolniejszy początek i rozkręcanie się w trakcie biegu naprawdę zawsze się opłaca.


Sobota
Nie powiedziałbym, że jestem jakoś specjalnie wyspany i rześki. Noc spędziłem na prawie tak samo twardym materacu jak klepki podłogi hali sportowej, na którym ten leżał. W trochę za cienkim śpiworze i w trochę zbyt przewiewnej „piżamce”. Innymi słowy wypiździło mnie, było niewygodnie, a o siódmej obudził najazd młodych adeptów piłkarskich. Ponieważ nie chciało mi się pójść do sklepu, na śniadanie zjadam banana i kilka suchych wafli ryżowych. I pączka serwowanego przez organizatora biegu na powitanie maratończyków. Takiego z dnia poprzedniego. Pogoda pod psem. W nocy sypało śniegiem, a teraz wieje. Odczuwalna pod ten wiaterek na moje oko, a raczej jądra - minus 5. Ślisko. Truchtam ponad dwa kilosy na rozgrzewkę. Próbuję skipów, skoków, biegów do tyłu, wymachów, przebieżek. Jakoś mi ciężkawo. Myślę sobie, że to przez ten wolny od treningu piątek. Organizm się rozleniwił. Schodzi się cała masa wiary. Startujemy. Taktyka na bieg – równo. Równiutkie tempo po całości, czas mile widziany – ciut poniżej 1:30. Tuż po rozpoczęciu biegu formuje się kilkuosobowa czołówka. Dokładnie dziewięć osób zliczam na nawrocie. Dyktują jak na Dwumaraton bardzo mocne tempo. Biegnę w okolicach 4:20/km, a oni mi z kilometra na kilometr odchodzą. Pytanie istotne dla mnie ilu z nich biegnie połówkę, a ile cały? Jest dziwnie – połowę pętli o długości 4,2km biegnie się z wiatrem, i to jest super, drugą natomiast bezwzględnie pod wiatr. Mocny. Naprawdę. Tempo mi w tym drugim przypadku spada o 10sekund na kilometr, mimo że wkładam w bieg dużo więcej wysiłku. Tętno skacze, a twarz i palce boleśnie marzną. Kończymy drugą pętlę. Czołówka ma nade mną przewagę jakichś 2 minut. Jak oni kurwa wytrzymują to tempo pod ten jebany wicher – myślę sobie, kiedy na trzecim kółku, kolejny silny podmuch tego wiatru próbuje mnie żywcem zepchnąć z szutrowo-lodowej alejki. Czwarte kółko. Jest niedobrze. Naprawdę zaczynam być zmęczony. Głównie dlatego, że w jedną stronę mimowolnie nadmiernie się rozpędzam, a w drugą staram się bezskutecznie wyłapać odpowiednie tempo, które mnie nie zabije. Na szczęście wśród biegaczy z czołowej grupy znajdują się też niepoprawni optymiści. Dokładnie czterech. Ostatniego z nich mijam jeszcze przed nawrotem przedostatniego kółka. Piąte. Piłuję i piłuję, zipię, sapię, a tempo wciąż spada. Ostatnie dwa kaemy do mety, te pod wiatr, wysysają ze mnie resztki sił. Odzywa się mięsień piszczelowy. Ten sam przez który pauzowałem w zeszłym roku przez trzy tygodnie. Na razie nie boli, ale „czuję” go. Coś jest nie tak. Jestem na mecie. Drugi w półmaratonie, choć rozbrajającym psychicznie jest fakt, że czterech maratończyków zeszło poniżej 3h! W nagrodę dostaję piwo. Zupełnie jak wszyscy inni uczestnicy zawodów. Czas 1:31:28. Zaskakująco słabo, jak na wysiłek, który włożyłem w dwie ostatnie pętle. Co do strategii – przedstawię to w odcinkach pięciokilometrowych.
pierwsza piątka: 21:49
druga: 21:49 (! – co do sekundy)
trzecia: 21:49 (!! – zupełnie serio)
czwarta: 22:14 – tempo padło o 5sek./km i nic nie byłem w stanie z tym zrobić

Miałem nie pić, ale jednak się napiję. Choć nie tak dużo jak reszta (jakiś jubileusz), a już na pewno nie tyle, co zwykle. Noga zaczyna seryjnie boleć, ale postanawiam, że skoro już przytarabaniłem się do Bydzi, to jednak podejmę ryzyko i wystartuję też w tej drugiej połówce. Choć nie powiem – pokusa, żeby się najebać jest momentami wielka.
Resztę dnia spędzam jednak grzecznie: najpierw słuchając muzyki, potem próbując czytać książkę.

Niedziela
Nie powiedziałbym, że jestem jakoś specjalnie wyspany i rześki. Noc spędziłem na tym samym materacu, choć w zupełnie innej sali, słuchając radosnych okrzyków uczestników obchodów jubileuszu i naprzemiennego chrapania kilkorga osób, które z różnych przyczyn jubileuszu nie świętowały. Pierwszy raz spałem w jednym pomieszczeniu z kilkunastoma innymi biegaczami. To znaczy próbowałem spać. Trauma raczej niż Traum. Niby chcę być minimalistą, hardkorowcem, ale jak przychodzi co do czego, to okazuję się być pierdoloną księżniczką na ziarnku grochu. W sensie, że jednak lubię ciszę, spokój i brak zapachu czterdziestu skarpetek i przepoconych koszulek (w tym dwóch moich) w zbyt mocno ogrzewanej i dusznej salce. Około piątej stwierdzam, że dalsze przewracanie się z boku na bok w istocie nie ma większego sensu. Tę niezwykle błyskotliwą myśl potwierdza półgodzinny koncert składający się ze wszystkich możliwych dźwięków, jakie mogą towarzyszyć szamotaniu się przez parę głuchoniemych po ciemku z foliowymi workami. Nie, nie żartuję. Totalny Monty Python. Na bardzo wczesne śniadanie przykładam sobie lód do spuchniętego mięśnia piszczelowego. Zjadam też kawałek tortu, który pozostał po jubileuszu. Za oknem ciemno, piździ i sypie śniegiem. Nie mogę się jednak doczekać, żeby ruszyć na trasę. Może dlatego, że patrzę właśnie na taki bajzel, co to mi się w tym moim pedantycznym łbie w ogóle nie mieści. Trochę przesadziłem z tym przykładaniem lodu, bo wstając od stołu właśnie wdepnąłem suchą skarpetką w jebitną kałużę wody. Idę się przebrać i wychodzę w końcu na rozgrzewkę. Wieje na szczęście mniej niż wczoraj, tyle, że nic mi z tego – noga napierdala przy każdym kroku. I jakoś nikt nie dysponuje maścią przeciwbólową, gdy pytam. No, to jak to mówią, załatwimy to bez wazeliny. Truchtam półtora kilosa i czuję…że chyba zejdę z trasy w trakcie biegu. Myślałem, że jak się rozgrzeje to jednak mięsień stanie się jakoś tak bardziej wyrozumiały dla mojej pasji biegania. A tu skurwiel odpowiedział większą opuchlizną. Teraz to jest już naprawdę tkliwe miejsce. Shin splints – nienawidzę tej kontuzji.
Startujemy. Taktyka na bieg – po mojemu, czyli jak to zwykł mawiać kolega Orbit – na żółtego*. Zaczynam baaardzo wolno – 4:37/km. Mimo to, pierwsze kilkaset metrów biegnę pierwszy. Maratończycy dziś wyluzowali. Wydaje mi się, że chcą trzymać równe spokojne tempo na wynik w granicach 3:15-3:20. Z roli przewodnika stawki biegaczy zwalnia mnie kolega Wojtek, który dnia poprzedniego na mecie był tuż za mną. Mija mnie też jeden Maniac. Ten pierwszy ucieka mi na 200 może 300 metrów. Leci gdzieś tak na 1:28 – jeśli wytrzyma, to wygra dzisiejszą połówkę - dla mnie to za mocno. Drugi szybko weryfikuje tempo i odpowiednio zwalnia. Noga boli tak, że wydaje mi się, iż czuję jak pękają poszczególne włókna mięśnia napinającego się przy każdym ruchu stopy. Druga runda, i jestem drugi, stale podnoszę – według założeń – tempo. A prowadzący ciągle utrzymuje nade mną tę samą przewagę. Nie dość, że go nie doganiam, walczę ze sobą w sprawie decyzji o wycofaniu się z biegu, to jeszcze pada mi empetrójka. Chuj, fak, kurwa, dupa, cycki, kał. Wojtek masz wpierdol – może i będę znowu pauzował przez trzy tygodnie, ale zrobię to ze świadomością, że byłem pierwszy w tym półmaratonie. Dokładam do pieca, boli czy nie boli. Od trzeciej rundy zaczyna mi się biec wybornie. Dogrzałem organizm i znowu to czuję – czerpię przyjemność ze swobodnego wachlowania tempem. Czasy trzech piątek wyglądają tak: 22:57 (śr. 4:35/km), 22:21 (4:28/km), 21:38 (4:20/km). Na czwartym kółku dystans między prowadzącym a mną maleje w oczach. Dopadam go na punkcie odżywczym, czyli dokładnie na początku ostatniej rundy i podkręcam tempo przez chwilę tak bardzo, starając się wyglądać na super rześkiego, żeby czasem odechciało mu się zabrać ze mną. Biegnę tak kilkaset metrów i odwracam się, w celu potwierdzenia przypuszczeń, że jednak nikt nie był w stanie polecieć za mną. Nie był. Skoro już wiem, że wygram, zaczynam zastanawiać się nad dodatkowym celem biegu. No, żeby jeszcze dokręcić śrubę. Przypominam sobie, że gdy mijałem linie startu/mety zegar wskazywał 1:14:05. Co oznacza, że gdy pobiegnę ostatnią rundę w jakieś 17:20 to uzyskam lepszy czas, niż dzień wcześniej. 17:20 to jakieś 4:08/km w średniej. Gaz do jebanej dechy. 4:05, 4:05, 4:12 – trochę musiałem dublować, 3:52. Jest 1:31:23. I noga w strzępach. Ale uśmiech na ryju. No, to czas na prysznic, lód, makaron i zasłużony napój rycerzy**. Teraz mogę się jak człowiek porządnie najebać – bieganie mam i tak na kilkanaście dni z głowy.
Wiem, że odnośnie tej kontuzji, pierwsze, co ciśnie się na usta, to coś w stylu: no i proszę, doigrałeś się mądralo. Ja jednak przypominam, że w zeszłym roku biegałem „po bożemu” czyli jakieś 70km tygodniowo, z przerwami itepe, a i tak mnie dopadło. Co ma spaść to spadnie i żadne pizdowate zabiegi „zapobiegawcze” temu nie przeszkodzą.
A Dwumaraton Bydgoski – zawsze, na stałe, dożywotnio zapisany w kalendarzu biegowym. To jest zajebista impreza organizowana najlepiej jak można przez totalnie serdecznych ludzi. Tylko trzeba mieć stopery do uszu i nosa. I dmuchany materac.

* bieganie na żółtego – termin powstał w Zamościu w 2010 roku i dotyczy startu w zawodach z bardzo, bardzo wolnym, wolniejszym nawet niż potrzeba początkiem biegu i stopniowym, ale ciągłym przyspieszaniu do momentu zwanego: ile dała fabryka. To takie swoiste BNP stosowane nie treningowo. Ma to sens zwłaszcza wtedy, gdy na trasie biegu znajdują się stali, znajomi rywale o podobnym poziomie biegowym. Wypuszczenie ich przed siebie na odległość sięgnięcia wzrokiem ma charakter mobilizacyjny – trzeba gonić, a zmniejszający się dystans zawsze powoduje, że człowiek przestaje patrzeć na zegarek i robi coś zaskakującego (w tempie) dla samego siebie. Kluczowym momentem biegania na żółtego jest chwila, w której się dopada rywala. Będąc w euforycznym rozpędzie najlepiej zaproponować wtedy koledze dalsze wspólne biegnięcie do mety. Tyle, że podczas tej propozycji należy wyjątkowo, zauważalnie, ale lekko i z gracją przyspieszyć i się uśmiechnąć. Nie pamiętam, żeby ktokolwiek kiedykolwiek był w stanie się na dłużej w takiej sytuacji do mnie podwiesić.
** napój rycerzy – miód pitny – mój ulubiony od jakiegoś czasu, a prawie zapomniany trunek alkoholowy - polska wersja wina, tyle, że nie zrobionego na bazie winogron, które mamy do dupy, a ze sfermentowanego miodu.



Autor zablokował możliwość komentowania swojego Bloga


Tr (2012-01-16,21:04): Jeśli chodzi o akurat tę bydgoską imprezę, to zgadzam sie całkowicie z kolegi opinią. Jest .. świetna. :) Lubię!
zbig (2012-01-16,21:35): Rób tak dalej :-)
Michał1980 (2012-01-17,08:16): Pętla dwumaratonu ma coś takiego w sobie że potrafi zweryfikować najśmielsze plany, przekonuję się o tym nie raz :)
soev (2012-01-17,23:39): oby tylko na kilkanaście dni..
orb1t (2012-01-18,19:23): We Wtorek robiłem trening na żółtego, z duża rezerwa zacząłem i o wiele więcej wykręciłem niż bym kręcił wszystko równo. Wracaj do zdrowia Rafał.







 Ostatnio zalogowani
wieslaw44
22:29
p.1
22:25
miras
22:02
piotrek53
22:00
Andrzej_777
21:51
Januszz
21:49
Waldek
21:47
saul
21:41
StaryCop
21:34
Biela
21:14
kolor70
21:13
JolaPe
20:56
Wojciech
20:55
jaro109
20:55
szymon_p
20:53
Andrea
20:45
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |